" Proszę pani, proszę pani, niech pani idzie tu, za kamienicę, niech pani ich opisze. To jest dziadostwo- żeby w centrum miasta była taka ruina!" Kilka osób mnie tu wysłało, gdy stałam z aparatem na ulicy. Ruina mi się spodobała :) I. następna też
sobota, 14 marca 2015
Piotrków w deszczu
" Proszę pani, proszę pani, niech pani idzie tu, za kamienicę, niech pani ich opisze. To jest dziadostwo- żeby w centrum miasta była taka ruina!" Kilka osób mnie tu wysłało, gdy stałam z aparatem na ulicy. Ruina mi się spodobała :) I. następna też
poniedziałek, 9 marca 2015
Wojciech Kuczok i inne opowieści
Kiedy przeczytałam fragmenty jego książki- Gnój- wiedziałam, że jest świetny i ucieszyłam się, kiedy przyznano
mu nagrodę Nike. Jednak, czy on przyznałby mi Nike za moją Deborę…?
Przy Wojciechu Kuczoku można nabawić się
kompleksów. Przemieszcza się po świecie jak po przystankach tramwajowych. Obok
mojego łóżka leży jego tomik – „Poza światłem”- w formie notatek. Też lubię
taką formę. Tylko, że w moim pisaniu nie ma gniewu i zaciętości. On biczuje notatkami jak pejczem. Masz i czytaj o brudnych podwórkach i beznadziei
miasta na Śląsku! Czytam do połowy urywane zdania jakby autor przeskakiwał z grani na grań ( takie to pisanie
górzyste). Podziwiam i trochę zazdroszczę i zasnąć trudno, bo słowa uderzają
jak wyniosły szpikulec. Czemu jest taki wściekły…?
Jego inna opowieść o miłości
pastora do prostytutki- żony karczmarza, który był jej alfonsem- to rewelacja.
( Ostatnie błogosławieństwo pastora
Unckla)
Obraz karczmy sprzed wieków i
czyściutkiego pokoju z wykrochmaloną pościelą, gdzie do śpiącego pastora
przychodzi gospodyni a on odbiera to tak jakby przyszła do niego Madonna lub
Magdalena i oniemiały zasiada później przy porannym stole- gdzie karczmarz
dopisuje mu do rachunku chwile rozkoszy z żoną- zwala go z nóg na zawsze. Brawo panie na Wojciechu-co za wirtuozeria.
Niestety nie mam zadatków na
bohaterkę, nie zwisam na linie w Alpach jak autor ani nie schodzę w głąb
jaskiń. Nawet do małej jaskini boję się wejść, bo mam klaustrofobię. Kiedy
byłam w podstawówce i później w liceum walczyłam ze swoimi lękami. Zaczęło się to w szkole. Na długiej przerwie
schodziłam do piwnicy po kamiennych schodach nie zapalając światła. Piwnica była
rozległa jak jaskinia. Stał nad nią ogromny zwalisty, poniemiecki budynek z ośmioma
klasami. Pamiętam pierwsze zejście. Przez małe okienko w głębi
wpadało trochę światła. Stałam w połowie schodów. Słyszałam głosy dzieci biegających
za drzwiami. Bałam się iść dalej, bo w piwnicy mógł mieszkać Belfegor albo inny
duch. Moje dzieciństwo było pełne opowieści o duchach. Mieszkały na cmentarzach,
w drzewach i nawet w jesionach przy szkole, ale w świetle nie były groźne-
tylko w ciemności. Więc stałam na schodach i patrzyłam czy się do mnie nie
zbliża. Oczy przyzwyczajały się do mroku i ciemność przestawała być czarna. Najtrudniej
było mi wejść w korytarz, który prowadził do zakamarków. Jednak po pewnym
czasie przerobiłam piwnicę i wyznaczyłam sobie następne zadanie. Kiedy zapadała
noc, (ale tylko latem) wymykałam się z domu, kiedy wszyscy spali i szłam do
lasu. Pamiętam pierwszy raz- wielkie rosochate wierzby stały na końcu wsi. Za nimi
zaczynał się las- wilgotny, ciemny od nocy i wysokich świerków. Stanęłam na
skraju i bałam się się iść dalej, ale następnym razem weszłam i następnym też.
Moje nocne ćwiczenia woli skończyły się zimą po lekcjach, gdy wracałam do domu
cztery kilometry przez las. Szłam zamyślona i nieobecna zaśnieżoną drogą, gdy
nagle wyrosła przede mną wilczyca z małymi i wyszczerzyła zęby. W mgnieniu oka
wdrapałam się na drzewo. Siedziałam do zmarznięcia, lecz musiałam zejść, bo nie
było jeszcze telefonu komórkowego i nadchodził zmierzch. Ta wilczyca to był mój
belfegor. Był rzeczywisty, stał na śniegu i miał prawdziwe zęby.
Ostatnim zadaniem było zejście do
lochów sławnej twierdzy w Kłodzku. Pomyślałam, że, jeśli to zrobię, to pozbędę
się lęku przed ciasnymi pomieszczeniami, z których nie ma wyjścia. I poszłam.
Korytarze były coraz węższe i niższe. Ściany z mokrego granitu. Było chyba pięć
osób i przewodnik z przodu, z latarką. Nie wiedziałam, że będzie aż tak ciasno.
