poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Donna Donna

Piszesz do mnie
konarami kwietnia
znad czerwonych dachówek
że jesteś gotowy
stać się we mnie śpiewem
i tańczyć na otwarcie dnia
gdy lewe oko Ziemi
szykuje się do snu

Czarny pączek nieba
otworzył się na chwilę
zaćwierkał nad horyzontem
i znikł

Z kasztanami w dłoni



Kocham Cię rzeźbiarzu
z kasztanami w dłoni
za Twoje drzewa
i płomienie po nich
kiedy boso idę po deszczu

Uśmiechnij się  latarenką
na poduszce mojej

kiedy otulam wiosnę
igiełkami zieleni
i niebieską pieluszkę
zawieszam na drzewie
żeby suszył ją wiatr

piątek, 15 kwietnia 2016

Czarownik delfinów

I
Przyjdź do mojego okna
na parapet z serwetką
gdzie czerwieni się
Twój pocałunek
i spełnij moją prośbę
o której szepcze cisza
w szumie samochodów

    Pójdę na asfalt
    i stanę na drabinie
    z dzieciątkiem na ręku

         Czy przyjmiesz nas do nieba?


II

Tragarka burzliwych zakupów
każdego dnia
wstępuje na schody

bransolety z kluczami
lądują w koszu
a do garnka się sypie
to, co nie spada z nieba
Wysmukłe kefiry i sojowe sosy
w pierwszym szeregu
gotowe do otwarcia
I tak od rana
w łupince kosmosu
wymachuje szczotką
ściera kurz na oknie
 i już nie tęskni
za jego ciepłym głosem
Przedzielił ich pocięty ostrzem
betonowy krzyżyk chodnika

      Już lepiej do mnie nie pisz
      że wciąż mnie kochasz
      Na zawsze zapamiętam
      czarne bandaże twoich szczęk
      japoński uśmiech
      i odwróconą postać
      na twoich obrazach

III

Zatańczyłeś dzisiaj
Czarowniku Delfinów
iskierkami jesieni
na niebieskim asfalcie
gdy patrzyłam na ciebie
z węglarki żebraka
w zaułku cuchnących skarpet
On nie myje  garnka
od kilku lat
Roztrzaskał się jego dom
jak rozbity zlew
Czasem ubija wyżebrany kotlet
na kawałku deski
od starej kanapy
lub recytuje poezję Whitmana
Chodzi wieczorami
z posiwiałą głową
i zwieszonym członkiem
a syn którego sławił w wierszach
nie mówi mu dzień dobry






wtorek, 12 kwietnia 2016

Impresja



Miało siedemnaście lat tak samo jak ja i rozpaliło ognisko nad wodą w ciepłą lipcową noc
a  on miał miedziane ramiona, niezmiernie błękitne oczy i lat dwadzieścia dwa.
 Przyniosło go niespodziewanie tam gdzie diabeł codziennie mówił tylko dobranoc.
- Czy nie szkoda lasu na tak wielkie płomienie? – spytałam
- Czy las jest dla nas, czy my dla lasu?- powiedział podnosząc się powoli.
Był wysoki, szczupły, przystojny a jego spodnie w kolorze blue podkreślały smoliste włosy.
Lato nagle zadrżało smukłymi igiełkami i  nie znalazło odpowiedzi na taką oczywistość, więc zaśpiewało cicho:
 „ Jak anioł piękna jest Ajlali, /wśród maharadży żyła żon/ i wszyscy nią się zachwycali /a sułtan kochał lalkę swą. /Ajlali cichutko śpij pieszczoto ma/…”
Wszystkie  piosenki przy brzęku gitary siedziały w trampkach i kurzyły fajki wybuchając śmiechem ni z tego ni z owego. Miały włos blond , włosy farbowane i w kolorach kasztanów. A ja miałam najprawdziwsze warkocze.
Noc zapadła zbyt szybko i musiałam wracać do domu a przystojny brunet odprowadził mnie aż do bramy. Stara jabłoń nad płotem zgarbiona od kwaśnych jabłek wydała mi się piękna i bliska jak nigdy dotąd a kamienny bruk szemrał cicho w poświacie, choć wcześniej milczał jak mruk.
Następnego wieczoru znowu było ognisko i jeszcze jedno. I przyszło trzecie – ostatnie. Zwinęło namioty nad ranem. Nie chciałam, żeby diabeł znowu mówił dobranoc. Nie mogłam się na to zgodzić, więc poszłam tam w świetle dnia w koszulce w paski i poszarzałych spodniach i zaprosiłam go na spacer. Niosło nas polną drogą, pełnymi polami aż do starej wierzby. On zdjął błękitną marynarkę i położył na trawie jak prawdziwy dżentelmen I potrącił strunami. Tylko jedną pamiętam: Napisz do mnie albo ja napiszę do ciebie. I popłynęło chmurami jaskółek. Wszystkie były białe i podpisane jego atramentem. I tak zostałam coraz większym E choć pisał także: „Maleńka”
Zaszeleściło złotym wrześniem i wróciłam do szkoły. Wielkie gmaszysko z surowej cegły ponure i profesorskie miało długie, drewniane poręcze i mały drewniany stolik na pierwszym piętrze. Wbiegałam tam radośnie , żeby odbierać jego listy, lecz nie umiałam przyjąć ich słonecznie, tak jak należało. Mój cień był coraz chudszy i chwiał się coraz chwiejniej aż któregoś dnia zupełnie zniknęłam. Znienawidziłam obraz, który widziałam w lustrze. Przerażała mnie pustka.
Kiedy spotkaliśmy się po roku, nie poznał mnie ani ja nie poznawałam siebie.




