sobota, 28 września 2013

Wiersze dla Agnieszki



         I                        

Grzybku maleńki
     biegłaś mi na spotkanie
    o czwartej po południu
     z ufnością
     z kapturkiem niespodzianek

     Dziś
     na wysokich szpilkach
     i w dżinsach
     pod granatowym wieżowcem
    Twoje loki z wiatrem

    Poznaję Cię
    po kapeluszu
              po ciszy w lesie
    w południe miasta

  


                                                  II


                                          Twój dom na wzgórzu
                                          obsypany jabłkami
                                   maleńki synek śpi
                                              w kapeluszach firanek                                   
          
                                        Maślaczek w pieluszkach
                                 z listkiem
                                 wychyla się ze snu
                                 a lisek nad oczkami
                                 omiata Twoją główkę
                                 gdy dawno, dawno temu
                                 biegłaś przez podwórko

                                       Dzwoneczek ranny
                                       pulchną rączką
                                        uśpiony ząbek trze
                                        i w jego oczach
jasność Twoja






                                               Lublin  2012r.

piątek, 20 września 2013

Jesienne Staruszki


Śniło mi się, że dzwoni telefon. Obudziłam się a tu cisza… Może dzwoniłeś we śnie żebym coś napisała…? Kończę baśń o Nineczce, która mieszka nad wielkim jeziorem  i podróżuje do krainy Jesiennych Babuleniek. Te babuleńki były w moim śnie dawno temu i obsypały mnie maleńkimi, brzozowymi liśćmi. Obudziłam się pełna nadziei w czasie, gdy byłam mocno zagubiona i właśnie wtedy powstał zarys opowieści. Od tamtego dnia minęło 16 lat.  Siedziałam na strychu, gdzie suszyła się bielizna na sznurach i patrzyłam przez małe, otwarte okienko na altanę i orzechy włoskie, które tworzyły tam wielki baldachim. Mieszkałam pod numerem trzynastym. To nie był szczęśliwy numer, choć wydawał się wstępem do lepszego świata.
Odprowadzałam dzieci do przedszkola przechodząc koło małej księgarni. Właścicielka nosiła czarne, skórkowe rękawiczki, bo zawsze marzły jej dłonie. Któregoś dnia kupiłam tam cieniutką broszurę napisaną przez nieznanego mi guru o imieniu Osho. Zauroczył mnie wtedy tekst napisany poetyckim językiem o nieznanych mi egzotycznych medytacjach. To  mógł być rok 1995, 1996… Potem kupiłam następną broszurę i następną. Podobała mi się opowieść o poszukiwaniu byka w wysokiej trawie  i o tropieniu jego śladów. A sposób na porzucenie palenia  papierosów, proponowany przez guru znajomemu po dwóch zawałach - był oryginalny i zabawny.  Brzmiał mniej więcej tak: „ To nieważne, czy umrzesz rok wcześniej czy później, ale skoro chcesz rzucić palenie dam ci radę. Kiedy już kupisz paczkę papierosów pogłaskaj ją w kieszeni i ciesz się nią jak skarbem. A potem zaciągnij się powoli z miłością, bo przecież to twoja miłość. Nie możesz żyć bez papierosa. Jesteś wielkim joginem palenia od czterdziestu lat. Ucałuj swój papieros, rozkoszuj się nim, myśl o nim jak o kimś kochanym. A wieczorem, gdy będziesz sam, uklęknij i pomódl się do niego albowiem to twój Bóg. Módl się do niego z wiarą i oddaniem i zobaczysz, co będzie dalej.”
Zachwyciła mnie oryginalność tej rady i humor autora. Czy uzależnienie nie jest bożkiem, któremu składamy hołd? Jak najbardziej.
Przeczytałam wtedy wszystkie dostępne broszury. Kiedy dziś wchodzę do Empiku, z lekkim niepokojem patrzę na dwie półki pełne książek „guru”, w których tamte teksty zostały rozcieńczone. Jednak wciąż jest zapotrzebowanie, bo książek przybywa. Kiedy włączam You tube- widzę jak wykreował się  wtedy na boga w srebrnej szacie, na srebrzystym fotelu. Niczym starotestamentowy Jahve udzielał wyjaśnień, unosząc szczupłe dłonie nad długą do pasa brodą. Jednak najbardziej mnie drażni to, co przeczytałam o nim w National Geographic  ( nr 3, 2013, s. 62): „ miał aż 93 rolls-royce’y i 300 rolexów”.
 Chandra Mohan Jain zwany Osho wystrojony niczym Paris Hilton…   


