Dziś mam taki dzień, że nie lubię kobiet w ciąży ani matek z małymi dziećmi. Nadużywają przywilejów. Pojechałam na badanie krwi. Byłam przed ósmą. W kolejce tylko kilka osób. Jednak, gdy przyszła moja kolej, przyszła mama z dzieckiem w wózku. Dziecko spało, ale ona oczywiście skorzystała z przywileju i weszła przede mną. Za kwadrans dziewiąta weszła następna mama z wózkiem. Do zamknięcia punktu pozostało tylko 5 minut. Już miałam wchodzić, gdy pojawiła się dziewczyna w ciąży i odeszłam z kwitkiem.
Kiedy przed pracą, chciałam kupić sok w kartonie i jakieś słodycze, za które płacę kartą zbliżeniową -wepchnęła się przede mnie kolejna mama z ogromnym, sklepowym wózkiem wypełnionym po brzegi. Jej dwuletni synek fikał nóżkami wesoło. Gdybym była na jej miejscu, przepuściłabym osobę z sokiem i czekoladą tak jak czasami przepuszcza się faceta z dwiema puszkami piwa. Ale ona ma przywilej - swoje liberum veto, więc wepchnie się pierwsza, gdzie się da, także na pogotowiu, choć jej dwuletnie dziecko śpi a starsze, bo sześcioletnie z bolącą, piętą musi czekać.
sobota, 21 czerwca 2014
piątek, 6 czerwca 2014
J. Korwin- Mikke
Jestem ciekawa, co się wydarzy, gdy Korwin- Mikke przemówi w europarlamencie? :) To chyba jedyna postać wśród naszych posłów, którą jeszcze lubię. Ma wdzięk i urok zapomnianych elit a jego kokardy są kabaretowe i pełne życia.
Czytałam kiedyś artykuł pana Janusza na temat ogórków i pomyślałam, że nie ma pojęcia o rolnictwie. Jednak trzeba mieć tupet i wyobraźnię, by pisać na tak odległy temat.
Jego dawny przyjaciel - Stefan Kisielewski napisał o nim w "Abecadle", że to " fantasta i robi wrażenie pomylonego, ale swoje osiąga i realizuje"
A zatem: powodzenia panie Januszu:)
Czytałam kiedyś artykuł pana Janusza na temat ogórków i pomyślałam, że nie ma pojęcia o rolnictwie. Jednak trzeba mieć tupet i wyobraźnię, by pisać na tak odległy temat.
Jego dawny przyjaciel - Stefan Kisielewski napisał o nim w "Abecadle", że to " fantasta i robi wrażenie pomylonego, ale swoje osiąga i realizuje"
A zatem: powodzenia panie Januszu:)
czwartek, 22 maja 2014
AMERYKA MNIE ZMIENIŁA
Spośród wielu miejsc, w których można studiować -wybrałam
Amerykę. Chciałam jechać do USA, ale moja uczelnia miała tam podpisaną umowę
tylko z jednym miastem- Melwaukee. Popatrzyłam
na mapę i pomyślałam- dziura. Ale zdecydowałam
się. Władze Academy of Art. W Melwaukee wymagały, bym miała na koncie minimum dziesięć
tysięcy złotych, więc pożyczyłam je, załatwiłam
wszystkie formalności i poleciałam do Chicago. Na lotnisku okazało się, że mam
w torebce tylko 100 dolarów, bo tysiąc, który dał mi ojciec na dobry początek –
zaginął.
Od lat gubię telefony i pieniądze- tak jakbym chciała
udowodnić, że są nieistotne. Dojechałam na uczelnię, weszłam do akademika i wypakowałam
walizki. Wyjęłam miód, płatki owsiane, czekoladki wedlowskie, ubrania, ale
karty płatniczej też nie było. Byłam przerażona. Wysłałam email do banku PKO w
Polsce z prośbą o pomoc. Potem powiedziałam o swoim problemie przyjaciółce na
Skype. Wokół mnie nie było nikogo bliskiego. Wydawało mi się, że nic nie
rozumiem. Potem było lepiej, lecz kiedy po tygodniu zaczęłam liczyć nieznane mi
słowa- wpadłam w popłoch.