piątek, 8 kwietnia 2016

Wegański pasztet



Odwiedziła mnie  weganka-aspirantka ta którą widać na zdjęciu i ugotowała wegański rosół. Najpierw umyła wszystkie warzywa, szorując je szczotką a potem gotowała trzy godziny w łupinach na ledwo tlącym się, najmniejszym gazie. A potem wycisnęła z warzyw wszystkie soki i doprawiła ostro. Zapomniałam dodać, że na samym początku opiekła nad ogniem 6 albo siedem cebul. Łyżka oleju daje oczka a  złocisty kolor- łupinki cebuli. Dużo przypraw: lubczyk, papryka, imbir, kurkuma, goździki, ziele angielskie, pieprz, czosnek.  I było dobre – naprawdę, choć myślałam, że bez świeżej wołowiny  i kawałka indyka o żadnym rosole nie ma mowy. A jednak.
- Przecież rośliny też żyją- powiedziałam
- Ale nie cierpią- odparła. Kiedy jem zwykły rosół widzę jak ptaki cierpią. Nie chcę jeść mięsa a można ugotować wspaniałe i dobre potrawy a nawet ciasta  bez jajek i mleka.
Tak więc miałam okazję spróbować trzech pasztetów: z kaszy gryczanej i grzybów (najlepszy), z soczewicy i batatów (lekko słodki) oraz wielowarzywny. W sumie wszystkie były dobre i na tyle oryginalne, że po jej wyjeździe sama upiekłam pasztet z soczewicy zielonej, batatów, płatków owsianych i żurawin. A żeby mi się nie nudziło od powtarzania przepisu -dodałam coś własnego -suszone śliwki, bo je bardzo lubię i tak wyszedł pasztet, który widać na zdjęciu.







Przepisy tych dań są na blogu jadłonomia, gdzie autorka z zapałem opowiada o swojej pasji :http://www.jadlonomia.com/

niedziela, 3 kwietnia 2016

Z latarką do Pekinu



Wysłuchałam kilku wykładów Jacka Bartosiaka – współpracownika amerykańskich ośrodków analitycznych, eksperta geopolityki, adwokata i członka Rady Budowy Okrętów. Brzmi nieźle prawda?
Jego głos i twarz nie przypomina ani „pisowców ani peowców” . Oto notatki z jego słów:
„Po 1989 roku Amerykanie chcą dogadać się z Rosją. Nie postrzegają Rosji jako takiego zagrożenia jak ZSRR a nawet zastanawiają się, czy nie wyjść z Europy…  To jest niekorzystne dla Polski. Baz wojskowych nie będzie a Polska nie ma żadnej armii. USA rotuje to w lewo to w prawo, tak jak im wygodnie.
Rysuje się rozpad Unii, który jest dla nas groźny. Na Białorusi od 10 lat słychać, że pojawiają się rosyjskie bazy a żaden polski rząd nie rozmawia z Białorusią. Polska powinna być ostatnia do zaostrzania konfliktów. J. Bartosiak nazywa to wygładzaniem kantów.
Dlaczego Polska tak denerwuje zachodnią Europę? Bo Rosja jest dla Europy niezbędna. Jeśli Rosja obejmuje Polskę i Ukrainę to czasami dla nich lepiej. Nasze widzenie świata z punktu widzenia Europy i USA jest obecnie niesłuszne. Izrael ma bardzo silną armię i wyznaczone miejsce  w świecie a orientuje się na Rosję i należy wyciągnąć z tego wnioski. Powinniśmy budować własne, autonomiczne siły zbrojne, bo bez tego państwo się nie liczy. Zagrożenia mogą być różne, np. terroryzm na Ukrainie a my nie mamy wojska, by chronić pogranicze.
Chiny rosną w siłę. Mają budżet w połowie tak wielki jak Pentagon a wydają tylko 1% PKB a USA kilka procent. Potęga USA jest oparta o marynarkę wojenną, co bardzo drogo kosztuje (mają coraz mniej okrętów i Obama wycofuje się z Bliskiego Wschodu). Nie mają armii lądowej. W tej sytuacji Rosja może być bardzo potrzebna USA  a to oznacza wielki kapitał i układy korzystne dla Putina. My Polacy jesteśmy sami. W naszej przestrzeni geograficznej, jeśli nie ma poparcia hegemona (który jest daleko, bo bliski wysysa)-nie ma przestrzeni na niepodległość. „
Inna ciekawa myśl tego autora to miejsce Polski na „Jedwabnym szlaku”: Z punktu widzenia Chińczyków Polacy od trzystu lat cofają się przed Rosją a przecież był czas, gdy nasze państwo było silniejsze niż Niemcy. Odbudowa tego szlaku- wielkiej lądowej drogi handlowej z Chin i Indii do Zachodniej Europy, gdzie jednym z centralnych punktów jest Łódź-brzmi optymistycznie na tym chwiejnym tle, które nas otacza. Jednak latarka jest mała, droga daleka a dyplomatów z klasą brak.
https://www.youtube.com/watch?v=psmgzcVq1Mw



