sobota, 14 marca 2015

Piotrków w deszczu







Fragmenty klasztoru ojców Bernardynów




















" Proszę pani, proszę pani, niech pani idzie tu, za kamienicę, niech pani ich opisze. To jest dziadostwo- żeby w centrum miasta była taka ruina!"  Kilka osób mnie tu wysłało, gdy stałam z aparatem na ulicy.                  Ruina mi się spodobała :) I. następna też


         

poniedziałek, 9 marca 2015

Wojciech Kuczok i inne opowieści

Kiedy przeczytałam fragmenty jego książki- Gnój- wiedziałam, że jest świetny i ucieszyłam się, kiedy przyznano mu nagrodę Nike. Jednak, czy on przyznałby mi Nike za moją Deborę…? 
Przy Wojciechu Kuczoku można nabawić się kompleksów. Przemieszcza się po świecie jak po przystankach tramwajowych. Obok mojego łóżka leży jego tomik – „Poza światłem”- w formie notatek. Też lubię taką formę. Tylko, że w moim pisaniu nie ma gniewu i zaciętości. On biczuje  notatkami jak pejczem. Masz i czytaj o brudnych podwórkach i beznadziei miasta na Śląsku!  Czytam do połowy  urywane zdania jakby autor przeskakiwał z grani na grań ( takie to pisanie górzyste). Podziwiam i trochę zazdroszczę i zasnąć trudno, bo słowa uderzają jak wyniosły szpikulec. Czemu jest taki wściekły…?
                          Jego inna opowieść o miłości pastora do prostytutki- żony karczmarza, który był jej alfonsem- to rewelacja. ( Ostatnie błogosławieństwo pastora Unckla)
Obraz  karczmy sprzed wieków i czyściutkiego pokoju z wykrochmaloną pościelą, gdzie do śpiącego pastora przychodzi gospodyni a on odbiera to tak jakby przyszła do niego Madonna lub Magdalena i oniemiały zasiada później przy porannym stole- gdzie karczmarz dopisuje mu do rachunku chwile rozkoszy z żoną- zwala go z nóg na zawsze.  Brawo panie na Wojciechu-co za wirtuozeria.
           Niestety nie mam zadatków na bohaterkę, nie zwisam na linie w Alpach jak autor ani nie schodzę w głąb jaskiń. Nawet do małej jaskini boję się wejść, bo mam klaustrofobię. Kiedy byłam w podstawówce i później w liceum walczyłam ze swoimi lękami. Zaczęło  się to w szkole. Na długiej przerwie schodziłam do piwnicy po kamiennych schodach nie zapalając światła. Piwnica była rozległa jak jaskinia. Stał nad nią ogromny zwalisty, poniemiecki budynek z ośmioma klasami. Pamiętam pierwsze zejście. Przez małe okienko w głębi wpadało trochę światła. Stałam w połowie schodów. Słyszałam głosy dzieci biegających za drzwiami. Bałam się iść dalej, bo w piwnicy mógł mieszkać Belfegor albo inny duch. Moje dzieciństwo było pełne opowieści o duchach. Mieszkały na cmentarzach, w drzewach i nawet w jesionach przy szkole, ale w świetle nie były groźne- tylko w ciemności. Więc stałam na schodach i patrzyłam czy się do mnie nie zbliża. Oczy przyzwyczajały się do mroku i ciemność przestawała być czarna. Najtrudniej było mi wejść w korytarz, który prowadził do zakamarków. Jednak po pewnym czasie przerobiłam piwnicę i wyznaczyłam sobie następne zadanie. Kiedy zapadała noc, (ale tylko latem) wymykałam się z domu, kiedy wszyscy spali i szłam do lasu. Pamiętam pierwszy raz- wielkie rosochate wierzby stały na końcu wsi. Za nimi zaczynał się las- wilgotny, ciemny od nocy i wysokich świerków. Stanęłam na skraju i bałam się się iść dalej, ale następnym razem weszłam i następnym też. Moje nocne ćwiczenia woli skończyły się zimą po lekcjach, gdy wracałam do domu cztery kilometry przez las. Szłam zamyślona i nieobecna zaśnieżoną drogą, gdy nagle wyrosła przede mną wilczyca z małymi i wyszczerzyła zęby. W mgnieniu oka wdrapałam się na drzewo. Siedziałam do zmarznięcia, lecz musiałam zejść, bo nie było jeszcze telefonu komórkowego i nadchodził zmierzch. Ta wilczyca to był mój belfegor. Był rzeczywisty, stał na śniegu i miał prawdziwe zęby.
Ostatnim zadaniem było zejście do lochów sławnej twierdzy w Kłodzku. Pomyślałam, że, jeśli to zrobię, to pozbędę się lęku przed ciasnymi pomieszczeniami, z których nie ma wyjścia. I poszłam. Korytarze były coraz węższe i niższe. Ściany z mokrego granitu. Było chyba pięć osób i przewodnik z przodu, z latarką. Nie wiedziałam, że będzie aż tak ciasno. Brakowało mi tchu. Szliśmy pochyleni a potem na kolanach. Po wyjściu wcale nie czułam się silniejsza. Pamiętam jedynie światło i szeroki dziedziniec. Po kilku dniach usłyszałam, że tamte korytarze zawaliły się i odtąd dałam sobie spokój. Miałam dość walki z klaustrofobią.
   Jestem pełna podziwu dla Wojciecha Kuczoka za jego wspinaczki w głąb jaskiń: „ Wiele okrutnie ciasnych nor, z tych, co to każdy metr płaci się potem i sińcami, mogę już tylko wspominać. Są zwężenia, których nie pokonał nikt poza mną ( do trzydziestki byłem przeraźliwie chudy) […] pokonywanie zacisku jest oczywistą metaforą narodzin. Płacimy bolesnym wysiłkiem za chęć wydostania się ku światłu. To naprawdę poprawia samopoczucie: regularnie rodzić się na nowo”  (Poza światłem)