czwartek, 5 września 2013

Planeta Smoka


„Jestem wdzięczna za”- tak  nazywa się grupa, którą odkryłam na Facebooku.  Nie pamiętam jak na nią trafiłam, ale przyciągnęło mnie imię szkolnego kolegi –Andrzeja, który jakis czas temu pracował w Newsweek'u. Pierwszego dnia czułam się tam jak w wielkim torcie. Fruwały słoneczka i różowe serduszka i wszyscy pisali o samych dobrych rzeczach a złe obłaskawiali. Cieszyłam się jak przedszkolak i długo nie mogłam zasnąć.  Ktoś napisał, z ujmującą szczerością, że dziękuje sobie, iż  nie kupił nic w lumpexie, bo jutro będzie taniej. Ktoś inny dziękował za kawę z kardamonem, za spacer z dzieckiem, za pracę, za fajnego męża, albo narzeczoną, za lato, słońce, chmury, przyjaciół, rozstanie, wytrwanie w szpitalu, za  włosy, które odrosły po chemii i za wiele innych zdarzeń.  Dziewczyna o imieniu Margarita wyrażała wdzięczność za dziewiąty dzień bez jedzenia.   Zaniepokoiłam się, że jest  bardzo chora i szuka sposobu na wyleczenie. Następnego dnia dowiedziałam się, że ona jest bretharianką i chce odżywiać się światłem.  Od razu zobaczyłam w wyobraźni świetlisty korowód ludzi wchłaniających promienie słońca i spodobała mi się  niecodzienność tego pragnienia, zwłaszcza, że moje odżywianie się jest  tak zwyczajnie przyziemne…  Jednak niepokój nie odchodził. Po kilku dniach Margarita napisała o  cudownym smaku malin i czekoladzie, więc odetchnęłam. Na zdrowie. Koniec głodówki. Potem przebił ją Jacek, pisząc o 23 dniach bez jedzenia w imię przypływu sił i inspiracji. Pierwsze  cztery- to tak jak grypa- zaznaczył- a następne już z górki.
 Te dwie osoby przypominają mi  kogoś, kto pewnego dnia jesienią 2008 roku zamieszkał u mnie na dwa miesiące. Na jej ramieniu był   piękny  wytatuowany smok.  Zajmowała wolny pokój a wieczorem do późnej nocy siedziała przy stole w kuchni i przepisywała książkę. Powiedziała, że to dodaje jej sił. Kiedy ja ją przejrzałam, to odebrała mi siłę, bo ręce mi po prostu opadły. Był to skrypt dla „wtajemniczonych”, którzy należeli do nowej cywilizacji pod rządami „Rady Świata”. Sposób narracji i treść przypominała Trybunę Ludu, kiedy chodziłam do szkoły. Nie mogłam zrozumieć, jak ona może się tym fascynować i jeszcze przepisywać ręcznie do drugiej w nocy. To brzmiało jak sekta.  Kiedy wróciła wieczorem, powiedziałam co myślę o tej „książce”, ale Ania uśmiechnęła się, włączyła laptop z filmem z Bollywood, postawiła przed sobą wodę, której zawsze nadaje „odpowiednią strukturę,” i wsypała do niej łyżeczkę suplementów. Potem zjadła lekką kolację, przygotowała prezentację sprzedaży na następny dzień i zabrała się za krytykowane przeze mnie zajęcie.
- Czuję ciepło, kiedy to przepisuję- powiedziała. Kremowy T-shirt odsłaniał jej tatuaż.
- Dlaczego właśnie smok? – zapytałam
- Bo pochodzę z Planety Smoka- odpowiedziała poważnie
- A dlaczego tylko te filmy? – zapytałam
- Bo one zawierają przesłanie  i są pełne radości- odparła
- Ale przecież rzeczywistość w Indiach jest inna- ciągnęłam
- Tam ludzie  śmieją  się o wiele częściej niż my i naprawdę tańczą na ulicach. Zobacz jak one tańczą! Ja też zapisałam się na taniec brzucha- powiedziała prezentując dzwoneczki na smukłej sylwetce.

Ania ma zmysł do interesów. Pracuje w szkole i ma firmę, w której sprzedaje niemieckie suplementy a oprócz tego pracuje dla fundacji, gdzie  dzieci  uczą się technik zapamiętywania poprzez zabawę.  Odeszła od męża z walizkami, dwa miesiące mieszkała u mnie a potem wzięła kredyt i kupiła mieszkanie. Wiem, że świetnie sobie radzi. Ma dużo energii, dużo pracuje i zarabia kilka razy więcej niż średnia krajowa. Czy myśl o przynależności do „ lepszej części ludzi dodaje jej sił?  Jest niezwykłym połączeniem zdrowego rozsądku i braku rozsądku. Nie pali, nie pije herbaty, ani kawy, biega nawet 20 kilometrów…
Pamiętam, że w pokoju, który  u mnie zajęła, było wiele paczek z suplementami i drogimi kremami a także  różne przedmioty: lampy do naświetlania podczas osłabienia, magnesy chroniące przed promieniowaniem kosmicznym, talizmany… Jeden z tych „ amuletów” powodował, że czułam się nieswojo, kiedy go przyniosła. Niepozorny przedmiot – podkładka pod kubek- a budził niepokój. Nie wiem dlaczego.
Oswoiłam się z nim  dość szybko, ale tamto pierwsze wrażenie – poczucie obcości-utkwiło mi w pamięci. Zrobiłam herbatę, usiadłam obok niej i gawędziłyśmy.
- Po co ci ta podkładka? – zapytałam
- Kiedy jej używam, ludzie się odsuwają- odparła. Ich reakcja oznacza, że nie są moimi przyjaciółmi. Siedzą daleko ode mnie  i to mi odpowiada– sama piję herbatę. Nie przyszło mi wtedy na myśl, że miała ochotę na samotność, a pewnie tak było.
Minęło kilka lat od tej rozmowy i właśnie dziś, gdy wracam do pracy i nie zawsze mam siłę, by  bronić się przed agresją- myślę o blondynce z długimi włosami z Planety Smoka i jej amulecie.




Koguciny i Senegal

Trzeciego listopada ubiegłego  roku, kiedy odbywały się dziesiąte z kolei-  sławne "Koguciny" w  nie mniej sławnej "Kuźni sm...