Brakowało mi tchu. Szliśmy pochyleni a potem na kolanach. Po wyjściu wcale nie
czułam się silniejsza. Pamiętam jedynie światło i szeroki dziedziniec. Po kilku
dniach usłyszałam, że tamte korytarze zawaliły się i odtąd dałam sobie spokój. Miałam
dość walki z klaustrofobią.
Jestem pełna podziwu dla Wojciecha Kuczoka za jego wspinaczki w głąb jaskiń: „ Wiele okrutnie
ciasnych nor, z tych, co to każdy metr płaci się potem i sińcami, mogę już
tylko wspominać. Są zwężenia, których nie pokonał nikt poza mną ( do
trzydziestki byłem przeraźliwie chudy) […] pokonywanie zacisku jest oczywistą
metaforą narodzin. Płacimy bolesnym wysiłkiem za chęć wydostania się ku światłu.
To naprawdę poprawia samopoczucie: regularnie rodzić się na nowo” (Poza światłem)
piątek, 27 lutego 2015
POPIOŁY 2
Popioły w pochmurny dzień wydają się zapomniane. Czasem przejeżdża auto lub mieszkaniec zmurszałych willi, które wciąż mają urok. Idę wyszczerbionym asfaltem a potem wchodzę do lasu o tej samej nazwie.
Ludzie mówią, że to miejsce jest nawiedzone, że wsród drzew błąkają się duchy, że słychać płacz dzieci, które tu zaginęły. Jednak nie słyszę niczego, poza trzaskiem spadającej gałęzi. Ale kiedy przyglądam się korze widzę w niej duchy bardzo starych drzew- jak w filmowym "Władcy pierścieni"
Drzewce Popiołów
i złamaną brzoza
W oddali czeka samochód
Uśmiecham się do strażaka, który dzielnie trwa i odjeżdżam
poniedziałek, 16 lutego 2015
rzeka
Któregoś dnia trafiłam
na ulicę Falową a ta zaprowadziła mnie do rzeki Ner.
Zdjęcie przedstawia piękną
alejkę, która wiedzie do najbardziej zanieczyszczonej rzeki w regionie Łodzi. W alejce
tej skąpanej w świetle- leżały całe sterty skoszonej trawy wyrzucanej przez
okolicznych mieszkańców pod drzewa.
Wydawać by się mogło, że w moim zakątku nic
się ostatnio nie dzieje, ale jest to czas intensywnej pracy, przeglądania
dokumentów i zapisywania wniosków. To mój osobisty Ner, z którym muszę się uporać.
czwartek, 5 lutego 2015
Czerwona fala
Ewa wróciła do pokoju z plaży zalanej
słońcem i położyła się na łóżku. Na poręczy, wśród żelaznych kwiatów powiesiła
ręcznik. Chciała być sama. Lekki wiatr poruszał firankami, zmiatając bordową
podłogę. Pokój był prawie pusty. W komodzie
leżały jej rzeczy. Miała przed sobą
jeszcze tydzień urlopu. Ciemne główki
gwoździ rdzewiały w szerokich deskach. Czerwona fala zachodu zalała przestrzeń.
Wysoki mężczyzna cicho otworzył drzwi i
stanął przy łóżku. Patrzył na nią, a potem pochylił się i pocałował delikatnie.
Kiedy uniósł głowę, długie włosy odsłoniły twarz. To śmierć- pomyślała,
wzdrygając się, ale nie czuła strachu, bo wyglądał znajomo. Lewa strona twarzy
rozpadała się jak na obrazach Beksińskiego. Strzępy ubrania zwisały w
nieładzie. Rozpadał się jego bok i smukłe ciało. Stał w czerwonej fali. Nie odezwał się ani słowem. Nie było
potrzeby. Pochylił się po raz drugi a potem powoli przenikał w jej ciało. W tym
momencie obudziła się. Jego obraz wciąż trwał w powietrzu jak zjawa. Było w tym
coś niezwykłego, jednak wzdrygnęła się na myśl o pocałunku i wstała.
-
Może naprawdę tu był…?
Zeszła na dół i spojrzała na morze. Nic
się nie zmieniło. Dzieci bawiły się w oddali biegając po piasku. Starsza pani z
warkoczem, w chusteczce na głowie, powiedziała wesoło:
-
Twoja córka pływa jak ryba, nie wychodzi z wody.
Mocno opalona dziewczynka co chwila
wbiegała w fale i śmiała się opryskując wodą chłopczyka na brzegu. Ewa wróciła
do domu i nastawiła czajnik. Wciąż miała przed oczami postać mężczyzny ze snu. Minęło popołudnie i wieczór. Następnego dnia
zapomniała o wszystkim. Dni mijały szybko. Prawie codziennie zabierała córkę na
pstrągi zapiekane w folii dwa kilometry dalej. Jej mąż nie dzwonił. Kolejny
urlop spędzała samotnie. Ostatniego dnia spakowała torbę. Dalekobieżny pociąg
odjeżdżał o północy. Wybrała wygodny przedział w pierwszej klasie i zamknęła
drzwi. Siedmioletnia Helenka położyła
się na fotelach i usnęła. Ewa zgasiła światło, zasłoniła drzwi, okryła córkę
lekkim kocem i wyciągnęła się po przeciwnej stronie. Wagon był prawie pusty.
Miały przed sobą długą noc. Pociąg ruszył punktualnie o północy. Cieszyła się, że tak mało ludzi. Torebkę
zawinęła w ręcznik i położyła pod głowę. Przykryła się miękką, polarową bluzą i
ułożyła do snu. Koła stukały jednostajnie.