  

piątek, 27 lutego 2015

POPIOŁY 2


Popioły w pochmurny dzień wydają się zapomniane. Czasem przejeżdża auto lub mieszkaniec zmurszałych willi, które wciąż mają urok. Idę wyszczerbionym asfaltem a potem wchodzę do lasu o tej samej nazwie. 


  Ludzie mówią, że to miejsce jest nawiedzone, że wsród drzew błąkają się  duchy, że słychać płacz dzieci, które tu zaginęły. Jednak  nie słyszę niczego, poza trzaskiem spadającej gałęzi. Ale kiedy przyglądam się korze widzę w niej duchy bardzo starych drzew- jak w filmowym "Władcy pierścieni"



    Drzewce Popiołów

  



     i  złamaną brzoza


   W oddali czeka samochód
    

    Uśmiecham się do strażaka, który dzielnie trwa i odjeżdżam 

poniedziałek, 16 lutego 2015

rzeka


Któregoś dnia trafiłam na ulicę Falową a ta zaprowadziła mnie do rzeki Ner.
Zdjęcie przedstawia piękną alejkę, która wiedzie do najbardziej zanieczyszczonej rzeki w regionie Łodzi. W alejce tej skąpanej w świetle- leżały całe sterty skoszonej trawy wyrzucanej przez okolicznych mieszkańców pod drzewa.

Wydawać  by się mogło, że w moim zakątku  nic się ostatnio nie dzieje, ale jest to czas intensywnej pracy, przeglądania dokumentów   i zapisywania wniosków.  To mój osobisty Ner, z którym muszę się uporać.