Musiałam znaleźć pracę. Tam pracuje, co trzeci student. Chciałam
pracować w sklepie z pięknymi materiałami, albo w muzeum, jednak wszystkie
lepsze miejsca na kampusie były tylko dla Amerykanów. W końcu, po miesiącu
otrzymałam możliwość sprzątania pracowni rzeźbiarskich, w których miałam także
zajęcia. To mnie uratowało, ale bariera językowa istniała nadal. Poza tym
jedzenie było bez smaku. Tam nie ma sklepów- tylko Fast –foody. Żeby kupić kawałek mięsa, warzywa i owoce
jechałam raz w tygodniu- daleko do dzielnicy meksykańskiej, bo tam są lepsze i
tańsze. Kiedy kolega z roku poczęstował mnie czekoladą, powiedziałam, że jest
okropna i zaprowadziłam go do polskiego sklepu, gdzie jest bardzo drogo. Kupił
zwykłą tabliczkę czekolady za 5 dolarów, słoik dżemu jeżynowego i słoik
ogórków. Dżem od razu zjadł. Amerykanie jedzą na co dzień, byle, co: popcorn,
musli i słodkie wody z bąbelkami ( soda). Każdego dnia zapadają się w swoje
wielkie kanapy przed telewizorem i wypijają zgrzewki sody z miskami popcornu.
Co mi się podobało?
Dyscyplina na studiach. Miałam wrażenie, że ktoś o mnie dba.
Dbano, bym robiła postępy. Jeżeli źle napisałam pracę to on lub ona spotykali
się ze mną indywidualnie, wspierali, zalecali dokonanie poprawek i doprowadzali
to do końca. Tak było z rzeźbą, malarstwem i zajęciami z pisania kreatywnego.
Mogłam popełniać błędy i to było dobrze widziane. Błędy motywują, są nieodłączną
częścią uczenia się. Tam jest bardzo pozytywny stosunek do pracy i osiągnięć.
Nie ma zawiści, pesymizmu i cynizmu.
Podobał mi się ich sposób bycia, na co dzień. Na początku byłam
zdumiona, że zaczepiają mnie w autobusie, w tramwaju, w metrze. Byli bardzo
otwarci a jednak bardzo trudno się do nich zbliżyć. Choć dużo mówią i śmieją
się, relacje międzyludzkie są tam mało istotne. Nie analizują, nie zagłębiają się.
Nie doszukują się we wszystkim sensu, nie zastanawiają się nad życiem, dlatego
lepiej wykorzystują swoje umiejętności- bez wątpliwości. Dla nich - ważne są osiągnięcia,
własne zainteresowania i spokój. Są wychowywani w poczuciu dużej pewności
siebie i własnej wartości.
Bariera
językowa istniała przez pół roku. Jednak w marcu
mówiłam już gładko. Zeszło ze mnie napięcie i zaczęłam normalnie mówić. Przestałam
przejmować się tym, że nie rozumiem jakiegoś słowa. W drugim półroczu zapisałam
się na wykłady uniwersyteckie. Studia tam są bardzo drogie, ja płaciłam jedynie
90 dolarów miesięcznie. To była opłata za otwarte do późna pracownie, za możliwość
korzystania z bardzo drogich wypasionych kamer, aparatów, komputerów i
wszelkiego sprzętu. Nie płaciłam za pokój w akademiku ani uczelnię. Nie
płaciłam za dojazdy w obrębie stu mil. W Warszawie na ASP jest wielu cudzoziemców
i wszystko dokonuje się w ramach wymiany. Wielu Amerykanów zaciąga kredyt na
studia. Później spłacają go przez wiele lat, bo to kilkadziesiąt tysięcy
dolarów rocznie. Na moim roku był kolega, który mógł wydać tylko dwa i pól
dolara na jedzenie dziennie, bo studiował na kredyt.
Było też kilku takich, którzy nie chcieli się uczyć, choć
mieli kredyty. Dziwiło mnie to. Tam jest mnóstwo stypendiów. Ale, żeby je
dostać, trzeba włożyć dużo pracy. Poza tym stypendia nie są dla obcokrajowców.