Nagle drzwi otworzyły się z łoskotem. Stanął w
nich wysoki mężczyzna i powiedział przepraszająco
-
Dobry wieczór, czy mogę usiąść…?
-Obok
jest wolny przedział, następny też- odpowiedziała Ewa niechętnie
-Ale
ja panią bardzo proszę… Usiądę w kątku i nie będę przeszkadzał. Mnie ostatnio
okradli, zginęły dokumenty, a tutaj
dziecko śpi, więc będę bezpieczny…
-
Pan jest podpity
-
Tylko kilka piw, wracam z pogrzebu ojca…
-
Ładny synek…- mruknęła Ewa ironicznie .
Mężczyzna
zawahał się, ale nie odchodził i ponowił prośbę:
-
Obawiam się, że zasnę i będzie tak samo jak ostatnio…
-
Trzeba było nie pić- ucięła krótko.
-Czy
pani wie, jaki to problem żeby odtworzyć wszystkie dokumenty…? Bardzo panią
proszę. Wspomni pani kiedyś, że jechała ze mną, bo ja jestem człowiekiem szczególnym…
Ewa
spojrzała na niego przelotnie i pomyślała: „ Przystojny i dobrze ubrany.”
Podciągnęła nogi i zrobiła mu miejsce.
Mężczyzna
usiadł tak, jakby chciał wcisnąć się w drzwi. Założył słuchawki i zapadła cisza. Ewa spojrzała na jego
zamszowe buty, sztruksowe spodnie i marynarkę. Ciekawe, co to za jeden? –
pomyślała. Rozbudziła się już zupełnie i zapytała z lekką kpiną:
-
Co w panu takiego szczególnego?
-
Jestem w połowie krzyżakiem, odparł z uśmiechem
Ma
miły głos- pomyślała - i poczucie humoru. Wyciągnęła z torby czekoladę z orzechami i
poczęstowała go. On wyjął dwie puszki piwa i powiedział:
-
W Mrągowie jest festiwal country. Miałem tam jechać, ale wszystko się pokręciło.
-
Nigdy tam nie byłam…
-Naprawdę
? Kocham ten festiwal. Kocham też Tinę
Turner. Jest mocna i gorąca. Wspaniała kobieta.
Mężczyzna mówił z podekscytowaniem. Potem wyjął papierosy.
-
Pali pani?
-
Popalam- odparła z uśmiechem
-
To chodźmy na korytarz
Wyszli , zamykając drzwi. Pociąg jechał powoli. Ewa nie zaciągała się. Papierosy były za
mocne.
-
Tina mnie uskrzydla. Proszę posłuchać.
Założył
jej słuchawki na uszy. Mocny, chrapliwy głos zabrzmiał dalekim słońcem.
-
Mam na imię Ewa- powiedziała oddając słuchawki
- Michał
-
To nie jest krzyżackie imię…
-
Powiedziałem, że krzyżak w połowie- uśmiechnął się mężczyzna
-
No tak, faktycznie. W jednej czwartej jestem Francuzką i nazywam się Dejavue-
odparła śmiejąc się. Mężczyzna intrygował ją. Cieszyła się ze spotkania. Śmiali się oboje. Bawiły ich
kopy siana ustawione w pobliżu stacji kolejowej mijanej wsi i pijak, który zabłądził
w pociągu i nie mógł znaleźć swojego przedziału. Wszystko nabrało rumieńców zapowiadając przygodę.
W końcu korytarza pojawiła się konduktorka, więc wrócili do do przedziału.
Kiedy otworzyła drzwi i mocnym ciepłym głosem powiedziała dzień dobry, Michał
od razu nawiązał rozmowę i z weszła młoda Michał z ożywieniem prawił jej
komplementy.
-
Wylewny jak pijak- pomyślała Ewa spoglądając na konduktorkę. Była wysoka,
dobrze zbudowana z wysokim biustem i podkreśloną talią.
-
Lubisz kobiety- powiedziała z delikatna kiedy ona odeszła.
-
Tak, lubię piękne dziewczyny, ale kocham żonę.
-
Kochałem- poprawił.
Ewa
była zbyt zaskoczona, żeby cokolwiek powiedzieć. W oczach Michała pojawiły się
łzy.
-
Zmarła rok temu. Była taka piękna. Była
Tahitanką. Miała guz piersi. Powiedziałem lekarzowi, żeby go wyłuskali, że jedna pierś mi wystarczy. Wystarczy mi jedna. Ale
nie wyzdrowiała. Nie wiedziałem, że jest aż tak źle. Nie powiedzieli mi. Byłem
wtedy w szpitalu. Ja też miałem
operację. Kiedy wróciłem do domu- ona nie żyła. Z rozpaczy zdemolowałem
mieszkanie.
Z
oczu Michała płynęły wielkie łzy. Położył głowę na kolanach Ewy i płakał.
Głaskała go po włosach i czuła, że stał się bliski.
-
Jesteś bardzo zgrabna- powiedział
głaskając jej uda w białych spodenkach do kolan. Ty także jesteś piękną
kobietą.
A
może kłamie, może to jego sposób na podryw?- pomyślała Ewa odsuwając się lekko.
-
Byłem niedawno w Poznaniu, na grobie przyjaciela. Wypiłem piwo, postawiłem mu puszkę i
odszedłem. Tam jest bardzo dużo puszek. Wszyscy je stawiają.