czwartek, 5 lutego 2015

Czerwona fala

Ewa wróciła do pokoju z plaży zalanej słońcem i położyła się na łóżku. Na poręczy, wśród żelaznych kwiatów powiesiła ręcznik. Chciała być sama. Lekki wiatr poruszał firankami, zmiatając bordową podłogę. Pokój był prawie pusty.  W komodzie leżały jej rzeczy.  Miała przed sobą jeszcze tydzień urlopu.  Ciemne główki gwoździ rdzewiały w szerokich deskach. Czerwona fala zachodu zalała przestrzeń.  Wysoki mężczyzna cicho otworzył drzwi i stanął przy łóżku. Patrzył na nią, a potem pochylił się i pocałował delikatnie. Kiedy uniósł głowę, długie włosy odsłoniły twarz. To śmierć- pomyślała, wzdrygając się, ale nie czuła strachu, bo wyglądał znajomo. Lewa strona twarzy rozpadała się jak na obrazach Beksińskiego. Strzępy ubrania zwisały w nieładzie. Rozpadał się jego bok i smukłe ciało. Stał w czerwonej fali.  Nie odezwał się ani słowem. Nie było potrzeby. Pochylił się po raz drugi a potem powoli przenikał w jej ciało. W tym momencie obudziła się. Jego obraz wciąż trwał w powietrzu jak zjawa. Było w tym coś niezwykłego, jednak wzdrygnęła się na myśl o pocałunku i wstała.
- Może naprawdę tu był…?
Zeszła na dół i spojrzała na morze. Nic się nie zmieniło. Dzieci bawiły się w oddali biegając po piasku. Starsza pani z warkoczem, w chusteczce na głowie, powiedziała wesoło:
- Twoja córka pływa jak ryba, nie wychodzi z wody.
Mocno opalona dziewczynka co chwila wbiegała w fale i śmiała się opryskując wodą chłopczyka na brzegu. Ewa wróciła do domu i nastawiła czajnik. Wciąż miała przed oczami postać mężczyzny ze snu.  Minęło popołudnie i wieczór. Następnego dnia zapomniała o wszystkim. Dni mijały szybko. Prawie codziennie zabierała córkę na pstrągi zapiekane w folii dwa kilometry dalej. Jej mąż nie dzwonił. Kolejny urlop spędzała samotnie. Ostatniego dnia spakowała torbę. Dalekobieżny pociąg odjeżdżał o północy. Wybrała wygodny przedział w pierwszej klasie i zamknęła drzwi.  Siedmioletnia Helenka położyła się na fotelach i usnęła. Ewa zgasiła światło, zasłoniła drzwi, okryła córkę lekkim kocem i wyciągnęła się po przeciwnej stronie. Wagon był prawie pusty. Miały przed sobą długą noc. Pociąg ruszył punktualnie o północy.  Cieszyła się, że tak mało ludzi. Torebkę zawinęła w ręcznik i położyła pod głowę. Przykryła się miękką, polarową bluzą i ułożyła do snu. Koła stukały jednostajnie.
 Nagle drzwi otworzyły się z łoskotem. Stanął w nich wysoki mężczyzna i powiedział przepraszająco
- Dobry wieczór, czy mogę usiąść…?
-Obok jest wolny przedział, następny też- odpowiedziała Ewa niechętnie
-Ale ja panią bardzo proszę… Usiądę w kątku i nie będę przeszkadzał. Mnie ostatnio okradli, zginęły dokumenty, a tutaj  dziecko śpi, więc będę bezpieczny…
- Pan jest podpity
- Tylko kilka piw,  wracam z pogrzebu ojca…
- Ładny synek…- mruknęła Ewa ironicznie .
Mężczyzna zawahał się, ale nie odchodził i ponowił prośbę:
- Obawiam się, że zasnę i będzie tak samo jak ostatnio…
- Trzeba było nie pić- ucięła krótko.
-Czy pani wie, jaki to problem żeby odtworzyć wszystkie dokumenty…? Bardzo panią proszę. Wspomni pani kiedyś, że jechała ze mną, bo ja jestem człowiekiem szczególnym…
Ewa spojrzała na niego przelotnie i pomyślała: „ Przystojny i dobrze ubrany.” Podciągnęła nogi i zrobiła mu miejsce.
Mężczyzna usiadł tak, jakby chciał wcisnąć się w drzwi. Założył słuchawki  i zapadła cisza. Ewa spojrzała na jego zamszowe buty, sztruksowe spodnie i marynarkę. Ciekawe, co to za jeden? – pomyślała.  Rozbudziła się  już zupełnie i zapytała z lekką kpiną:
- Co w panu takiego szczególnego?
- Jestem w połowie krzyżakiem, odparł z uśmiechem
Ma miły głos- pomyślała - i poczucie humoru.  Wyciągnęła z torby czekoladę z orzechami i poczęstowała go. On wyjął dwie puszki piwa i powiedział:
- W Mrągowie jest festiwal country. Miałem tam jechać, ale wszystko się pokręciło.
- Nigdy tam nie byłam…
-Naprawdę ? Kocham ten festiwal.  Kocham też Tinę Turner. Jest mocna i gorąca. Wspaniała kobieta.  Mężczyzna mówił z podekscytowaniem. Potem wyjął papierosy.
- Pali pani?
- Popalam- odparła z uśmiechem
- To chodźmy na korytarz
 Wyszli , zamykając  drzwi. Pociąg jechał powoli.  Ewa nie zaciągała się. Papierosy były za mocne.
- Tina  mnie uskrzydla. Proszę posłuchać.
