wtorek, 21 lipca 2015
KARAIMI
Mieszkają w Trokach na Litwie od siedmiuset lat. Jest ich dwustu sześćdziesięciu. Polacy z Litwy mówią o nich- Karaimowie i uważają za odłam judaizmu, ponieważ ich religia opiera się na Starym Testamencie i czytają ją po hebrajsku od setek lat. Jednak obowiązek znajomości hebrajskiego został nałożony na wiernych z powodu przekonania o doskonałości Biblii i samodzielnej interpretacji, nieskażonej przekładami. To wymagało znajomości pisania i czytania przez całą społeczność: biednych, bogatych, kobiety i mężczyzn. Bardzo postępowa idea jak na średniowiecze.
Wielkie Księstwo Litewskie zajmowało wielkie obszary a ludzi było mało, więc książę Witold sprowadził z Krymu czterysta rodzin Karaimów, którzy wcześniej mieszkali na terenach Iranu, Iraku i Izraela. W VII w n e wyłonili się z judaizmu negując Talmud i autorytet rabinów. ( Istnieje teoria, że Adam Był Karaimem...) Język karaimski ma korzenie tureckie. Książę Witold osiedlił ich w Trokach i nadał wiele praw, bo służyli mu wiernie. Jednak Karaimowie nie mieszali się z Litwinami. Małżeństwa mieszane w tej społeczności są zakazane. Raz w Roku w Trokach odbywa się wielki zjazd Karaimów z całego świata, by młodzi znaleźli partnerów na resztę życia. Jest ich w sumie około piętnaście tysięcy, przy czym w Polsce mieszka trzystu.
Stroje karaimskie- muzeum na zamku w Trokach
Karczma karaimska. W tym wielkim koszu kelnerki roznoszą -kibiny- duże i smaczne pierogi pieczone w piecu. Z baraniną po dwa euro z wieprzowiną po półtora.
Odbudowany zamek księcia Kiejstuta i jego syna Witolda na wyspie Jeziora Galve w Trokach.
Kiedy książę wjeżdżał do swego domu na wyspie po drewnianym pomoście Karaimowie pozdrawiali go z brzegu. W ich domach od frontu były trzy okna: jedno dla Witolda, drugie dla Boga a trzecie dla nich.
środa, 15 lipca 2015
CZEKULIADA I MNIÓD
Dopiero teraz rozumiem- dawne
piosenki pełne tęsknoty i ciepła:
„ Mówcie co chceci nie ma na swieci joj jak serce batiara”/Batiar jak trza to
życie swe da bo takie serce on ma”
„Więc , gdybym kiedyś urodzić się
mógł/ tylko we Lwowi/ Bo ni ma gadania i co chcesz to mów/ ni ma jak Lwów! A
panny to ma słodziutkie ten gród jak sok, czekuliada i mniód”
Jednakże panny czasami zachodziły w ciążę i wtedy "batiar" musiał się żenić czyli "okołtunić". Kiedy do Lwowa przyjeżdżał ktoś niesypatyczny pytano go: " Czy ty z Warszawy, czy ze świeżego powietrza...?"
Jednakże panny czasami zachodziły w ciążę i wtedy "batiar" musiał się żenić czyli "okołtunić". Kiedy do Lwowa przyjeżdżał ktoś niesypatyczny pytano go: " Czy ty z Warszawy, czy ze świeżego powietrza...?"
Kamienne serce miasta- zabytek na
zabytku- inaczej niż w Łodzi, gdzie nie ma polskich pałaców, gdzie za każdym
pięknym budynkiem- obce nazwisko. Tutaj odwrotnie: Kazimierz Wielki,
Fredro, Boy- Żeleński, Herbert, Mickiewicz, Sobieski … i choć to
był król mimo woli- to jednak polski.
Niezwykłe miasto-pełne zaułków,
świątyń, kamienic, kościołów- położone na siedmiu wzgórzach jak Rzym. A
tramwaje jeżdżą tak wolno, że można przed nimi przejść po kamiennych,
szlifowanych stopami ulicach. To miasto
zdaje się mieć tak wielką starówkę, że mój kochany Lublin może się w niej
schować. I czuję żal, że stracone. W zachodzącym słońcu płoną i błyszczą
grzebienie Roztocza a małe poletka z chwastami
ciągną się długo za miastem i wyglądają smutno.