Ewa
spojrzała pytająco.
-
Był solistą Dżemu. Kiedyś wrócił do domu pijany z pogrzebu i żona zrobiła mu
awanturę a on bełkocząc powiedział:” A co ty k…. myślisz, ze ja z wesela
wracam…?”
Ewa
roześmiała się głośno. Śmiali się oboje. Czarne sosny za oknem migały wesoło. Helenka
otworzyła oczy i powiedziała: zimno mi…
Michał zdjął torbę z półki, wyjął wełniany sweter i przykrył dziewczynkę.
-
Jest bardzo ciepły, ja też mam dzieci- powiedział
Helenka
zwinęła się w kłębek i zasnęła ponownie.
-Małżeństwo
to ważna sprawa. Byłem szczęśliwy. A ty?
-
Myślę o rozwodzie- odparła cicho. Jest
coraz gorzej
-
To bardzo ważna decyzja, masz śliczną córkę.
-
Kiedy się urodziła, kupił mi miotłę- powiedziała z goryczą. Nawet na nią nie
spojrzał. Był zajęty gazetą. Płakałam całą noc.
-
Michał z zakłopotaniem sięgnął do torby, po kolejną puszkę.
- Kiedy tu stałem w drzwiach i prosiłem o
miejsce - myślałem: co za wredna baba…,
ale coś mnie ciągnęło do ciebie, coś dobrego, jakbym wiedział, że jesteś inna.
-
Byłam na ciebie zła. Wymościłam sobie
gniazdko, a tu masz!
-
Nie chciałem być sam, nie mogłem. Nie mam dokąd iść. Najpierw Rysiek, potem
ona, teraz ojciec i ja w tym szeregu.
Pociąg
zwalniał. Stanął w szczerym polu. Noc
była pogodna. Wszyscy spali . Michał wziął ją za rękę i wyszli na korytarz. Otworzył
okno.
-
Modliłem się, żeby tak było, żeby podróż się nie kończyła. Chciałbym jechać z
Tobą do końca.
Ewa
czuła się szczęśliwa i oszołomiona.
-
Mówiłeś, że jedziesz do Warszawy.
-
Jadę donikąd. Ja także umieram. Mam czerniaka. Nie ma ratunku.
-
Niemożliwe.
-
Nie wierzysz mi? Pokażę ci. Chodźmy.
Michał
zamknął drzwi i zdjął kurtkę.
-
Zobaczysz... To nie wygląda strasznie. Mała plamka na plecach. .. Zaczął ściągać koszulę.
-
Nie, proszę, nie trzeba- powiedziała z zakłopotaniem.
Michał
wziął jej dłonie w swoje i całował opuszki palców- delikatnie, namiętnie.
-
Czym się zajmujesz?- przerwała wesoło, przeciągając się.
-
Wujek mówi, że jestem szarpidrutem. Kiedyś miałem długie włosy i ważyłem dużo więcej.
Schudłem 20 kilogramów w ciągu miesiąca.
Zanucił cicho znany przebój.
-Bardzo
dobrze śpiewasz.
- Grałem z tym zespołem. Nie poznajesz mnie?-
spytał ze zdziwieniem
-
Nie interesują mnie zespoły rockowe. Właściwie ich nie lubię, ale ta piosenka
jest dobra.
-
Nie lubisz rocka…?
-
Budzi we mnie niepokój. Kojarzy mi się z jakąś pierwotną dziczą. Nie rozpoznaję
muzyków ani piosenkarzy i nie zachłystuję się nimi. Nie rozumiem, dlaczego
kobiety tak wyją na koncertach, dlaczego wszyscy wyją. To jakiś niezrozumiały
trans- jak dżungla.
-
Michał uśmiechnął się i zapytał
-
A co lubisz?
-
Popołudnie fauna
-Zaśpiewam
coś, co na pewno ci się spodoba .
Usiadł
blisko i zanucił półgłosem:
„
A kiedy przyjdzie także po mnie/ zegarmistrz światła purpurowy/ by mi zabełtać
błękit w głowie/ to będę jasny i gotowy/ spłyną przeze mnie dni na przestrzał/
zgasną podłogi i powietrza/ na wszystko jeszcze raz popatrzę/ i pójdę nie wiem
gdzie na zawsze/
Ewa
słuchała ze zdziwieniem dobrze znanej z radia piosenki.
-
Bardzo ładnie- pochwaliła. Masz ciepłą barwę głosu.
Pociąg
znowu ruszył, mijał kolejne stacje. Za
oknem był szary świt i zaczął padać deszcz. Michał przytulił się do niej.
-
Nie nazywasz się Michał…
-
A ty -nie nazywasz się -Dejavue- odpowiedział cicho.
-Pozwól
mi jechać z Tobą, mam tak mało czasu –szepnął, całując jej włosy.
-
Zadzwonisz do mnie i spotkamy się- powiedziała z nadzieją
-
Za późno. Za późno, by zaczynać od nowa.
-
Jest w tobie tyle życia, tyle radości, nie wierzę, że umierasz. Nie wierzę.
Wyzdrowiejesz. Na pewno!
Ewa
wyjęła notes, wpisała numer telefonu, wyrwała kartkę, podpisała: Ewa Dejavue i
podała mężczyźnie.
Schował
ją do bocznej kieszeni torby i powtórzył smutno ,ogarniając ją psim
spojrzeniem:
-Pozwól
mi jechać z tobą, do Krakowa. Pozwól podzielić się czułością.