Kiedy minęło pół roku, czułam się tak, jakbym oglądała film.
Filmy amerykańskie przedstawiają inną rzeczywistość. Miałam poczucie, że jestem
w filmie. Światła miast, sygnalizacja, betonowe drogi… Wszystko jest jasne i
drogi i chodniki. Kiedy zaliczyłam rok, kiedy dostałam wyróżnienie, chciałam
tam zostać, ale moja umowa kończyła się. Miałam prawo pozostać tam jeszcze dwa
miesiące. Zbliżały się wakacje. Z mojej pracy zaoszczędziłam trochę pieniędzy i
postanowiłam podróżować. Najprościej poprzez cauchsurfing, bo wtedy nie płaci
się za noclegi. Spakowałam plecak, walizkę i wielkim autobusem jeździłam od
miasta do miasta: Chicago, Louisville, Nashville, Knoxville, Ashville,
Washington, Baltimore, New York. W Smoky Mountains wynajęłam taksówkę i część
tych pięknych gór po prostu objechałam. Ale też pływałam w zatopionej kopalni. Skakaliśmy do wody ze skały a potem leżeliśmy
w słońcu. W jednym z mieszkań było aż ośmiu studentów z Europy, którzy
zwiedzali Amerykę podobnie jak ja. W Washingtonie była taka ulewa, że moje
stopy i palce były pomarszczone od wody. Spałam w bogatych domach i biednych,
często bez pościeli. W Nowym Yorku pomyliłam się i wysiadłam o drugiej w nocy w
niebezpiecznej, murzyńskiej dzielnicy. To był ostatni autobus. Meksykanin około
czterdziestki zapytał, co tu robię. Kiedy to wyjaśniłam- przestraszył się i
powiedział, że ma córkę w moim wieku i został ze mną na tym przystanku do rana.
Po dwóch godzinach gadania – miałam dość i wynajęłam taksówkę, która dowiozła
nas do śródmieścia.
W Baltimore byłam najdłużej- 8 dni. Mieszkałam u muzyka,
który jest gejem. Lubię jego muzykę. Lubię wszystkich, u których nocowałam.
Wybrałam ich w Internecie. Piszą listy, ale mnie jest ciężko odpisać, bo nie
lubię pisać, nawet do tych, do których się zbliżyłam.
Ameryka mnie zmieniła. Zmieniło mnie sześć tygodni wałęsania
się. Czuję się obywatelem świata. To przypadek, że jestem stąd. Wiem, że w
innych krajach też można żyć. Fajnie jest podróżować samemu. Jeśli jestem sama,
mogę nawiązać kontakt z ludźmi, choć prawdziwe zbliżenia są bardzo rzadkie.
Wałęsałam się po ulicach, żyłam jak hippis. Mogłam dwie godziny
przespać się na ławce i iść dalej. Odwiedzić muzeum albo przez godzinę
przyglądać się dzieciom w parku.
Parada gejów w Baltimore
NA FARMIE
Gdzieś po drodze
NORFOLK
SMOKY MOUNTAINS
policjantka od kłusowników
SCULPTURE- RZEŹBA
STARA ULICA W WASZYNGTONIE
GORĄCY DZIEŃ W WASZYNGTONIE
W MUZEUM
EMED- KOLEGA Z ROKU
| PLAYGROUND |
czwartek, 8 maja 2014
POPIOŁY
Lubię Popioły. To kilka ulic stąd, kilka kilometrów. Na skraju
Łodzi. Wystarczy wjechać w ulicę Starorudzką, gdzie można zjeść banany smażone w cieście w
karczmie na wzgórzu a potem iść pieszo do miejsca zwanego Doliną Szwajcarską. Jest
tam stara willa drewniana z nowymi oknami i starym platanem wokół wielkich drzew. Kiedyś był tu park i
wille bogaczy. Kiedyś - to sto lat temu. Stare wille rozsypują się. Jak stare grzyby
chylą się przy nich komórki z węglem i różnymi gratami. Porastają mchem. Jednak
staranny rysunek tych domów, ich piękno wciąż trwa pomimo zaniedbań. Może to wina alkoholu, może biedy? Nie wiem.