- Być może taki sam smutek odczuwają
Niemcy wyjeżdżając z Wrocławia… -mówi
Janina Ostrzyżek.
Jednak to nie to samo. Nie
straciliśmy Lwowa z powodu pychy ani z powodu żądzy władzy- myślę po cichu i
przyglądam się jej. Sympatyczna buzia
bez makijażu, różaniec, termos którym gotowa częstować, napój energetyzujący i
książka w zanadrzu. Przyjechała tu z
dwoma najmłodszymi synami, żeby pokazać
im serce dawnej Polski, z której można być dumnym. Pochodzi z okolic Ryk i
pisze wiersze. Mam w plecaku jej tomik: „Codzienność”. Wieczorem idzie z
chłopcami na „Trawiatę”. Gmach opery na placu jak na wielkim stole- stoi na
płycie betonu. To był nowy materiał w XIX wieku. Architekt Gorgolewski
zaprojektował go bogato: stiuki, marmury, rzeźby, złocenia, malowidła ścienne. Sala lustrzana i widownia
jak naszyjniki ze złota. Ponad głowami widzów przypięta do sufitu wspaniała
broszka- pełna świateł. Wygięte loże dla bogaczy, w tym cesarska z łazienką i
oddzielnym wejściem. Wszystkich wejść do gmachu było czternaście. Zapewniały
bezpieczeństwo w przypadku pożaru. Kiedy
z niej wychodzę idę na targ pełen gwaru,
gdzie naszyjniki ręcznie wiązane z sutaszu i korali, w kształcie maków, jarzębin i róż, a
nieco dalej stoisko siwych akordeonów i postarzałych guzikówek , które wciąż
bardzo lubię. Idę w stronę szpitala żydowskiego z czerwonej i żółtej cegły zwanego niegdyś
izraelskim. Podoba mi się jego mauretańska czapka orientalnie zdobiona. Szpital
wygląda jak nieczynny, choć czasem ktoś wychodzi z bramy. Podobno jest tu
oddział położniczy. Jednak w oknie ani jednej twarzy. Obchodzę go dookoła i
nic- kompletna cisza.
Za to dzielnica ormiańska pełna
życia. W uliczkach kafejki z kwiatami, brodacz z gazetą w ubraniu popa i zawodzący, orientalny zaśpiew
z katedry. Świątynia pełna malowideł, przydymionych żółci, fioletów i różu. Co
za miasto! Przed wojną mieszkali tu Ormianie, Węgrzy, Żydzi, Polacy, Ukraińcy i
Rosjanie. Przy czym Polaków było 60
procent, Żydów trzydzieści a pozostałe nacje stanowiły dziesięć. Jednak w miasteczkach wokół Lwowa przeważała
ludność żydowska. Kiedy wybuchła wojna
Niemcy oznaczyli ich przepaskami i zamknęli w getcie a potem wieziono ich do
Bełżca i mordowano spalinami. Żeby nie uciekli podczas transportu, przewożono
ich nago w zamkniętych wagonach towarowych wysypanych wapnem. Taki przejazd
wystarczał za śmierć. Bełżec był obozem, gdzie na początku mordowano Cyganów. Kiedy ich
zabrakło, przyszła kolej na Żydów. Kto byłby następny…?
Ten obóz rzuca cień na pobyt we
Lwowie i trudno się otrząsnąć. Kamienne serce miasta rozległe, dobrze
chronione, nietknięte wojnami ma wiele polskich śladów, choć ulicom zmieniono
imiona. Na wzgórzu łyczakowskim pięknie
skomponowany cmentarz nastoletnich chłopców -obrońców miasta z 1920 roku. W
latach siedemdziesiątych Rosjanie zrównali go z ziemią spychaczami i koparkami
ale w 15 lat później pojawiła się polska firma Energopol i wzniesiono go od nowa według starych planów. Lwowiacy
przychodzili tu i sprzątali, bo uważali to za swój obowiązek. Teraz białe
mogiły leżą jasno i nieruchomo a nad nimi archanioł Gabriel w chmurach z
mieczami w rękach pełen dumy i siły i gotów do walki.