Pociąg
zbliżał się do peronu. Warszawa była mglista, mokra i zimna
-
Wysiadaj!- powiedziała Ewa zdecydowanie
Mężczyzna
wstał, ociągając się.
-
Dlaczego? –zapytał
-
Nie chcę iść teraz z tobą do hotelu. Spotkamy się później - odparła pewnym
głosem
-
Spotkamy się w innym świecie- nie rozumiesz?
-
Po prostu zadzwoń!
Pocałował
ją delikatnie w policzki i usta i wyszedł. Wysiadał w ostatniej chwili. Konduktor zagwizdał
przeciągle i pociąg znowu ruszył.
Ewa
otworzyła okno i machała ręką tak długo, aż była całkiem mokra. Ktoś wszedł do
przedziału obok. Zasłoniła drzwi i zamknęła oczy. Po kilku godzinach podróż
dobiegła kresu. W Krakowie nikt na nią nie czekał. Helenka szła obok walizki na
kółkach podskakując wesoło.
-
Mamo- piłeczki na gumkach, balony! Kup
balonik!
Ewa wyjęła garść drobnych i dała Helence.
Dziewczynka kupiła balon w kształcie serca i z zapałem
opowiadała coś matce, ale Ewa jej nie słyszała. Było jej przykro, że mąż nie
przyjechał. Zawiadomiła go o
przyjeździe. Wynajęła taksówkę i pojechały do domu. Pelargonie na tarasie
pożółkły bez wody, w zlewie leżała sterta naczyń.
-
Tata nawet kwiatów nie podlał- powiedziała z wyrzutem do Helenki
-
Może nie miał czasu - odpowiedziała dziewczynka
-
Zawsze go bronisz- mruknęła Ewa pod nosem i zabrała się za porządki. Nie
chodziło o kwiaty, ani nawet bałagan, jaki ciągle zostawiał. Chodziło o to, że nie znosił, kiedy coś ją cieszyło. Niszczył
każdy dzień. Myślała o spotkaniu w pociągu,
o wielkiej, niespodziewanej radości i za każdym razem, gdy dzwonił telefon, biegła
do niego z nadzieją. Jednak to byli tylko klienci albo znajomi, którzy częściej chcieli
coś sprzedać niż kupić. Ewa zapisała na kartce informacje, które mogły się
przydać. Zapisała zamówienia z hurtowni
i podliczyła je z grubsza.
Może
zadzwoni jutro?- pomyślała i weszła do łazienki, by napełnić konewkę.
Niebieskie powoje bardzo jej potrzebowały. Z trudem wspinały się na dach.
Mijały
kolejne dni a tajemniczy mężczyzna nie dzwonił. Kończyło się lato. Ewa
spakowała jego sweter do pudełka i odłożyła wysoko na półkę. Po powrocie z
hurtowni przebrała się i pojechała do ulubionej karczmy za miastem. W
zwykły dzień o tej porze nie było prawie nikogo. Usiadła w altanie z oczkiem wodnym. Kelnerka
przyniosła jej kawę i popielniczkę.
Siedziała na szerokiej ławie i patrzyła
na ogrodnika, który grzebał w ziemi i układał kamienie. Karczma powstała na skraju góry ze śmieci. Porastały
ją trawy, krzewy głogów, jarzębin i cienkie
sosny. Wyglądała jak wielki grobowiec.
- Może naprawdę umarł?
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Granatowe niebo
Pochmurny styczeń bez słońca i śniegu- wisiał jak nietoperz. Konrad był niespokojny. Telefon kumpla sprzed lat ożywił go. Wreszcie mógł się wygadać:
-Ta stara raszpla całkiem ocipiała. Zapisała się na kurs Excela, chodzi z kamerą. Po co jej to…? Czy będzie jak nasz poświrowany sąsiad, który od rana lata z aparatem i zarzuca wszystkich zdjęciami na Facebooku? Odetchnąć nie można, bo mam, co chwila setki maili z zawiadomieniem o jego dokonaniach. A to kogut a to wiewiór, a to gęś a to koń, a to poranek a to świt, a to zachód a to południe… Tysiące zdjęć. Zawiązał chustę na łysym łbie i cyka jak opętany. A teraz teściowa. Rozwaliła się przy stole ze swoją kolubryną (to jej laptop) i ciągle przełącza programy. Nie mogę spokojnie pooglądać Kiepskich, bo ona wynajduje jakieś stare filmy i jeszcze się dziwi: „Jak to nie znasz Belmondo???, Zostaw- pierwszy agent 007. Nie znasz Łowcy jeleni…?! „
-Ta stara raszpla całkiem ocipiała. Zapisała się na kurs Excela, chodzi z kamerą. Po co jej to…? Czy będzie jak nasz poświrowany sąsiad, który od rana lata z aparatem i zarzuca wszystkich zdjęciami na Facebooku? Odetchnąć nie można, bo mam, co chwila setki maili z zawiadomieniem o jego dokonaniach. A to kogut a to wiewiór, a to gęś a to koń, a to poranek a to świt, a to zachód a to południe… Tysiące zdjęć. Zawiązał chustę na łysym łbie i cyka jak opętany. A teraz teściowa. Rozwaliła się przy stole ze swoją kolubryną (to jej laptop) i ciągle przełącza programy. Nie mogę spokojnie pooglądać Kiepskich, bo ona wynajduje jakieś stare filmy i jeszcze się dziwi: „Jak to nie znasz Belmondo???, Zostaw- pierwszy agent 007. Nie znasz Łowcy jeleni…?! „
Zawsze musi wtrącić
swoje trzy grosze. A kiedy przyszedł Ramzes było mi wstyd. Znasz Ramzesa? To ten, co robi w farmacji, wyciąga do dziesięciu
tysięcy. To jej imponuje. Kiedy tylko usłyszała o Chorwacji, od razu nastawiła
uszy. Ledwo zaproponował, byśmy tam razem pojechali na dwa samochody- od razu
nabrała rozpędu. Już jej się zamarzyły
filmy z Dubrownika. A on nic- ani słowa.
