wtorek, 31 marca 2015

Promenada

Miasto budziło się o świcie osnute mgłą znad jezior. Leżało na wzniesieniu jak wielki pączek obsypany pudrem. Na dole, przy brzegu siedział rybak patrząc na spławik i ściskał w dłoni wędzisko jak talizman. Nad wodę prowadziło wiele dróg i ścieżek wydeptanych przez mieszkańców i dzieci. Wszystkie odchodziły od ulicy głównej, gdzie o tej porze jeszcze nie było ciężarówek.
Każdego ranka główną ulicą jechał geograf na swoim składaku.  Kiedy rower zjeżdżał w dół, mijał rybaka z uniesioną ręką, żeby nie płoszyć ciszy. Rowerzysta z zachwytem spoglądał na jezioro, jakby zobaczył je po raz pierwszy. To było jego miasto. Miał tutaj piękną willę, po dawnych mieszkańcach, sprzed wojny a także stanowisko, które dawało mu poczucie mocy. Leżący na wzgórzu dom kultury był jego drugim domem.  Zarządzał nim. To właśnie tu występował jego zespół. Były w nim młode dziewczyny- uczennice liceum w pobliżu wieży ciśnień. Kiedy zdawały maturę i odchodziły ze szkoły, przychodziły nowe, które starannie wybierał spośród pierwszej klasy. Wkrótce miał być nowy nabór. Kończyło się lato. Rowerzysta był pełen uśmiechu. Czuł się jak ryba w wodzie a codzienne zjazdy na promenadę dodawały mu sił. Zawsze zjeżdżał sam. Nigdy z żoną. Być może nie lubiła roweru i nie umiała być tak szczęśliwa jak on. Mało kto ją widywał. Czasem tylko pojawiał się jej cień za firankami, albo odwrócona postać na ławce w grodzie, który otaczał willę.
            Tego dnia nad jezioro zeszła też młoda polonistka. Za kilka dni miała zacząć swoją pierwszą pracę. Obudziła się wcześnie i zeszła nad wodę, bo nie mogła zasnąć. Przenikał ją dziwny lęk. Nie chciała wychodzić za mąż i zerwała z chłopakiem, który przyjeżdżał do niej od dwóch lat. Jej matka była chora z rozpaczy.
- Co ty robisz? Miałabyś w nim prawdziwego męża, to chłopak czysty jak łza, wykształcony i opiekuńczy. Nigdy cię nie zrani. Co ty zrobiłaś? Dlaczego jesteś taka głupia…?
- Nie wiem mamo, to ja bym go zraniła, gdybym za niego wyszła. A nie chcę tego robić. Rozumiesz?
- Nie rozumiem- odpowiedziała matka płacząc.
- Nie kocham go. Wiem, że jest dobry i nie chcę go skrzywdzić – nie jego. I tak bym się rozwiodła. Chcę przeżyć wspaniałą miłość
- Jak w filmie?- spytała matka podnosząc zapuchnięte od płaczu powieki.
Córka nie odpowiedziała, bo wiedziała, co usłyszy:, że takiej miłości nie ma. Że to w ogóle nie jest miłość, tylko opętanie a potem są dzieci, które cierpią w nieudanym małżeństwie, gdzie seks przesłonił wszystko a potem nic nie pasuje i jest rzeczywistość szorstka i twarda jak beton.
- Amelio, proszę cię, zastanów się powiedziała matka z nadzieją. Możesz to jeszcze odwołać.
Córka nie rozumiała, dlaczego jej matka tak przeżywa rozstanie z chłopakiem
- Mamo- to przecież nie pogrzeb- powiedziała z irytacją
- Mam złe przeczucia- odparła matka. Zostaniesz starą panną w tej dziupli albo gorzej, bo nikt lepszy ci się nie trafi. Zobaczysz. Wspomnisz moje słowo.
Amelia miała zły sen. Stado czarnych kotów biegło przez korytarz i chciało wejść do jej pokoju. W ostatniej chwili zamknęła drzwi i podpierała je z całych sił, ale one drapały pazurami miaucząc przeraźliwie. Czuła, że nie da rady, że za chwilę zaleje ją rzeka kotów.
Obudziła się z ulgą i wyszła nad jezioro. Był piękny poranek. Szła promenadą obok rybaka. W tym czasie jechał także geograf na rowerze. Pozdrowił ją, uśmiechnął się i pojechał dalej
-Sympatyczny facet- pomyślała
            Po kilku dniach zaczęły się lekcje. Wśród nauczycieli był także rowerzysta z nad wody- doktor geografii. Amelia ucieszyła się na widok znajomej twarzy, zwłaszcza, że mężczyzna był zadbany i miał ładne zęby, które co chwila pokazywał w uśmiechu.
- Mógłby być moim ojcem – pomyślała- ale dobrze się trzyma.
Opaloną twarz mężczyzny podkreślały bruzdy i dodawały jej wyrazu.  Miał błyszczące oczy i starannie ufarbowane włosy. Był średniego wzrostu, szczupły -z wydatnym nosem, z lekkim garbem. Miał orientalną urodę.
- Dobry kogut nigdy nie jest tłusty- pomyślała Amelia.
Mężczyzna sypał dowcipami i opowiadał o wycieczce do Indii.  W jego opowieści ten kraj wydawał się niemal rajem, gdzie od rana do nocy tańczą i nawet na głodnego cieszą się życiem.
- Mój kolega Hindus- przedstawia swój kraj zupełnie inaczej- powiedział Amelia.
-On nie chce tam wracać, bo nie chce tyrać na kilkadziesiąt osób swojej rozległej rodziny. Opowiadał mi gangach, które łamią dzieciom ręce i nogi, żeby dla nich żebrały. Nawet rodzice to robią- ciągnęła Amelia- to straszny kraj.
- Mam inne odczucia. Widziałem tam więcej szczęścia niż tu- powiedział geograf.
- Polacy to ponuraki- dodał
- Nie jesteś Polakiem….? -spytała
On w odpowiedzi, pokazał rząd białych zębów.
- Kocham życie- odparł- i biorę z niego wszystko, co mi daje.
W tym momencie roześmiała się dźwięcznie zgrabna blondynka i potrząsnęła włosami do ramion.  Jej śmiech niósł się po sali. Wypielęgnowane stopy w sandałkach na obcasach kończyły się smukła kostką. Miała na imię Nina. Wyglądała na 36 lat. Jej pachnący czystością mąż miał nienaganny garnitur ,wykrochmaloną koszulę oraz srebrzyste włosy. Lubił rządzić i był zły, że nie jest dyrektorem.  Za każdym razem, gdy Amelia ostawiała szklankę z wypitą kawę podbiegał do niej z czajnikiem i proponował uprzejmie:
-Dolewkie pani Amelciu…?
Doktor geografii zakwitał w towarzystwie a Nina dźwięczała powiewając zielenią szala. Inne liście wtrącały swoje trzy grosze albo siedziały w fotelach i tak mijała przerwa. Amelii podobało się miejsce i praca. Została wychowawczynią pierwszej klasy liceum ekonomicznego, gdzie były prawie same dziewczyny. W pierwszej ławce siedziała Bogusia z lokami czarnego baranka w delikatnej, uroczej twarzy z wielkimi oczami.
-Ale ładna- pomyślała Amelia siadając przy biurku. Sprawdziła obecność. Dziewczyny polubiły ją, bo wydawała się niewiele starsza, jednak odpowiadały grzecznie wstając: „ Jestem pani profesor”.
Wkrótce okazało się, że jedna z nich jest niezwykle zdolna a przy tym skromna i pracowita. Miała głęboki, dramatyczny głos. Kiedy po raz pierwszy powiedziała wiersz- klasa zamarła z wrażenia. Drobna Ania z warkoczem często dostawała spontaniczne brawa zadziwiona i zawstydzona powszechnym aplauzem.
Chciałabym zobaczyć ją w telewizji – pomyślała Amelia, kiedy wracała do domu, lecz na ekranie był najczęściej generał w ciemnych okularach, choć nie był facetem w czerni ani facetem z Blues Brothers i nie miał w sobie nawet cienia luzu.
Mam wspaniałą klasę- myślała polonistka, kiedy Ania natchnionym głosem czytała Pieśń nad pieśniami a uczniowie słuchali dziwiąc się, że to tekst z biblii, która wydawała się zwykłym nudziarstwem.
Któregoś dnia pod koniec lekcji jeden z uczniów Tadeusz- zostawił liścik na biurku:
                     „ Na korze dębowej
                      na liściu brzozowym
                     piszę do pani
                     że w poniedziałek
                     na języku polskim
                     znów się spotkamy…”
Polonistka była oczarowana. Trudno nie lubić takiej klasy.  Któregoś dnia omawiała film.  Jedna z uczennic wstała i buntowniczo oznajmiła:
- A mnie nie szkoda ludzi, szkoda mi koni, bo ludzie są okropni i nigdy nie wiadomo, co z nich wylezie.
To był dzień z długą przerwą pomiędzy dwoma lekcjami polskiego. Amelia przaglądała notatki, kiedy do klasy wszedł geograf z promiennym uśmiechem. Zaszeleścił dowcipem, musnął dłoń polonistki i podszedł do pięknej Bogusi z lokami czarnego baranka i zaproponował występy w jego zespole.
- Nie umiem śpiewać, naprawdę- odpowiedziała Bogusia spuszczając długie rzęsy, może Alicja…?
Alicja z krainy czarów z niezwykłym uśmiechem w delikatnej twarzy chciała się szybko wycofać, ale geograf zastąpił jej drogę i mówił coś z ożywieniem przez całą przerwę. Dziewczyna zaczerwieniła się i spojrzała przelotnie na swoją polonistkę. Geograf był cały w pląsach.
- Za chwilę wypuści pączek- pomyślała Amelia z irytacją. On się do niej przystawia. To był pierwszy cień na jaśniejącej postaci szkolnego gwiazdora. Wkrótce jednak zbladł. Nadszedł dzień Edukacji Narodowej obchodzony szumnie w całej szkole. W sali gimnastycznej ustawiono pianino i zasiadł przy nim geograf a na scenę wkroczyły jego „ Marzycielki” w pastelowych strojach. Uniosły z wdziękiem tęczowe parasolki i po pierwszych akordach zaczęły śpiewać. Śpiewały pięknie a solistka była rewelacyjna. Doktor geografii akompaniował z zapałem, a dziewczyny poruszały się płynnie według jego choreografii. Szkoła huczała od braw.
- On jest naprawdę świetny- powiedziała Amelia z uznaniem, kiedy występ się skończył i twórca zespołu wrócił do swego gabinetu w domu kultury.
- Robi świętna robotę- chwaliła go dalej a dziewczyny, są super. One przy nim kwitną.
- Szkoda tylko mruknęła jedna z nauczycielek, że po występach niektóre znikają.
- Jak to? – spytała Amelia
- Nie kończą szkoły, bo zachodzą w ciążę. On ma dzieci z trzema uczennicami.
Amelia zesztywniała w jednej chwili. Jej przyjaciółka też nie skończyła liceum. Została panną z dzieckiem na kolonii, gdzie diabeł mówi dobranoc.  Amelia aż nadto wiedziała, ile ta ciąża ją kosztuje. Kiedy dziewczyna się zorientowała, było za późno. Chodziła w pole i wyła z rozpaczy, bo runęły jej wszystkie nadzieje.
            Któregoś dnia po pracy Amelia poszła na obiad do szkolnej stołówki usiadła przy stole z ceratą w kratę. Z wazy parował barszcz ukraiński. Kiedy podniosła łyżkę, wszedł geograf i zaczął pogawędkę.  Dziewczyna była smutna.
Starał się ją rozweselić.
- Trzeba brać życie pełnymi garściami- mówił z zapałem- iść na całego- radośnie jak zajączek w polu
- Jak zajączek…? spytała
- Tak- odpowiedział
- A potem na tym polu zostaje dziewczyna z brzuchem- odpowiedziała twardo i spojrzała na niego ze złością.
- Wchodzisz z kopytami w moje życie. Nie masz prawa. – powiedział-, ale przynajmniej jesteś szczera.
Nie dokończył obiadu. Wstał i odszedł. Od tego dnia unikał jej. Brakowało jej rozmów z geografem na przerwie i jego skrzących dowcipów.
- Wszystko popsułam- myślała. Miała sprzeczne uczucia.
- Dziecko to nie koniec świata- tłumaczył znajomy aptekarz. On troszczy się o te dzieci. Ma temperament. Nie wiesz wszystkiego. One też mogły przeżyć cos pięknego. To ciekawy człowiek i twórczy.
               - Gwiazdy bledną nawet na promenadzie- pomyślała Amelia.