Nie znam lokatorów. Szkoda tego miejsca. Gdyby powstało tu stowarzyszenie
mieszkańców takie jak w Warszawie na Smolnej- byłoby tu malowniczo, kwitnąco.
Jednak i tak jest pięknie. Parki zamieniły się w lasy. Jesienią toną w
liściach. Urok polega też na tym, że przy wielu domach nie ma
ogrodzenia. Można przejść przez podwórko i zrobić zdjęcie starej studni.
Podwórka są wymiecione. Drabiny przypięte do pochylonych ścian. Miotły stoją w
rządku. Gdyby tu żyli bogacze, zaraz ustawiliby płoty -brzydkie i betonowe jak w
twierdzach. A mnie się marzy Polska jak wielki ogród, bez płotów i krat, jak
sielskie miasteczko pod holenderską granicą, tonące w rododendronach.
wtorek, 6 maja 2014
DAWNO TEMU W EGIPCIE
Nowy długopis smukły, czarny i nowy, biały zeszyt. W Ikei -kolorowo. Czas się tu zatrzymał. Na dużym, drewnianym stole z ogrodowych
szczebelków- aluminiowe wiaderka żółte i czerwone ze sztuczną trawą i
sztucznymi kwiatami. Zielony dywan kosmaty symbolizuje trawę. Fotel
niedokręcony, ale wygodny za 178. Nade
mną czerwone lampy papierowe jak wielkie kwiaty po 30 zł. Podoba mi się ten zakątek
z bejcowanym stołem i sześcioma krzesłami. Hej drzewko, słoneczko, hej
dzieciaki szczerbate z czuprynami na żel! Ikea stawia kawę, wagarowicze przybywajcie!
Masz powitanie na dzień dobry: „Ty tu rządzisz”! (Dopóki jesteś tylko
kupującym…)
W równiutkich rządkach ruchomymi schodami wjeżdżają kolejne
pary i oglądają półki, szafy. Na fotelach siadają, na wieszakach z metalu tęczówki
wieszają i krótkimi rzęsami mrugają: tak, tak.
Modne -siwowłose z krzywymi nogami w obcisłych getrach naciskają- stop i cichutka winda obwieszona żaglami zabiera je w łódzki Port.
Baba Jaga w pantoflach z metalową sprzączką otwiera
piekarniki w kuchennych salonach. Wysoki tatuś z kolczykami w uszach z małym
okularnikiem pochłania talerz frytek. Elegantka w srebrzystym szalu miga
widelcami i malutkie kęsy unosi nad stołem.
Hej przygodo! Maluchy się bawią przy drewnianych szynach i
drewniane kolejki góry zdobywają. Handel kwitnie.
Ten wychodzi z deską za czterdzieści złotych, ten z haczykiem na fotel
składany. W swoim ciasnym mieszkaniu przybije go do ściany i będzie miał nowy
dizajn. Dziadkowie przymierzają kanapy- do renty. Artysta białe
włosy spiął okularami a drugie na łańcuszku zawiesił na piersi. Klopsiki
szwedzkie mu odpowiadają? Czy raczej cichy gwar i szum kratownic pod sufitem?
Kolejny tatuś z warkoczykiem, z maluchem słodkim w nosidełku
przystaje nad basenem gumowych piłek. Kilkulatki w nich skaczą, wspinają się po
linie.
Przedstawiciel handlowy nic dziś nie zarobił, więc w
automacie wybiera obiad za 5 złotych. 5 hot -dogów po złotówce sztuka. Wielkie
pompki z musztardą i keczupem z marchwią zapracowane w weekend, leniwe- w zwykły
dzień.
Pani w średnim wieku ogląda materiały z płatkami słoneczników,
z koronami drzew. Pod pachą książka z „Litera-Cafe” – dla gospodyń domowych i
pół tysiąca rad na temat urody, gotowania i prania. Pani poprawia włosy, maluje
rzęsy w Seforze, perfumami D and G dyskretnie skrapia się, potem przymierza do
oczu szafirowe cienie i eye-liner granatowy. Z żalem odkłada je. Wie, że to
zbędny wydatek i że jej chłopak w trampkach- młodszy o 10 lat nie wyda 300zł,
bo mu ich ciągle brak. Ale kupi jej różę na ławeczce w parku i pizzę Margherita
w pobliżu swego bloku.