Założył jej słuchawki na uszy. Mocny, chrapliwy głos zabrzmiał dalekim słońcem.
- Mam na imię Ewa- powiedziała oddając słuchawki
-  Michał
- To nie jest krzyżackie imię…
- Powiedziałem, że krzyżak w połowie- uśmiechnął się mężczyzna
- No tak, faktycznie. W jednej czwartej jestem Francuzką i nazywam się Dejavue- odparła śmiejąc się. Mężczyzna intrygował ją. Cieszyła się  ze spotkania. Śmiali się oboje. Bawiły ich kopy siana ustawione w pobliżu stacji kolejowej mijanej wsi i pijak, który zabłądził w pociągu i nie mógł znaleźć swojego przedziału.  Wszystko nabrało rumieńców zapowiadając przygodę. W końcu korytarza pojawiła się konduktorka, więc wrócili do do przedziału. Kiedy otworzyła drzwi i mocnym ciepłym głosem powiedziała dzień dobry, Michał od razu nawiązał rozmowę i z weszła młoda Michał z ożywieniem prawił jej komplementy.
- Wylewny jak pijak- pomyślała Ewa spoglądając na konduktorkę. Była wysoka, dobrze zbudowana z wysokim biustem i podkreśloną talią.
- Lubisz kobiety- powiedziała z delikatna  kiedy ona odeszła.
- Tak, lubię piękne dziewczyny, ale kocham żonę.
- Kochałem- poprawił.
Ewa była zbyt zaskoczona, żeby cokolwiek powiedzieć. W oczach Michała pojawiły się łzy.
- Zmarła rok temu.  Była taka piękna. Była Tahitanką. Miała guz piersi. Powiedziałem lekarzowi, żeby go wyłuskali, że  jedna pierś mi wystarczy. Wystarczy mi jedna. Ale nie wyzdrowiała. Nie wiedziałem, że jest aż tak źle. Nie powiedzieli mi. Byłem wtedy w szpitalu.  Ja też miałem operację. Kiedy wróciłem do domu- ona nie żyła. Z rozpaczy zdemolowałem mieszkanie. 
Z oczu Michała płynęły wielkie łzy. Położył głowę na kolanach Ewy i płakał. Głaskała go po włosach i czuła, że stał się bliski.
- Jesteś  bardzo zgrabna- powiedział głaskając jej uda w białych spodenkach do kolan. Ty także jesteś piękną kobietą.
A może kłamie, może to jego sposób na podryw?- pomyślała Ewa odsuwając się lekko.
- Byłem niedawno w Poznaniu, na grobie przyjaciela.  Wypiłem piwo, postawiłem mu puszkę i odszedłem. Tam jest bardzo dużo puszek. Wszyscy je stawiają.
Ewa spojrzała pytająco.
- Był solistą Dżemu. Kiedyś wrócił do domu pijany z pogrzebu i żona zrobiła mu awanturę a on bełkocząc powiedział:” A co ty k…. myślisz, ze ja z wesela wracam…?”
Ewa roześmiała się głośno. Śmiali się oboje. Czarne sosny za oknem migały wesoło. Helenka otworzyła oczy i powiedziała: zimno mi…
Michał  zdjął torbę z półki, wyjął  wełniany sweter i przykrył dziewczynkę.
- Jest bardzo ciepły, ja też mam dzieci- powiedział
Helenka zwinęła się w kłębek i zasnęła ponownie.
-Małżeństwo to ważna sprawa. Byłem szczęśliwy. A ty?
- Myślę o rozwodzie- odparła cicho.  Jest coraz gorzej
- To bardzo ważna decyzja, masz śliczną córkę.
- Kiedy się urodziła, kupił mi miotłę- powiedziała z goryczą. Nawet na nią nie spojrzał. Był zajęty gazetą. Płakałam całą noc.
- Michał z zakłopotaniem sięgnął do torby, po kolejną puszkę.
 - Kiedy tu stałem w drzwiach i prosiłem o miejsce - myślałem: co  za wredna baba…, ale coś mnie ciągnęło do ciebie, coś dobrego, jakbym wiedział, że jesteś inna.
- Byłam  na ciebie zła. Wymościłam sobie gniazdko, a tu masz!
- Nie chciałem być sam, nie mogłem. Nie mam dokąd iść. Najpierw Rysiek, potem ona,  teraz ojciec i ja w tym szeregu.
Pociąg zwalniał. Stanął w szczerym polu.  Noc była pogodna. Wszyscy spali . Michał wziął ją za rękę i wyszli na korytarz. Otworzył okno.
- Modliłem się, żeby tak było, żeby podróż się nie kończyła. Chciałbym jechać z Tobą do końca.
Ewa czuła się szczęśliwa i oszołomiona.
- Mówiłeś, że jedziesz do Warszawy.
- Jadę donikąd. Ja także umieram. Mam czerniaka. Nie ma ratunku.
- Niemożliwe.
- Nie wierzysz mi? Pokażę ci. Chodźmy.
Michał zamknął drzwi i zdjął kurtkę.
- Zobaczysz... To nie wygląda strasznie. Mała plamka na plecach. ..   Zaczął ściągać koszulę.
- Nie, proszę, nie trzeba- powiedziała z zakłopotaniem.
Michał wziął jej dłonie w swoje i całował opuszki palców- delikatnie, namiętnie.
- Czym się zajmujesz?- przerwała wesoło, przeciągając się.
- Wujek mówi, że jestem szarpidrutem. Kiedyś miałem długie włosy i ważyłem dużo więcej. Schudłem 20 kilogramów w ciągu miesiąca.
 Zanucił cicho znany przebój.
-Bardzo dobrze śpiewasz.
-  Grałem z tym zespołem. Nie poznajesz mnie?- spytał ze zdziwieniem