  


sobota, 21 marca 2015

Gdzie jest Andy?


Odwiedził mnie gość o imieniu Grześ, który za kilka dni skończy trzy lata. Kiedy pytam, kto rozerwał pudełko z torebkami w szafce kuchennej? Odpowiada zza stołu z niewinnym uśmiechem: „Krasnoludek  - łobuziak”
Kiedy  mu czegoś zabraniam -mówi nachmurzony: „Jesteś nieładna!”
Zabrałam go na spacer po mieście i pokazałam pabianicki zamek.
- A co tam jest?- zapytał
- Muzeum – odpowiedziałam
- Tam mieszka Andy! -zawołał z radością-Biegnijmy szybko, biegnij!
Chłopczyk wyrwał rączkę z mojej dłoni i zaczął biec a ja za nim. Kiedy doszliśmy do budynku, drzwi były zamknięte.
- Dziś nieczynne- powiedziałam.
Grześ zasmucił się bardzo,  więc nacisnęłam dzwonek. Po chwili drzwi otworzyły się i stanęła w nich sympatyczna blondynka a on zawołał: Czy jest Andy?
Pani zdziwiła się i spytała, kto to?
- Andy z bajki. Mieszka w muzeum- powiedział chłopczyk.
Miła pani zaprosiła nas do środka i pozwoliła obejrzeć wystawę.
- Andy, Andy gdzie jesteś?- wołał Grześ -Gdzie się schowałeś? Wyjdź!
Rozglądał się po sali, zajrzał za starą łódź wydrążoną w drzewie, a gdy przyszedł strażnik-  zapytał ponownie:
Gdzie  Andy?
- W telewizorze –mruknął  mężczyzna
- Andy mieszka w muzeum- powiedział Grześ poważnie i dodał: „Poszukam na górze”. Z zapałem wszedł na schody i zajrzał do innego pomieszczenia
- Nie ma Andy…-  zasmucił się…
- Może  mieszka w innym muzeum- pocieszyłam go, może w innym mieście…?
Zeszliśmy z góry na dół a miła pani wyjęła z pudełka zająca, który miał sto lat a potem  pokazała ogromnego dzika.
- Możesz go dotknąć- powiedziała z uśmiechem i zaprosiła nas na film następnego dnia.
Kiedy wróciliśmy do domu, włączyłam you tube i Grześ  pokazał mi  Andy’ego Okazało się, że  jest pracownikiem muzeum i pomaga pani archeolog. Kiedy np. pęka jajo dinozaura, on staje pod wielkim zegarem i przenosi się do  epoki wielkich gadów i  przynosi prawdziwe jajo do muzeum.