piątek, 19 lutego 2016

Skarby mojego miasta


Gdyby tu była Ameryka- to miasto byłoby sławne.  Oni potrafią wszystko sprzedać - mówi Karolina. Prosto z dworca zawożę ją do Manufaktury – imperium - Izraela Poznańskiego. Przez  kilka godzin zwiedzamy jego rozległy pałac - największą fabrykancką rezydencję w Europie. Jest tam także salonik poświęcony Janowi Karskiemu. (Jak dobrze, że istniał ten odważny człowiek) Nieco dalej słychać mazurek Chopina- to sala pamięci Artura Rubinsteina. Najchętniej usiadłabym przy ozdobnym stoliku z filiżanką kawy i właśnie upieczonym ciastem, ale niestety nie można, bo to przecież muzeum. Jednak kiedy przechodzimy przez wszystkie pokoje, łącznie z sypialnią - schodzimy na dół do kawiarni, gdzie dopieka się nasza szarlotka. Potem idziemy na obiad do Meksykańskiej, gdzie strzelają z bata i wznoszą groźne okrzyki serwując dania. Kelnerki w falbaniastych spódnicach z gołymi pępkami a kelnerzy w sombrerach śmigają po schodach z góry na dół.
- Czy podobnie jest w Meksyku?- pytam Karolinę
- Tak całkiem podobnie- odpowiada śmiejąc się- a chili con carne jeszcze lepsze niż w oryginale- dodaje.
Kiedy zapada zmrok i zapalają się lampy przechodzimy przez Księży Młyn- robotniczą dzielnicę Łodzi- wybudowaną przez  Niemca -Karola Scheiblera. Sto lat temu to było miasto w mieście wzniesione z surowych cegieł. Brukowane uliczki wśród budynków zwanych „familokami” są nastrojowe i tajemnicze. Wszystkie okna już zasłonięte. Potomkowie dawnych tkaczy i prządek chronią swoją prywatność. Kiedy przechodzimy przez całe osiedle widać olbrzymią czteropiętrową fabrykę. Fabrykant był fanatykiem pracy i tego samego oczekiwał od robotników. Nie mieli łatwo. Jednak zbudował im domy, szkołę, szpital i sklep z tańszymi towarami. Wykupił w tym celu kawał ziemi z młynem od księdza. Stąd nazwa Księży Młyn. Dawną fabrykę zmieniono na lofty. Wchodzimy na ostatnie piętro jak złodziejaszki, bo nikt nas tu nie zapraszał.   Błądzimy po długich korytarzach spoglądając w przepastny dół. Lśniące posadzki  pełne świateł, surowe cegły i bezszelestne windy w olbrzymim kominie wywierają wielkie wrażenie.
- Chciałabym tutaj mieszkać- wzdycha Karolina, ale Larry woli Teksas…
- Tutaj jest pięknie i ciekawie. To nieodkryte miejsce- dodaje
- Cudze chwalicie, swego nie znacie- potwierdzam- dumna z wrażenia.
- Polacy to malkontenci (ciągnie Karolina).Tu jest lepiej niż w USA. Tam ubezpieczenia są bardzo drogie i jeśli nawet zapłacisz 1500 dolarów miesięcznie nie masz pewności, czy ubezpieczyciel pokryje koszty drogiej operacji. Choroba to finansowa ruina- strata całego majątku. Kiedy byłam chora i poszłam do lekarza, musiałam przejść wiele zbędnych badań i stracić dzień czekając aż mnie wreszcie przyjmie. Najpierw ktoś mi zmierzył ciśnienie. Po jakimś czasie dziewczyna po kursie pobrała mi krew. Nie pielęgniarka tylko jej asystentka po trzech tygodniach szkolenia. Kiedy syknęłam po wyjęciu igły przyniosła mi dwie tabletki przeciwbólowe. Co za głupota…  Kiedy wreszcie stanęłam przed lekarzem , tonął w wynikach moich badań i nawet na mnie nie spojrzał. Wyszłam po pięciu minutach. Tak wygląda badanie dla zwykłego człowieka. A czekających jest wielu. O wiele więcej niż tu.  Tam rządzą korporacje.  Pokrywają koszty kampanii prezydenckich i prezydent ma wobec nich zobowiązania. Zależy im na drogim leczeniu. Na tanim nie zarabiają.