- Nie interesują mnie zespoły rockowe. Właściwie ich nie lubię, ale ta piosenka jest dobra.
- Nie lubisz rocka…?
- Budzi we mnie niepokój. Kojarzy mi się z jakąś pierwotną dziczą. Nie rozpoznaję muzyków ani piosenkarzy i nie zachłystuję się nimi. Nie rozumiem, dlaczego kobiety tak wyją na koncertach, dlaczego wszyscy wyją. To jakiś niezrozumiały trans- jak dżungla.
- Michał uśmiechnął się i zapytał
- A co lubisz?
- Popołudnie fauna
-Zaśpiewam coś, co na pewno ci się spodoba .
Usiadł blisko i zanucił półgłosem:
„ A kiedy przyjdzie także po mnie/ zegarmistrz światła purpurowy/ by mi zabełtać błękit w głowie/ to będę jasny i gotowy/ spłyną przeze mnie dni na przestrzał/ zgasną podłogi i powietrza/ na wszystko jeszcze raz popatrzę/ i pójdę nie wiem gdzie na zawsze/
Ewa słuchała ze zdziwieniem dobrze znanej z radia piosenki.
- Bardzo ładnie- pochwaliła. Masz ciepłą barwę głosu.
Pociąg znowu ruszył,  mijał kolejne stacje. Za oknem był szary świt i zaczął padać deszcz. Michał przytulił się do niej.
- Nie nazywasz się Michał…
- A ty -nie nazywasz się -Dejavue- odpowiedział cicho.
-Pozwól mi jechać z Tobą, mam tak mało czasu –szepnął, całując jej włosy.
- Zadzwonisz do mnie i spotkamy się- powiedziała z nadzieją
- Za późno. Za późno, by zaczynać od nowa.
- Jest w tobie tyle życia, tyle radości, nie wierzę, że umierasz. Nie wierzę. Wyzdrowiejesz. Na pewno!
Ewa wyjęła notes, wpisała numer telefonu, wyrwała kartkę, podpisała: Ewa Dejavue i podała mężczyźnie.
Schował ją do bocznej kieszeni torby i powtórzył smutno ,ogarniając ją psim spojrzeniem:
-Pozwól mi jechać z tobą, do Krakowa. Pozwól podzielić się czułością.
Pociąg zbliżał się do peronu. Warszawa była mglista, mokra i zimna
- Wysiadaj!- powiedziała Ewa zdecydowanie
Mężczyzna wstał, ociągając się.
- Dlaczego? –zapytał
- Nie chcę iść teraz z tobą do hotelu. Spotkamy się później - odparła pewnym głosem
- Spotkamy się w innym świecie- nie rozumiesz?
- Po prostu zadzwoń!
Pocałował ją delikatnie w policzki i usta i wyszedł. Wysiadał  w ostatniej chwili. Konduktor zagwizdał przeciągle i pociąg znowu ruszył.
Ewa otworzyła okno i machała ręką tak długo, aż była całkiem mokra. Ktoś wszedł do przedziału obok. Zasłoniła drzwi i zamknęła oczy. Po kilku godzinach podróż dobiegła kresu. W Krakowie nikt na nią nie czekał. Helenka szła obok walizki na kółkach podskakując wesoło.
- Mamo- piłeczki na gumkach, balony!  Kup balonik!
Ewa  wyjęła garść drobnych i dała Helence. Dziewczynka  kupiła  balon w kształcie serca i z zapałem opowiadała coś matce, ale Ewa jej nie słyszała. Było jej przykro, że mąż nie przyjechał.  Zawiadomiła go o przyjeździe. Wynajęła taksówkę i pojechały do domu. Pelargonie na tarasie pożółkły bez wody, w zlewie leżała sterta naczyń.
- Tata nawet kwiatów nie podlał- powiedziała z wyrzutem do Helenki
- Może nie miał czasu - odpowiedziała dziewczynka
- Zawsze go bronisz- mruknęła Ewa pod nosem i zabrała się za porządki. Nie chodziło o kwiaty, ani nawet bałagan, jaki ciągle zostawiał.  Chodziło o to, że  nie znosił, kiedy coś ją cieszyło. Niszczył każdy dzień. Myślała o spotkaniu w pociągu,  o wielkiej, niespodziewanej radości  i za każdym razem, gdy dzwonił telefon, biegła do niego z nadzieją. Jednak to byli tylko  klienci albo znajomi, którzy częściej chcieli coś sprzedać niż kupić. Ewa zapisała na kartce informacje, które mogły się przydać.  Zapisała zamówienia z hurtowni i podliczyła je z grubsza.
Może zadzwoni jutro?- pomyślała i weszła do łazienki, by napełnić konewkę. Niebieskie powoje bardzo jej potrzebowały. Z trudem wspinały się na dach.
Mijały kolejne dni a tajemniczy mężczyzna nie dzwonił. Kończyło się lato. Ewa spakowała jego sweter do pudełka i odłożyła wysoko na półkę. Po powrocie z hurtowni przebrała się   i pojechała do ulubionej karczmy za miastem. W zwykły dzień o tej porze nie było prawie nikogo. Usiadła  w altanie z oczkiem wodnym. Kelnerka przyniosła  jej kawę i popielniczkę. Siedziała na szerokiej ławie  i patrzyła na ogrodnika, który grzebał w ziemi i układał kamienie.  Karczma powstała na skraju góry ze śmieci. Porastały ją trawy, krzewy  głogów, jarzębin i cienkie sosny. Wyglądała jak wielki grobowiec.
                - Może naprawdę umarł?