Za plecami Putin zagarnia Ukrainę, defiluje po Placu Czerwonym a ja przenoszę się w czasie, słyszę trzask otwieranej bramy i tupot nóg moich dzieci wracających z przedszkola z radosnym odkryciem: „ Mamo, mamo wiesz, co Paweł powiedział….? On powiedział, że jak chłopak ma dziecko z chłopakiem to zawsze będzie chłopak!”


                              krasnoludek - łobuziak 



                              Biegnij szybko, biegnij!


                         Czy tu mieszka Andy?


                                         To tylko stuletni miś

sobota, 14 marca 2015

Piotrków w deszczu







Fragmenty klasztoru ojców Bernardynów




















" Proszę pani, proszę pani, niech pani idzie tu, za kamienicę, niech pani ich opisze. To jest dziadostwo- żeby w centrum miasta była taka ruina!"  Kilka osób mnie tu wysłało, gdy stałam z aparatem na ulicy.                  Ruina mi się spodobała :) I. następna też


         

poniedziałek, 9 marca 2015

Wojciech Kuczok i inne opowieści

Kiedy przeczytałam fragmenty jego książki- Gnój- wiedziałam, że jest świetny i ucieszyłam się, kiedy przyznano mu nagrodę Nike. Jednak, czy on przyznałby mi Nike za moją Deborę…? 
Przy Wojciechu Kuczoku można nabawić się kompleksów. Przemieszcza się po świecie jak po przystankach tramwajowych. Obok mojego łóżka leży jego tomik – „Poza światłem”- w formie notatek. Też lubię taką formę. Tylko, że w moim pisaniu nie ma gniewu i zaciętości. On biczuje  notatkami jak pejczem. Masz i czytaj o brudnych podwórkach i beznadziei miasta na Śląsku!  Czytam do połowy  urywane zdania jakby autor przeskakiwał z grani na grań ( takie to pisanie górzyste). Podziwiam i trochę zazdroszczę i zasnąć trudno, bo słowa uderzają jak wyniosły szpikulec. Czemu jest taki wściekły…?
                          Jego inna opowieść o miłości pastora do prostytutki- żony karczmarza, który był jej alfonsem- to rewelacja. ( Ostatnie błogosławieństwo pastora Unckla)
Obraz  karczmy sprzed wieków i czyściutkiego pokoju z wykrochmaloną pościelą, gdzie do śpiącego pastora przychodzi gospodyni a on odbiera to tak jakby przyszła do niego Madonna lub Magdalena i oniemiały zasiada później przy porannym stole- gdzie karczmarz dopisuje mu do rachunku chwile rozkoszy z żoną- zwala go z nóg na zawsze.  Brawo panie na Wojciechu-co za wirtuozeria.
           Niestety nie mam zadatków na bohaterkę, nie zwisam na linie w Alpach jak autor ani nie schodzę w głąb jaskiń. Nawet do małej jaskini boję się wejść, bo mam klaustrofobię. Kiedy byłam w podstawówce i później w liceum walczyłam ze swoimi lękami. Zaczęło  się to w szkole. Na długiej przerwie schodziłam do piwnicy po kamiennych schodach nie zapalając światła. Piwnica była rozległa jak jaskinia. Stał nad nią ogromny zwalisty, poniemiecki budynek z ośmioma klasami. Pamiętam pierwsze zejście. Przez małe okienko w głębi wpadało trochę światła. Stałam w połowie schodów. Słyszałam głosy dzieci biegających za drzwiami. Bałam się iść dalej, bo w piwnicy mógł mieszkać Belfegor albo inny duch. Moje dzieciństwo było pełne opowieści o duchach. Mieszkały na cmentarzach, w drzewach i nawet w jesionach przy szkole, ale w świetle nie były groźne- tylko w ciemności. Więc stałam na schodach i patrzyłam czy się do mnie nie zbliża. Oczy przyzwyczajały się do mroku i ciemność przestawała być czarna. Najtrudniej było mi wejść w korytarz, który prowadził do zakamarków. Jednak po pewnym czasie przerobiłam piwnicę i wyznaczyłam sobie następne zadanie. Kiedy zapadała noc, (ale tylko latem) wymykałam się z domu, kiedy wszyscy spali i szłam do lasu. Pamiętam pierwszy raz- wielkie rosochate wierzby stały na końcu wsi. Za nimi zaczynał się las- wilgotny, ciemny od nocy i wysokich świerków. Stanęłam na skraju i bałam się się iść dalej, ale następnym razem weszłam i następnym też. Moje nocne ćwiczenia woli skończyły się zimą po lekcjach, gdy wracałam do domu cztery kilometry przez las. Szłam zamyślona i nieobecna zaśnieżoną drogą, gdy nagle wyrosła przede mną wilczyca z małymi i wyszczerzyła zęby. W mgnieniu oka wdrapałam się na drzewo. Siedziałam do zmarznięcia, lecz musiałam zejść, bo nie było jeszcze telefonu komórkowego i nadchodził zmierzch. Ta wilczyca to był mój belfegor. Był rzeczywisty, stał na śniegu i miał prawdziwe zęby.
Ostatnim zadaniem było zejście do lochów sławnej twierdzy w Kłodzku. Pomyślałam, że, jeśli to zrobię, to pozbędę się lęku przed ciasnymi pomieszczeniami, z których nie ma wyjścia. I poszłam. Korytarze były coraz węższe i niższe. Ściany z mokrego granitu. Było chyba pięć osób i przewodnik z przodu, z latarką. Nie wiedziałam, że będzie aż tak ciasno. Brakowało mi tchu. Szliśmy pochyleni a potem na kolanach. Po wyjściu wcale nie czułam się silniejsza. Pamiętam jedynie światło i szeroki dziedziniec. Po kilku dniach usłyszałam, że tamte korytarze zawaliły się i odtąd dałam sobie spokój. Miałam dość walki z klaustrofobią.
   Jestem pełna podziwu dla Wojciecha Kuczoka za jego wspinaczki w głąb jaskiń: „ Wiele okrutnie ciasnych nor, z tych, co to każdy metr płaci się potem i sińcami, mogę już tylko wspominać. Są zwężenia, których nie pokonał nikt poza mną ( do trzydziestki byłem przeraźliwie chudy) […] pokonywanie zacisku jest oczywistą metaforą narodzin. Płacimy bolesnym wysiłkiem za chęć wydostania się ku światłu. To naprawdę poprawia samopoczucie: regularnie rodzić się na nowo”  (Poza światłem)