Pani przegląda kartki i wybiera rady jak dla królowej
Kleopatry- o kąpieli w mleku, pillingu z wiórków kokosowych, olejku avocado itp.…
Zadbana babcia z dużymi piersiami nie potrzebuje świec. Do średnio gorącej wody
dodaje karton mleka. W wachlarzach pary i kokosów obchodzi święta majowe.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Trasa do Lublina
Kiedy jadę do Lublina zawsze zatrzymuję się w Teofilowie nad Pilicą. Wiosną jest tutaj pusto, jednak czasami ktoś chodzi nad brzegiem. W pobliskim Inowłodzu zakwitają wiśnie. To urocze miejsce, przeplatane drewnianymi i murowanymi domkami.
Kiedy wchodzę na wzgórze daleki kosciół odbija się w rzece.
Następny przystanek w Garbowie 25 km przed Lublinem. Wielkie drzewa w parku i stawy.
Tutaj skręcam w lewo na Niemce i jadę prosto do Dysa. To wieś położona wsród wzgórz i wąwozów lessowych a prowadzi do niej piękna, lubelska równina.
czwartek, 10 kwietnia 2014
WIERSZE DLA MATKI
Syneczku rzeki jasnej
kuleczko duszy
w ciemnym dniu życia
oddałeś siebie
Syneczku jak opłatek
i ona w welonie
dziewczyna zasmucona
z ciemnymi stopami
uczesałam jej włosy
ostatni raz
Mama przypłyneła łodzią w piękny słoneczny dzień. Miała letnią, jasną sukienkę w grochy, którą bardzo lubiłam. Zostawiła łódkę na brzegu i szła uśmiechnięta po trawie aż do domu, do pokoju, gdzie spałam i przytuliła się do mnie. I była ze mną aż do rana. Odchodząc- pokropiła mnie wodą jak kropidłem. Nie spałam już i czułam jej obecność. Nie wierzę, że nie żyje. Nie chodzę na cmentarz. Od czternastego kwietnia świeci słońce. Jest tak ciepło, jak latem. Letnie sukienki.
Bardzo długo nie padał deszcz.
W końcu poprosiłam go, żeby przyszedł i pokropił ziemię dla roślin. Deszcz to mój przyjaciel, ajednak ostanio zapomniałam o nim i nawet nie powiedziałam: Dzień dobry.
14. 04. 2000r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Orient-Express
Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...
-
Wreszcie śnieg i mróz, i słońce, i prawdziwa zima. Spóźniona o miesiąc, ale jest. Szrot który mijam każdego dnia obsypany śniegiem. Sople...
-
Przeczytajcie ten wpis, bo w razie potrzeby będziecie wiedzieć, do kogo iść. Ja nie wiedziałam. To, że trzeba natychmiast operować syna s...
-
Mieszkają w Trokach na Litwie od siedmiuset lat. Jest ich dwustu sześćdziesięciu. Polacy z Litwy mówią o nich- Karaimowie i uważają za odła...
-
Czy wiecie jakie jest największe przekleństwo w Białymstoku…? - „A żeb ciebie dwa sliedzi obsrali…!!!” Ten tak miły dla ucha język sły...
-
Trzydzieści dolarów- tyle mi zostało po opłaceniu wizy, pilotów, przewodnika, przejazdów i biletów wstępu do świątyń. Trzydzieści dolaró...
-
I Grzybku maleńki biegłaś mi na spotkanie o czwartej po południu z ufnością ...
-
Dopiero teraz rozumiem- dawne piosenki pełne tęsknoty i ciepła: „ Mówcie co chceci nie ma na swieci joj jak serce batiara”/Batiar jak...
-
Żeby spędzić weekend w Hotelu Gołębiewski wystarczy mieć kuzyna, który Cię tam zaprosi i pokryje koszty, bo właśnie obchodzi swoje urodz...
-
Maleńczuk w Internecie śpiewa o Putinie z właściwym sobie wdziękiem: „ владимир на бсегд а ни хуя „. To jest konkretny głos w sprawie U...