poniedziałek, 26 stycznia 2015

Granatowe niebo

Pochmurny styczeń bez słońca i śniegu- wisiał jak nietoperz. Konrad był niespokojny. Telefon kumpla sprzed lat ożywił go. Wreszcie mógł się wygadać:
-Ta stara raszpla całkiem ocipiała.   Zapisała się na kurs Excela, chodzi z kamerą.  Po co jej to…? Czy będzie jak nasz poświrowany sąsiad, który od rana lata z aparatem i zarzuca wszystkich zdjęciami na Facebooku?  Odetchnąć nie można, bo mam, co chwila setki maili z zawiadomieniem o jego dokonaniach. A to kogut a to wiewiór, a to gęś a to koń, a to poranek a to świt, a to zachód a to południe… Tysiące zdjęć. Zawiązał chustę na łysym łbie  i cyka jak opętany.   A teraz teściowa.  Rozwaliła się przy stole ze swoją kolubryną  (to jej laptop) i ciągle przełącza programy. Nie mogę spokojnie pooglądać Kiepskich, bo ona wynajduje jakieś stare filmy i jeszcze się dziwi: „Jak to nie znasz Belmondo???,  Zostaw- pierwszy agent 007. Nie znasz Łowcy jeleni…?! „
 Zawsze musi wtrącić swoje trzy grosze. A kiedy przyszedł Ramzes było mi wstyd.  Znasz Ramzesa? To ten,  co robi w farmacji, wyciąga do dziesięciu tysięcy. To jej imponuje. Kiedy tylko usłyszała o Chorwacji, od razu nastawiła uszy. Ledwo zaproponował, byśmy tam razem pojechali na dwa samochody- od razu nabrała rozpędu.  Już jej się zamarzyły filmy z Dubrownika.  A on nic- ani słowa. Po co nam  raszpla na przyczepkę…? Już zaczęła gadać o domu do wynajęcia dla dwóch rodzin na lato.  On nie podjął tematu a ona dalej swoje.  On wspomniał o stewii do słodzenia. Ona o syropie  klonowym. On się przeniósł na kanapę, ona na fotel. On zaczął mówić o skałach, ona o księżycu. On położył się na piłce do ćwiczeń. Ona też zaczęła ćwiczyć.  Zajęła cały dywan. Całkiem jej odbiło. Znawczyni pilatesa od siedmiu boleści. Już miałem przechlapane lato, kiedy ją wzięliśmy w Tatry. Wzięła ze sobą kostium do opalania  i kosmetyczkę w reklamówce i ja musiałem nosić tę reklamówkę przez pół dnia, bo ona miała ręce zajęte kamerą i kręcila filmy.  Zachciało się jej sukcesów przed emeryturą.
- A jeszcze ci powiem, że jak Ramzes  przyszedł pierwszy raz i przyniósł papryczki nadziewane serem- to prawie wszystkie zjadła. Wpierdziela jak odkurzacz. Wpadnij do nas. Ona  jutro wyjedzie. Wszystko poprzestawiała.  Nic nie mogę znaleźć!
- Nie możesz dalej gadać…? Rozumiem. No to cześć stary knurze! Siemka! Trzymaj się!
Konrad rozłączył się.  Narzekanie na teściową tylko przez chwilę go odprężyło. Przez krótki czas - rozmowy z kumplem jak za dawnych lat.
Miał przed sobą o wiele poważniejszy problem niż ona.  Gołe drzewa migały  po bokach.  Mżawka osiadała na szybach i podnosiła się mgła.   Od kilku miesięcy był bez pracy. Wszystko, co odłożył wraz z żoną na nowy samochód- kurczyło się zastraszająco. A tu jeszcze kredyt za dom we frankach szwajcarskich, które przerosły euro, co dla nich oznacza ratę wyższą o 500zł.
Już pół roku temu, gdy musiał jechać do Krakowa tak daleko od domu i syna -serce mu się krajało. Mały Kubuś stał w oknie z oczami pełnymi łez i wołał: tatusiu nie jedź, tatusiu…!
Jednak musiał jechać. To była jedyna praca, jaką udało się załatwić po niespodziewanym zwolnieniu. Jedyna. Żona rozchorowała się i zabrano ją do szpitala, a do małego Kubusia przyjechała niania. Nagle został sam- bez matki i ojca, z obcą kobietą. Kiedy Konrad wracał na weekend- mały nie odstępował go na krok. Szedł za nim nawet do toalety. Jednak nadchodził poniedziałek i ojciec znowu  wyjeżdżał. Wielkie, gorzkie łzy płynęły po twarzy chłopczyka, gdy widział odjeżdżający samochód. Bardzo tęsknił i za nim, i za matką.  Nie rozumiał słowa operacja.  Miał tylko dwa lata. Kiedy  po dwóch tygodniach wróciła ze szpitala, nie posiadał się ze szczęścia. Przytulał ją i całował. Wchodził na plecy, obejmował kolana. Wreszcie wróciła!
Konrad pamiętał tamten czas; życie w wynajętym pokoju, niższą pensję, tęsknotę za synkiem. Nie szło mu. Kolejne zwolnienie. Był przerażony.  Strach nie pozwalał zasnąć. Wysłał wiele ofert, ale nie było żadnej propozycji. Jedyna praca, jaka mu się trafiła, była w banku za 1500 na rękę. Od takiej pracy zaczynał, a przecież minęło 10 lat i co? Ciągle stał w miejscu. Ostatnie zwolnienie dobiło go. Drugie w ciągu roku. Nie wyrabiał planów. Nie był super przedstawicielem, który grabi kasę dla wypasionych dyrektorów. Nie było to dla niego łatwe. Nie lubił narzucania się i ciągłego namawiania kolejnych klientów na kolejny produkt. Tęsknił za domem, więc nie orał po godzinach, a do tego- czuł coraz większe zmęczenie. Czuł się wypalony od ciągłych telefonów i szukania chętnych.
- Jak ona to powiedziała…? Ta stara raszpla?: „Kto ma temu będzie dodane, a kto nie ma- zabrane mu będzie”, że tak powiedział Jezus…? Ale przecież miał na myśli duchowość … nie dobra materialne. Co ona pierdzieli?  I jeszcze gada, żebym wyjechał do Anglii na jakiś wózek  widłowy. Przecież jestem Polakiem. Po co mam  jechać? Na tułaczkę po budowach, dźwiganie w olbrzymich halach? Zostawić dom i Kubusia…?
      Konrad uwielbiał synka. Był z nim blisko jeszcze wtedy, gdy żona była w ciąży. Był przy jego narodzinach, przewijał go, kąpał, zasypiał przy nim i bawił się godzinami. Nosił go na rękach, gdy ona padała z nóg, bo chłopczyk był alergiczny i często chorował. To dla niego układał wierszyki i bajki na poczekaniu, przybijał z nim głośne piąstki a za chwilę ciche. To z nim jeździł do zoo i akwarium, i jego wielkimi z zadziwienia oczami chłonął świat. Jak może zostać bez niego w obcym kraju, gdzie wyjechało tylu kolegów ze szkoły, którzy z trudem skończyli  zwykłą podstawówkę? On miał być tym lepszym.