  

piątek, 27 lutego 2015

POPIOŁY 2


Popioły w pochmurny dzień wydają się zapomniane. Czasem przejeżdża auto lub mieszkaniec zmurszałych willi, które wciąż mają urok. Idę wyszczerbionym asfaltem a potem wchodzę do lasu o tej samej nazwie. 


  Ludzie mówią, że to miejsce jest nawiedzone, że wsród drzew błąkają się  duchy, że słychać płacz dzieci, które tu zaginęły. Jednak  nie słyszę niczego, poza trzaskiem spadającej gałęzi. Ale kiedy przyglądam się korze widzę w niej duchy bardzo starych drzew- jak w filmowym "Władcy pierścieni"



    Drzewce Popiołów

  



     i  złamaną brzoza


   W oddali czeka samochód
    

    Uśmiecham się do strażaka, który dzielnie trwa i odjeżdżam 

poniedziałek, 16 lutego 2015

rzeka


Któregoś dnia trafiłam na ulicę Falową a ta zaprowadziła mnie do rzeki Ner.
Zdjęcie przedstawia piękną alejkę, która wiedzie do najbardziej zanieczyszczonej rzeki w regionie Łodzi. W alejce tej skąpanej w świetle- leżały całe sterty skoszonej trawy wyrzucanej przez okolicznych mieszkańców pod drzewa.

Wydawać  by się mogło, że w moim zakątku  nic się ostatnio nie dzieje, ale jest to czas intensywnej pracy, przeglądania dokumentów   i zapisywania wniosków.  To mój osobisty Ner, z którym muszę się uporać.