Po co nam raszpla na przyczepkę…? Już
zaczęła gadać o domu do wynajęcia dla dwóch rodzin na lato. On nie podjął tematu a ona dalej swoje. On wspomniał o stewii do słodzenia. Ona o syropie
klonowym. On się przeniósł na kanapę,
ona na fotel. On zaczął mówić o skałach, ona o księżycu. On położył się na
piłce do ćwiczeń. Ona też zaczęła ćwiczyć. Zajęła cały dywan. Całkiem jej odbiło. Znawczyni
pilatesa od siedmiu boleści. Już miałem przechlapane lato, kiedy ją wzięliśmy w
Tatry. Wzięła ze sobą kostium do opalania i kosmetyczkę w reklamówce i ja musiałem nosić
tę reklamówkę przez pół dnia, bo ona miała ręce zajęte kamerą i kręcila filmy. Zachciało się jej sukcesów
przed emeryturą.
- A jeszcze ci powiem, że jak Ramzes przyszedł pierwszy raz i przyniósł papryczki
nadziewane serem- to prawie wszystkie zjadła. Wpierdziela jak odkurzacz. Wpadnij
do nas. Ona jutro wyjedzie. Wszystko
poprzestawiała. Nic nie mogę znaleźć!
- Nie możesz dalej gadać…? Rozumiem. No to cześć stary
knurze! Siemka! Trzymaj się!
Konrad rozłączył się. Narzekanie na teściową tylko przez chwilę go
odprężyło. Przez krótki czas - rozmowy z kumplem jak za dawnych lat.
Miał przed sobą o wiele poważniejszy problem niż ona. Gołe drzewa migały po bokach. Mżawka osiadała na szybach i podnosiła się
mgła. Od kilku miesięcy był bez pracy. Wszystko, co
odłożył wraz z żoną na nowy samochód- kurczyło się zastraszająco. A tu
jeszcze kredyt za dom we frankach szwajcarskich, które przerosły euro, co dla nich
oznacza ratę wyższą o 500zł.
Już pół roku temu, gdy musiał jechać do Krakowa tak daleko od
domu i syna -serce mu się krajało. Mały Kubuś stał w oknie z oczami pełnymi łez
i wołał: tatusiu nie jedź, tatusiu…!
Jednak musiał jechać. To była jedyna praca, jaką udało się
załatwić po niespodziewanym zwolnieniu. Jedyna. Żona rozchorowała się i zabrano
ją do szpitala, a do małego Kubusia przyjechała niania. Nagle został sam- bez
matki i ojca, z obcą kobietą. Kiedy Konrad wracał na weekend- mały nie
odstępował go na krok. Szedł za nim nawet do toalety. Jednak nadchodził
poniedziałek i ojciec znowu wyjeżdżał.
Wielkie, gorzkie łzy płynęły po twarzy chłopczyka, gdy widział odjeżdżający samochód.
Bardzo tęsknił i za nim, i za matką. Nie rozumiał słowa
operacja. Miał tylko dwa lata. Kiedy po dwóch tygodniach wróciła ze szpitala, nie posiadał się ze szczęścia.
Przytulał ją i całował. Wchodził na plecy, obejmował kolana. Wreszcie wróciła!
Konrad pamiętał tamten czas; życie w wynajętym pokoju, niższą
pensję, tęsknotę za synkiem. Nie szło mu. Kolejne zwolnienie. Był przerażony. Strach nie pozwalał zasnąć. Wysłał wiele
ofert, ale nie było żadnej propozycji. Jedyna praca, jaka mu się trafiła, była w
banku za 1500 na rękę. Od takiej pracy zaczynał, a przecież minęło 10 lat i co?
Ciągle stał w miejscu. Ostatnie zwolnienie dobiło go. Drugie w ciągu roku. Nie
wyrabiał planów. Nie był super przedstawicielem, który grabi kasę dla
wypasionych dyrektorów. Nie było to dla niego łatwe. Nie lubił narzucania się i
ciągłego namawiania kolejnych klientów na kolejny produkt. Tęsknił za domem,
więc nie orał po godzinach, a do tego- czuł coraz większe zmęczenie. Czuł się
wypalony od ciągłych telefonów i szukania chętnych.
- Jak ona to powiedziała…? Ta stara raszpla?: „Kto ma temu
będzie dodane, a kto nie ma- zabrane mu będzie”, że tak powiedział Jezus…? Ale przecież
miał na myśli duchowość … nie dobra materialne. Co ona pierdzieli? I jeszcze gada, żebym wyjechał do Anglii na
jakiś wózek widłowy. Przecież jestem
Polakiem. Po co mam jechać? Na tułaczkę
po budowach, dźwiganie w olbrzymich halach? Zostawić dom i Kubusia…?