A teraz ma się tułać? Czy zabiorą im dom…? Konrad jechał automatycznie, zagłębiony w myślach. Jego zwolnienie lekarskie na 1500 zł nie pokrywało kosztów raty, a gdzie prąd, gaz, woda, benzyna, codzienne utrzymanie…? Jego żonie też było trudno załatwić lepszą pracę. Dwie pensje ledwo wystarczały, a co dopiero jedna. W pokoju wciąż stał stary stół jego matki, na wysoki połysk i okropne krzesła z komórki, bo brakowało na nowe. Piękny drewniany stół owalny był ich marzeniem. Zrezygnowali z niego, bo wybrali wczasy- prawdziwe wczasy z kładami, ślizgaczem i rejsem pod żaglami. To były ich wakacje. Letni tydzień z przygodą, jak za dawnych lat, gdy spotkali się po raz pierwszy i świat wydawał się w miarę prosty. Granatowe niebo zdawało się im sprzyjać. Żadne z nich nie miało mieszkania ani zaplecza. Rzucili się na głęboką wodę, by zapewnić synkowi miejsce, by nie bawił się na betonowych podwórkach, gdzie do piaskownicy sikają psy. I postawili piękny dom- nieduży, ale wygodny. Dom z ogrodem niedaleko miasta.  A teraz wszystko się wali. 




środa, 31 grudnia 2014

ZIARENKO BOGA


 Słowa płynęły jak welon w smutnym, blokowym mieszkaniu z trzema pokojami. Tak naprawdę, to były trzy - pokoiki. Ten największy pełnił rolę salonu. Tu przyjmowano gości i częstowano ich kawą w brązowych filiżankach. Pokoje były ciasne, ściany pociemniałe a dzieci prawie dorosłe. Zegar wybijał koniec dwudziestego wieku. Czerwiec wdzierał się do pomieszczeń z łopotem firanek i ciężarówek za oknem. Pod ścianą leżały dębowe klepki do ułożenia parkietu. Leżały od dawna i zajmowały miejsce. W łazience  była  wanna bez obudowy. Dorota zawiesiła na niej zasłonkę z płótna by ukryć proszki i pasty, miski i szczotki. Mieszkanie było czyste, ale widać było, że od lat nie dokonywano w nim remontu.  Jednak nie przeszkadzało mi to. Zachód słońca za oknem wisiał jak dynamit.
Dorotę widziałam po raz pierwszy. Miała ciekawą twarz. Nie piękną, ale właśnie ciekawą. To była twarz- silnej, mądrej kobiety, przez którą przelało się wiele goryczy. 