czwartek, 5 lutego 2015

Czerwona fala

Ewa wróciła do pokoju z plaży zalanej słońcem i położyła się na łóżku. Na poręczy, wśród żelaznych kwiatów powiesiła ręcznik. Chciała być sama. Lekki wiatr poruszał firankami, zmiatając bordową podłogę. Pokój był prawie pusty.  W komodzie leżały jej rzeczy.  Miała przed sobą jeszcze tydzień urlopu.  Ciemne główki gwoździ rdzewiały w szerokich deskach. Czerwona fala zachodu zalała przestrzeń.  Wysoki mężczyzna cicho otworzył drzwi i stanął przy łóżku. Patrzył na nią, a potem pochylił się i pocałował delikatnie. Kiedy uniósł głowę, długie włosy odsłoniły twarz. To śmierć- pomyślała, wzdrygając się, ale nie czuła strachu, bo wyglądał znajomo. Lewa strona twarzy rozpadała się jak na obrazach Beksińskiego. Strzępy ubrania zwisały w nieładzie. Rozpadał się jego bok i smukłe ciało. Stał w czerwonej fali.  Nie odezwał się ani słowem. Nie było potrzeby. Pochylił się po raz drugi a potem powoli przenikał w jej ciało. W tym momencie obudziła się. Jego obraz wciąż trwał w powietrzu jak zjawa. Było w tym coś niezwykłego, jednak wzdrygnęła się na myśl o pocałunku i wstała.
- Może naprawdę tu był…?
Zeszła na dół i spojrzała na morze. Nic się nie zmieniło. Dzieci bawiły się w oddali biegając po piasku. Starsza pani z warkoczem, w chusteczce na głowie, powiedziała wesoło:
- Twoja córka pływa jak ryba, nie wychodzi z wody.
Mocno opalona dziewczynka co chwila wbiegała w fale i śmiała się opryskując wodą chłopczyka na brzegu. Ewa wróciła do domu i nastawiła czajnik. Wciąż miała przed oczami postać mężczyzny ze snu.  Minęło popołudnie i wieczór. Następnego dnia zapomniała o wszystkim. Dni mijały szybko. Prawie codziennie zabierała córkę na pstrągi zapiekane w folii dwa kilometry dalej. Jej mąż nie dzwonił. Kolejny urlop spędzała samotnie. Ostatniego dnia spakowała torbę. Dalekobieżny pociąg odjeżdżał o północy. Wybrała wygodny przedział w pierwszej klasie i zamknęła drzwi.  Siedmioletnia Helenka położyła się na fotelach i usnęła. Ewa zgasiła światło, zasłoniła drzwi, okryła córkę lekkim kocem i wyciągnęła się po przeciwnej stronie. Wagon był prawie pusty. Miały przed sobą długą noc. Pociąg ruszył punktualnie o północy.  Cieszyła się, że tak mało ludzi. Torebkę zawinęła w ręcznik i położyła pod głowę. Przykryła się miękką, polarową bluzą i ułożyła do snu. Koła stukały jednostajnie.
 Nagle drzwi otworzyły się z łoskotem. Stanął w nich wysoki mężczyzna i powiedział przepraszająco
- Dobry wieczór, czy mogę usiąść…?
-Obok jest wolny przedział, następny też- odpowiedziała Ewa niechętnie
-Ale ja panią bardzo proszę… Usiądę w kątku i nie będę przeszkadzał. Mnie ostatnio okradli, zginęły dokumenty, a tutaj  dziecko śpi, więc będę bezpieczny…
- Pan jest podpity
- Tylko kilka piw,  wracam z pogrzebu ojca…
- Ładny synek…- mruknęła Ewa ironicznie .
Mężczyzna zawahał się, ale nie odchodził i ponowił prośbę:
- Obawiam się, że zasnę i będzie tak samo jak ostatnio…
- Trzeba było nie pić- ucięła krótko.
-Czy pani wie, jaki to problem żeby odtworzyć wszystkie dokumenty…? Bardzo panią proszę. Wspomni pani kiedyś, że jechała ze mną, bo ja jestem człowiekiem szczególnym…
Ewa spojrzała na niego przelotnie i pomyślała: „ Przystojny i dobrze ubrany.” Podciągnęła nogi i zrobiła mu miejsce.
Mężczyzna usiadł tak, jakby chciał wcisnąć się w drzwi. Założył słuchawki  i zapadła cisza. Ewa spojrzała na jego zamszowe buty, sztruksowe spodnie i marynarkę. Ciekawe, co to za jeden? – pomyślała.  Rozbudziła się  już zupełnie i zapytała z lekką kpiną:
- Co w panu takiego szczególnego?
- Jestem w połowie krzyżakiem, odparł z uśmiechem
Ma miły głos- pomyślała - i poczucie humoru.  Wyciągnęła z torby czekoladę z orzechami i poczęstowała go. On wyjął dwie puszki piwa i powiedział:
- W Mrągowie jest festiwal country. Miałem tam jechać, ale wszystko się pokręciło.
- Nigdy tam nie byłam…
-Naprawdę ? Kocham ten festiwal.  Kocham też Tinę Turner. Jest mocna i gorąca. Wspaniała kobieta.  Mężczyzna mówił z podekscytowaniem. Potem wyjął papierosy.
- Pali pani?
- Popalam- odparła z uśmiechem
- To chodźmy na korytarz
 Wyszli , zamykając  drzwi. Pociąg jechał powoli.  Ewa nie zaciągała się. Papierosy były za mocne.
- Tina  mnie uskrzydla. Proszę posłuchać.