Konrad uwielbiał synka. Był z nim blisko jeszcze wtedy, gdy
żona była w ciąży. Był przy jego narodzinach, przewijał go, kąpał, zasypiał
przy nim i bawił się godzinami. Nosił go na rękach, gdy ona padała z nóg, bo
chłopczyk był alergiczny i często chorował. To dla niego układał wierszyki i
bajki na poczekaniu, przybijał z nim głośne piąstki a za chwilę ciche. To z nim
jeździł do zoo i akwarium, i jego wielkimi z zadziwienia oczami chłonął świat.
Jak może zostać bez niego w obcym kraju, gdzie wyjechało tylu kolegów ze
szkoły, którzy z trudem skończyli zwykłą
podstawówkę? On miał być tym lepszym.
A teraz ma się tułać? Czy zabiorą im dom…? Konrad jechał
automatycznie, zagłębiony w myślach. Jego zwolnienie lekarskie na 1500 zł nie
pokrywało kosztów raty, a gdzie prąd, gaz, woda, benzyna, codzienne
utrzymanie…? Jego żonie też było trudno załatwić lepszą pracę. Dwie pensje
ledwo wystarczały, a co dopiero jedna. W pokoju wciąż stał stary stół jego
matki, na wysoki połysk i okropne krzesła z komórki, bo brakowało na nowe.
Piękny drewniany stół owalny był ich marzeniem. Zrezygnowali z niego, bo
wybrali wczasy- prawdziwe wczasy z kładami, ślizgaczem i rejsem pod żaglami. To
były ich wakacje. Letni tydzień z przygodą, jak za dawnych lat, gdy spotkali
się po raz pierwszy i świat wydawał się w miarę prosty. Granatowe niebo zdawało
się im sprzyjać. Żadne z nich nie miało mieszkania ani zaplecza. Rzucili się na
głęboką wodę, by zapewnić synkowi miejsce, by nie bawił się na betonowych
podwórkach, gdzie do piaskownicy sikają psy. I postawili piękny dom- nieduży,
ale wygodny. Dom z ogrodem niedaleko miasta. A teraz wszystko się wali.
środa, 31 grudnia 2014
ZIARENKO BOGA
Słowa płynęły jak welon w smutnym, blokowym mieszkaniu z trzema pokojami. Tak
naprawdę, to były trzy - pokoiki. Ten największy pełnił rolę salonu. Tu
przyjmowano gości i częstowano ich kawą w brązowych filiżankach. Pokoje były
ciasne, ściany pociemniałe a dzieci prawie dorosłe. Zegar wybijał koniec dwudziestego wieku.
Czerwiec wdzierał się do pomieszczeń z łopotem firanek i ciężarówek za oknem.
Pod ścianą leżały dębowe klepki do ułożenia parkietu. Leżały od dawna i
zajmowały miejsce. W łazience była wanna bez obudowy. Dorota zawiesiła na niej
zasłonkę z płótna by ukryć proszki i pasty, miski i szczotki. Mieszkanie było
czyste, ale widać było, że od lat nie dokonywano w nim remontu. Jednak nie przeszkadzało mi to. Zachód słońca
za oknem wisiał jak dynamit.
Dorotę widziałam po raz pierwszy. Miała ciekawą twarz. Nie piękną,
ale właśnie ciekawą. To była twarz- silnej, mądrej kobiety, przez którą przelało
się wiele goryczy.
- Ona ma rasę- prawda? – spytała jej przyjaciółka, gdy Dorota
poszła zaparzyć kawę.
- Tak- odparłam- coś w niej jest.
Kiedy wróciła z tacą i paluszkami w szklance, kiedy
wszystko ustawiła na stole, nagle z sąsiedniego pokoju weszła jej córka z włosami do ramion. Chuda jak matka, ale sporo niższa. Właśnie skończyła
liceum i czekała na wyniki egzaminu na studia. Nastolatka w spodenkach z
miedzianą burzą włosów.
- Masz chłopaka?- spytałam
- Nie jednego- odparła buńczucznie i roześmiała się
Ona pięknie śpiewa- powiedziała Dorota i poprosiła córkę, by
coś zaśpiewała. Dziewczyna stanęła w drzwiach i mocnym altem zaśpiewała dwie
zwrotki a następnie rzuciła do widzenia i odeszła.
Zostałyśmy we trzy: Ewa, Dorota i ja. Ewa w markowych
ciuchach, ze starannym makijażem, okrągłymi biodrami i dużym biustem była jak wykrzyknik
przy ascetycznej Dorocie, ale zarazem patrzyła w nią- jak w gwiazdę. Co
chwila poprawiała makijaż, narzekając na włosy, usta i nos.
- Ty jesteś piękna-( powiedziała do Doroty )– i tak cudownie
szczupła i masz normalny nos, nie taki kulfon jak ja. Ja mam kartofel.
- To go zmień. Stać cię na to- ucięła Dorota krótko
- Jesteś genialna- odparła Ewa. Nie pomyślałam o tym. Przecież
są operacje plastyczne. Ale skąd wezmę pieniądze…?