Poza tym tam nikt nie sortuje śmieci. Zawsze mam problem, gdy muszę wyrzucić baterie. ..
Następnego dnia siedzimy w barze Agat przy Strykowskiej przy wylocie do Warszawy.  Stąd tylko kilka kilometrów do autostrady.  Za oknem nagie drzewa i połowa lutego bez śniegu ale ze słońcem. W barze na środku wielki grill z przypiekaną kiełbasą i sznyclami. Miło tu i gwarno. Na drewnianych ławach owcze skóry. Na stołach szarlotki i inne przysmaki. My wybieramy zrumienioną kiełbasę, bo lepsza niż karkówka a buraczki zasmażane i talarki z cacykami po prostu pycha!
Jednak prawdziwym odkryciem (także dla mnie) jest Cmentarz Żydowski. Mieszkam tu od lat, ale odwiedzam go po raz pierwszy. Objeżdżam dookoła po bruku i po wertepach z dziurami jadąc wzdłuż muru. Szukam wejścia. Piękna brama od strony osiedla na malowniczych pagórkach niestety zamknięta. Dalej idziemy piechotą brukowana uliczką i znajdujemy furtkę. Za nią budynek z napisem - biuro. Takiego biura jeszcze nie widziałam. W sieni stoją psie i kocie miski. Ściany brudne, odrapane z zaciekami. Ze ścian wystają zardzewiałe gwoździe. Na jednym z nich reklamówka z karmą. Pod nią kawałek nagrobka. Kot ze zmierzwioną sierścią przygląda się nam ciekawie. Na drewnianych drzwiach przylepiona kartka z odręcznym napisem : Tickets. Kupujemy bilety po 6 złotych i idziemy dalej. W domu pogrzebowym jasno i przestronnie. Wielka gwiazda i czarny karawan dopełniają wrażenia. W pomieszczeniu obok czarna trumna i stół z kołem zębatym do mycia umarłych. Za kolejną bramą zaczyna się cmentarz.  Wśród nagich drzew omszałe pomniki  (macewy). Wiele pochylonych i poprzewracanych. Czy ktoś tu szukał skarbów…? W mauzoleum Poznańskiego dwa marmurowe sarkofagi za solidnymi kratami. Na niektórych pomnikach są dwa napisy, lecz polski jest wyraźnie dłuższy.
- W hebrajskim nie ma samogłosek- mówi Karolina przechodząc wzdłuż grobów. Mówi swobodnie kilkoma językami, ale jej uwagi na temat napisów na omszałych płytach są dla mnie zaskoczeniem.
- Dlaczego chciałaś tu przyjechać?- pytam
- Bo czułam, że to ciekawe miejsce, a poza tym wychowałam się obok cmentarza- odpowiada cicho.

   W barze Agat przy Strykowskiej 94.


    Familoki - robotnicze osiedle przy fabryce Scheiblera

    
   Fabryka Scheiblera zamieniona w budynek mieszkalny tzw "lofty"



      Na  Cmentarzu Żydowskim

    Na drugim planie Kaplica Silbersteinów

       W oddali Dom Pogrzebowy




    Mury cmentarza

    Na wprost murów, po drugiej stronie brukowanej ulicy- niespodzianka- tęczowy parking. "Brama szeroko otwarta wszem i wobec   ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza". Tym optymistycznym akcentem kończę naszą wędrówkę po Łodzi. 

  

Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...