Założył jej słuchawki na uszy. Mocny, chrapliwy głos zabrzmiał dalekim słońcem.
- Mam na imię Ewa- powiedziała oddając słuchawki
-  Michał
- To nie jest krzyżackie imię…
- Powiedziałem, że krzyżak w połowie- uśmiechnął się mężczyzna
- No tak, faktycznie. W jednej czwartej jestem Francuzką i nazywam się Dejavue- odparła śmiejąc się. Mężczyzna intrygował ją. Cieszyła się  ze spotkania. Śmiali się oboje. Bawiły ich kopy siana ustawione w pobliżu stacji kolejowej mijanej wsi i pijak, który zabłądził w pociągu i nie mógł znaleźć swojego przedziału.  Wszystko nabrało rumieńców zapowiadając przygodę. W końcu korytarza pojawiła się konduktorka, więc wrócili do do przedziału. Kiedy otworzyła drzwi i mocnym ciepłym głosem powiedziała dzień dobry, Michał od razu nawiązał rozmowę i z weszła młoda Michał z ożywieniem prawił jej komplementy.
- Wylewny jak pijak- pomyślała Ewa spoglądając na konduktorkę. Była wysoka, dobrze zbudowana z wysokim biustem i podkreśloną talią.
- Lubisz kobiety- powiedziała z delikatna  kiedy ona odeszła.
- Tak, lubię piękne dziewczyny, ale kocham żonę.
- Kochałem- poprawił.
Ewa była zbyt zaskoczona, żeby cokolwiek powiedzieć. W oczach Michała pojawiły się łzy.
- Zmarła rok temu.  Była taka piękna. Była Tahitanką. Miała guz piersi. Powiedziałem lekarzowi, żeby go wyłuskali, że  jedna pierś mi wystarczy. Wystarczy mi jedna. Ale nie wyzdrowiała. Nie wiedziałem, że jest aż tak źle. Nie powiedzieli mi. Byłem wtedy w szpitalu.  Ja też miałem operację. Kiedy wróciłem do domu- ona nie żyła. Z rozpaczy zdemolowałem mieszkanie. 
Z oczu Michała płynęły wielkie łzy. Położył głowę na kolanach Ewy i płakał. Głaskała go po włosach i czuła, że stał się bliski.
- Jesteś  bardzo zgrabna- powiedział głaskając jej uda w białych spodenkach do kolan. Ty także jesteś piękną kobietą.
A może kłamie, może to jego sposób na podryw?- pomyślała Ewa odsuwając się lekko.
- Byłem niedawno w Poznaniu, na grobie przyjaciela.  Wypiłem piwo, postawiłem mu puszkę i odszedłem. Tam jest bardzo dużo puszek. Wszyscy je stawiają.
Ewa spojrzała pytająco.
- Był solistą Dżemu. Kiedyś wrócił do domu pijany z pogrzebu i żona zrobiła mu awanturę a on bełkocząc powiedział:” A co ty k…. myślisz, ze ja z wesela wracam…?”
Ewa roześmiała się głośno. Śmiali się oboje. Czarne sosny za oknem migały wesoło. Helenka otworzyła oczy i powiedziała: zimno mi…
Michał  zdjął torbę z półki, wyjął  wełniany sweter i przykrył dziewczynkę.
- Jest bardzo ciepły, ja też mam dzieci- powiedział
Helenka zwinęła się w kłębek i zasnęła ponownie.
-Małżeństwo to ważna sprawa. Byłem szczęśliwy. A ty?
- Myślę o rozwodzie- odparła cicho.  Jest coraz gorzej
- To bardzo ważna decyzja, masz śliczną córkę.
- Kiedy się urodziła, kupił mi miotłę- powiedziała z goryczą. Nawet na nią nie spojrzał. Był zajęty gazetą. Płakałam całą noc.
- Michał z zakłopotaniem sięgnął do torby, po kolejną puszkę.
 - Kiedy tu stałem w drzwiach i prosiłem o miejsce - myślałem: co  za wredna baba…, ale coś mnie ciągnęło do ciebie, coś dobrego, jakbym wiedział, że jesteś inna.
- Byłam  na ciebie zła. Wymościłam sobie gniazdko, a tu masz!
- Nie chciałem być sam, nie mogłem. Nie mam dokąd iść. Najpierw Rysiek, potem ona,  teraz ojciec i ja w tym szeregu.
Pociąg zwalniał. Stanął w szczerym polu.  Noc była pogodna. Wszyscy spali . Michał wziął ją za rękę i wyszli na korytarz. Otworzył okno.
- Modliłem się, żeby tak było, żeby podróż się nie kończyła. Chciałbym jechać z Tobą do końca.
Ewa czuła się szczęśliwa i oszołomiona.
- Mówiłeś, że jedziesz do Warszawy.
- Jadę donikąd. Ja także umieram. Mam czerniaka. Nie ma ratunku.
- Niemożliwe.
- Nie wierzysz mi? Pokażę ci. Chodźmy.
Michał zamknął drzwi i zdjął kurtkę.
- Zobaczysz... To nie wygląda strasznie. Mała plamka na plecach. ..   Zaczął ściągać koszulę.
- Nie, proszę, nie trzeba- powiedziała z zakłopotaniem.
Michał wziął jej dłonie w swoje i całował opuszki palców- delikatnie, namiętnie.
- Czym się zajmujesz?- przerwała wesoło, przeciągając się.
- Wujek mówi, że jestem szarpidrutem. Kiedyś miałem długie włosy i ważyłem dużo więcej. Schudłem 20 kilogramów w ciągu miesiąca.
 Zanucił cicho znany przebój.
-Bardzo dobrze śpiewasz.
-  Grałem z tym zespołem. Nie poznajesz mnie?- spytał ze zdziwieniem