-To tylko jedna twoja pensja… Korekta nosa kosztuje pięć tysięcy. Za jedna czwartą twojej
pensji muszę utrzymać mieszkanie, dwoje dzieci i jeszcze spłacać długi. -
odparła Dorota opierając łokcie przed sobą. W świetle letniego zmierzchu i
czerwonego słońca wchodzącego na ławę wyglądała niezwykle malowniczo. Jej
długie proste włosy spadały ze szczupłych ramion a poważna twarz bez uśmiechu
była pełna wyrazu. Prosta perkalowa spódnica do kolan i sprany T-shirt z jasnej
bawełny dopełniały reszty.
Rozejrzała się po mieszkaniu i powiedziała z goryczą:
-Widzisz te oderwane wykładziny i parkiet, co czeka pod ściana
już piąty rok? To wszystko niszczeje, bo miałam męża pijaka. Musiałam jeszcze naprawiać
to, co rozwalał jak się nachlał. A teraz nie robię już nic, nie ma sensu. To
jego mieszkanie, służbowe mieszkanie policjanta. Kiedy spłacę kredyt, wezmę
następny i kupię coś dla siebie i
dzieci- daleko stąd.
Opowiadała nam o mieszkaniu, które jej się marzy, mieszkaniu
z dużym balkonem, gdzie będzie piąć się po ścianach liliowa kobea z dzwonkami, o dużym pokoju z kuchnią prowadzącym na otwarty balkon i małej,
przytulnej sypialni. Wizja tego mieszkania i pięknego balkonu przeniosła nas w świat
ogrodów. Ogrody były jej pasją.
Opowiadała także o
namiętnym związku sprzed siedmiu lat:
-Kiedy się z nim kochałam, widziałam zorzę- wspaniałą zorzę.
Nigdy tego nie zapomnę. Nie myślałam wcześniej, że może być tak wspaniale. I to
był zwykły facet, nie jakiś super przystojniak… Pracowaliśmy razem. Później
otworzyliśmy wspólną stołówkę. Z początku dobrze nam szło. Cieszyłam się, że wreszcie stanę na nogi, że
kupię mieszkanie i uwolnię się od pijaka. Poręczyłam mu kredyt, bo miało być
jeszcze lepiej. Mieliśmy plan rozbudowy.
To miała być inwestycja i przyszłość, ale w rzeczywistości on spłacił w ten
sposób swój wcześniejszy kredyt i wyjechał do USA. Zostawił mnie z długami. Po
reformie Balcerowicza odsetki od kredytu wzrosły tak bardzo, że moja stołówka
padła. Tego bólu też nie da się zapomnieć. Znowu zostałam sprzedawczynią w cudzym
sklepie. Jeszcze dziś komornik zabiera mi jedną trzecią pensji. Dorota mówiła a
słońce płonęło w oknie i odbijało się w pociemniałych meblach.
- Tylko nocą jestem szczęśliwa- ciągnęła dalej- czekam na
noc, bo podczas snu przenoszę się do ogrodu, gdzie są wspaniałe drzewa, aleje
kwiatów, fontanny i palmy. Za każdym razem
idę inną ścieżką i widzę tak niezwykłe kwiaty, że żaden film ani książka, ani
moja opowieść nie mogą ich odtworzyć. Czasami ogród jest pełen rosy jak łąki
nad ranem i lśni diamentami a innym razem płonie w zachodzącym słońcu. Idę
szeroką aleją między wielkimi drzewami, które zawsze kwitną i pachną tak
pięknie, że jeszcze teraz to czuję. W tym ogrodzie spotykam Boga. Przychodzi do
mnie i daje mi ziarenka tych cudownych roślin. Niosę je w dłoniach jak
największy skarb. Idę bardzo powoli i staram się ich nie zgubić. Bardzo się staram,
ale ziarenek jest coraz mniej. W końcu zostaje tylko jedno. Ściskam je w dłoni
z całych sił, by przenieść je do mojego świata, ale kiedy się budzę- dłoń jest
pusta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Orient-Express
Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...
-
Wreszcie śnieg i mróz, i słońce, i prawdziwa zima. Spóźniona o miesiąc, ale jest. Szrot który mijam każdego dnia obsypany śniegiem. Sople...
-
Przeczytajcie ten wpis, bo w razie potrzeby będziecie wiedzieć, do kogo iść. Ja nie wiedziałam. To, że trzeba natychmiast operować syna s...
-
Mieszkają w Trokach na Litwie od siedmiuset lat. Jest ich dwustu sześćdziesięciu. Polacy z Litwy mówią o nich- Karaimowie i uważają za odła...
-
Czy wiecie jakie jest największe przekleństwo w Białymstoku…? - „A żeb ciebie dwa sliedzi obsrali…!!!” Ten tak miły dla ucha język sły...
-
Trzydzieści dolarów- tyle mi zostało po opłaceniu wizy, pilotów, przewodnika, przejazdów i biletów wstępu do świątyń. Trzydzieści dolaró...
-
I Grzybku maleńki biegłaś mi na spotkanie o czwartej po południu z ufnością ...
-
Żeby spędzić weekend w Hotelu Gołębiewski wystarczy mieć kuzyna, który Cię tam zaprosi i pokryje koszty, bo właśnie obchodzi swoje urodz...
-
Dopiero teraz rozumiem- dawne piosenki pełne tęsknoty i ciepła: „ Mówcie co chceci nie ma na swieci joj jak serce batiara”/Batiar jak...
-
Maleńczuk w Internecie śpiewa o Putinie z właściwym sobie wdziękiem: „ владимир на бсегд а ни хуя „. To jest konkretny głos w sprawie U...


