- Ona ma rasę- prawda? – spytała jej przyjaciółka, gdy Dorota poszła zaparzyć kawę.
- Tak- odparłam- coś w niej jest.
Kiedy  wróciła z tacą i paluszkami w szklance, kiedy wszystko ustawiła na stole, nagle z sąsiedniego pokoju weszła jej córka z  włosami do ramion.  Chuda jak matka, ale sporo niższa. Właśnie skończyła liceum i czekała na wyniki egzaminu na studia. Nastolatka w spodenkach z miedzianą burzą włosów.
- Masz chłopaka?- spytałam
- Nie jednego- odparła buńczucznie i roześmiała się
Ona pięknie śpiewa- powiedziała Dorota i poprosiła córkę, by coś zaśpiewała. Dziewczyna stanęła w drzwiach i mocnym altem zaśpiewała dwie zwrotki a następnie rzuciła do widzenia i odeszła.
Zostałyśmy we trzy: Ewa, Dorota i ja. Ewa w markowych ciuchach, ze starannym makijażem, okrągłymi biodrami i dużym biustem była jak wykrzyknik przy ascetycznej Dorocie, ale zarazem patrzyła w nią- jak w gwiazdę. Co chwila poprawiała makijaż, narzekając na włosy, usta i nos.
- Ty jesteś piękna-( powiedziała do Doroty )– i tak cudownie szczupła i masz normalny nos, nie taki kulfon jak ja. Ja mam kartofel.
- To go zmień. Stać cię na to- ucięła Dorota krótko
- Jesteś genialna- odparła Ewa. Nie pomyślałam o tym. Przecież są operacje plastyczne. Ale skąd wezmę pieniądze…?
-To tylko jedna twoja pensja… Korekta nosa  kosztuje pięć tysięcy. Za jedna czwartą twojej pensji muszę utrzymać mieszkanie, dwoje dzieci i jeszcze spłacać długi. - odparła Dorota opierając łokcie przed sobą. W świetle letniego zmierzchu i czerwonego słońca wchodzącego na ławę wyglądała niezwykle malowniczo. Jej długie proste włosy spadały ze szczupłych ramion a poważna twarz bez uśmiechu była pełna wyrazu. Prosta perkalowa spódnica do kolan i sprany T-shirt z jasnej bawełny dopełniały reszty.
Rozejrzała się po mieszkaniu i powiedziała z goryczą:
-Widzisz te oderwane wykładziny i parkiet, co czeka pod ściana już piąty rok? To wszystko niszczeje, bo miałam męża pijaka. Musiałam jeszcze naprawiać to, co rozwalał jak się nachlał. A teraz nie robię już nic, nie ma sensu. To jego mieszkanie, służbowe mieszkanie policjanta. Kiedy spłacę kredyt, wezmę następny i kupię coś  dla siebie i dzieci- daleko stąd.
Opowiadała nam o mieszkaniu, które jej się marzy, mieszkaniu z dużym balkonem, gdzie będzie piąć się po ścianach liliowa kobea z dzwonkami, o dużym pokoju z kuchnią prowadzącym na otwarty balkon i małej, przytulnej sypialni. Wizja tego mieszkania i pięknego balkonu przeniosła nas w świat ogrodów. Ogrody były jej pasją.
 Opowiadała także o namiętnym związku sprzed siedmiu lat:

            -Kiedy się z nim kochałam, widziałam zorzę- wspaniałą zorzę. Nigdy tego nie zapomnę. Nie myślałam wcześniej, że może być tak wspaniale. I to był zwykły facet, nie jakiś super przystojniak… Pracowaliśmy razem. Później otworzyliśmy wspólną stołówkę. Z początku dobrze nam szło.  Cieszyłam się, że wreszcie stanę na nogi, że kupię mieszkanie i uwolnię się od pijaka. Poręczyłam mu kredyt, bo miało być jeszcze lepiej.  Mieliśmy plan rozbudowy. To miała być inwestycja i przyszłość, ale w rzeczywistości on spłacił w ten sposób swój wcześniejszy kredyt i wyjechał do USA. Zostawił mnie z długami. Po reformie Balcerowicza odsetki od kredytu wzrosły tak bardzo, że moja stołówka padła. Tego bólu też nie da się zapomnieć.  Znowu zostałam sprzedawczynią w cudzym sklepie. Jeszcze dziś komornik zabiera mi jedną trzecią pensji. Dorota mówiła a słońce  płonęło w oknie i odbijało się w pociemniałych meblach.
- Tylko nocą jestem szczęśliwa- ciągnęła dalej- czekam na noc, bo podczas snu przenoszę się do ogrodu, gdzie są wspaniałe drzewa, aleje kwiatów,  fontanny i palmy. Za każdym razem idę inną ścieżką i widzę tak niezwykłe kwiaty, że żaden film ani książka, ani moja opowieść nie mogą ich odtworzyć. Czasami ogród jest pełen rosy jak łąki nad ranem i lśni diamentami a innym razem płonie w zachodzącym słońcu. Idę szeroką aleją między wielkimi drzewami, które zawsze kwitną i pachną tak pięknie, że jeszcze teraz to czuję. W tym ogrodzie spotykam Boga. Przychodzi do mnie i daje mi ziarenka tych cudownych roślin. Niosę je w dłoniach jak największy skarb. Idę bardzo powoli i staram się ich nie zgubić. Bardzo się staram, ale ziarenek jest coraz mniej. W końcu zostaje tylko jedno. Ściskam je w dłoni z całych sił, by przenieść je do mojego świata, ale kiedy się budzę- dłoń jest pusta.


Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...