- Nie interesują mnie zespoły rockowe. Właściwie ich nie lubię, ale ta piosenka jest dobra.
- Nie lubisz rocka…?
- Budzi we mnie niepokój. Kojarzy mi się z jakąś pierwotną dziczą. Nie rozpoznaję muzyków ani piosenkarzy i nie zachłystuję się nimi. Nie rozumiem, dlaczego kobiety tak wyją na koncertach, dlaczego wszyscy wyją. To jakiś niezrozumiały trans- jak dżungla.
- Michał uśmiechnął się i zapytał
- A co lubisz?
- Popołudnie fauna
-Zaśpiewam coś, co na pewno ci się spodoba .
Usiadł blisko i zanucił półgłosem:
„ A kiedy przyjdzie także po mnie/ zegarmistrz światła purpurowy/ by mi zabełtać błękit w głowie/ to będę jasny i gotowy/ spłyną przeze mnie dni na przestrzał/ zgasną podłogi i powietrza/ na wszystko jeszcze raz popatrzę/ i pójdę nie wiem gdzie na zawsze/
Ewa słuchała ze zdziwieniem dobrze znanej z radia piosenki.
- Bardzo ładnie- pochwaliła. Masz ciepłą barwę głosu.
Pociąg znowu ruszył,  mijał kolejne stacje. Za oknem był szary świt i zaczął padać deszcz. Michał przytulił się do niej.
- Nie nazywasz się Michał…
- A ty -nie nazywasz się -Dejavue- odpowiedział cicho.
-Pozwól mi jechać z Tobą, mam tak mało czasu –szepnął, całując jej włosy.
- Zadzwonisz do mnie i spotkamy się- powiedziała z nadzieją
- Za późno. Za późno, by zaczynać od nowa.
- Jest w tobie tyle życia, tyle radości, nie wierzę, że umierasz. Nie wierzę. Wyzdrowiejesz. Na pewno!
Ewa wyjęła notes, wpisała numer telefonu, wyrwała kartkę, podpisała: Ewa Dejavue i podała mężczyźnie.
Schował ją do bocznej kieszeni torby i powtórzył smutno ,ogarniając ją psim spojrzeniem:
-Pozwól mi jechać z tobą, do Krakowa. Pozwól podzielić się czułością.
Pociąg zbliżał się do peronu. Warszawa była mglista, mokra i zimna
- Wysiadaj!- powiedziała Ewa zdecydowanie
Mężczyzna wstał, ociągając się.
- Dlaczego? –zapytał
- Nie chcę iść teraz z tobą do hotelu. Spotkamy się później - odparła pewnym głosem
- Spotkamy się w innym świecie- nie rozumiesz?
- Po prostu zadzwoń!
Pocałował ją delikatnie w policzki i usta i wyszedł. Wysiadał  w ostatniej chwili. Konduktor zagwizdał przeciągle i pociąg znowu ruszył.
Ewa otworzyła okno i machała ręką tak długo, aż była całkiem mokra. Ktoś wszedł do przedziału obok. Zasłoniła drzwi i zamknęła oczy. Po kilku godzinach podróż dobiegła kresu. W Krakowie nikt na nią nie czekał. Helenka szła obok walizki na kółkach podskakując wesoło.
- Mamo- piłeczki na gumkach, balony!  Kup balonik!
Ewa  wyjęła garść drobnych i dała Helence. Dziewczynka  kupiła  balon w kształcie serca i z zapałem opowiadała coś matce, ale Ewa jej nie słyszała. Było jej przykro, że mąż nie przyjechał.  Zawiadomiła go o przyjeździe. Wynajęła taksówkę i pojechały do domu. Pelargonie na tarasie pożółkły bez wody, w zlewie leżała sterta naczyń.
- Tata nawet kwiatów nie podlał- powiedziała z wyrzutem do Helenki
- Może nie miał czasu - odpowiedziała dziewczynka
- Zawsze go bronisz- mruknęła Ewa pod nosem i zabrała się za porządki. Nie chodziło o kwiaty, ani nawet bałagan, jaki ciągle zostawiał.  Chodziło o to, że  nie znosił, kiedy coś ją cieszyło. Niszczył każdy dzień. Myślała o spotkaniu w pociągu,  o wielkiej, niespodziewanej radości  i za każdym razem, gdy dzwonił telefon, biegła do niego z nadzieją. Jednak to byli tylko  klienci albo znajomi, którzy częściej chcieli coś sprzedać niż kupić. Ewa zapisała na kartce informacje, które mogły się przydać.  Zapisała zamówienia z hurtowni i podliczyła je z grubsza.
Może zadzwoni jutro?- pomyślała i weszła do łazienki, by napełnić konewkę. Niebieskie powoje bardzo jej potrzebowały. Z trudem wspinały się na dach.
Mijały kolejne dni a tajemniczy mężczyzna nie dzwonił. Kończyło się lato. Ewa spakowała jego sweter do pudełka i odłożyła wysoko na półkę. Po powrocie z hurtowni przebrała się   i pojechała do ulubionej karczmy za miastem. W zwykły dzień o tej porze nie było prawie nikogo. Usiadła  w altanie z oczkiem wodnym. Kelnerka przyniosła  jej kawę i popielniczkę. Siedziała na szerokiej ławie  i patrzyła na ogrodnika, który grzebał w ziemi i układał kamienie.  Karczma powstała na skraju góry ze śmieci. Porastały ją trawy, krzewy  głogów, jarzębin i cienkie sosny. Wyglądała jak wielki grobowiec.
                - Może naprawdę umarł?



Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...