Tutaj
trzeba przyjechać na dłużej. Jeden dzień to za mało. Poza tym taniej niż w Polsce. Za pięćdziesiąt złotych kupiłam trzy paczki najlepszych
papierosów, zjadłam dobry obiad z deserem, winem i kawą i jeszcze mi coś
zostało. Na ulicy Ukrainki młoda kobieta
podrywa gołębie do lotu. Fotografuję ją z oddali, choć zdjęcie nieostre. Potem
siadam na chwilę w jednej z licznych kawiarni pełnych pelargonii i kupuję Kurier
Galicyjski po polsku. Czytam dobrze znany kawał o tym jak reb-
Gedalie Boniówka zarabiał na śpiewie z wyjątkiem trzech drobnych rzeczy: to nie był
reb Boniówka tylko kupiec Srul, który nie śpiewał lecz kupował lasy i nie
zarobił tylko stracił. Żeby nie ten humor- to by człowiek umarł- mawiał znany
lwowianin Aleksander Fredro.
Lwów był stolicą kultury, nadawał ton
całej Polsce. Słynna „Lwowska Fala” była słuchana przez radio w całym kraju. Jej ostatni
batiarzy: Szczepko i Tońko podnosili na duchu naród- nawet w czasie wojny.
Żeby zrozumieć siebie, żeby poznać - trzeba to miasto zobaczyć. Jestem z niego
dumna.
Bogate wnętrza Opery Lwowskiej
Budynek opery
Hol opery
Widok z pomnika Mickiewicza
Ta kobieta poderwała gołębie do lotu na ulicy Ukrainki
Na wprost dawnego Szpitala Izraelskiego
Ulica Lwowa
Katedra ormiańska
Anioł na Łyczakowie
2400 mogił - nastolatków- obrońców Lwowa na Cmentarzu Łyczakowskim
wtorek, 30 czerwca 2015
Zabiorę Cię właśnie tam
Dawno, dawno temu dziewczyna z pękiem liści, ze słonecznikiem na sukience powiedziała : good morning profesore, albo coś w tym stylu i zasiadła w ławce jakby nigdy nic, choć zajęcia się prawie kończyły. Nazywała się [Beatris Martinez]. Miała skórę jak heban i europejskie rysy.
Nie przynosiła lekarskich zwolnień. Mówiła, że ma randkę z chłopakiem i było oczywiste, że profesor powinien to uwzględnić.
- Przecież mówię prawdę, czy spotkanie jest mniej ważne niż choroba...? pytała ze zdziwieniem młodego doktora i doktor kapitulował.
[Beatris] zakładała nogę na nogę w super mini, poprawiała turban i z pełną powagą słuchała końca wykładu a my patrzyliśmy z podziwem na jej smukłe nadgarstki i migdałowe palce pełne bransolet i pierścieni. W ponurych korytarzach rozbrzmiewał jej śmiech i łączył się kaskadą z drugą Kubanką- jasnoskórą Miriam. One pasują do miejsca w które się wybieram.
Staw w Łagiewnikach. Las wokół stawu to pozostałość Puszczy Łódzkiej. Jeden z największych w Europie obszarów leśnych w granicach miasta.
Pamiętam ten staw z pierwszym, nagłym lodem, kiedy niespodziewanie ktoś do niego wskoczył, by się orzeźwić i ruszyć dalej w codzienność jak kaganiec.
Byliśmy także tu- w ogrodach "Dworku", pełnego dziwnych spotkań. Siadywał na niej jubiler z kochanką i jego przyjaciel z wielkim psem a przy stolikach w oddali pełno ludzi.
Dziś tylko dwóch zbłąkanych na słonecznej ławce nad miedzianą wodą. Jeden z nich z rozmachem rzuca pustą butelkę.
Wracam na taras
wewnątrz nikogo nie ma
Po drugiej stronie inny dworek
a za rogiem ulica Antoniego Książka. Za żelaznym płotem niczego nie zobaczysz. Warownia dla bogaczy.
Po drugiej stronie wolny wstęp.
Łódź- Łagiewniki
wtorek, 9 czerwca 2015
Teraz Polska
Szerokie pola falują pod wiatrem - srebrzyste
i znajome. W pobliżu kilka domów i
gliniasta droga, ale do szosy tylko trzysta metrów. Przed domem dziesięć
samochodów, słychać śmiech i gwar. Na stołach czerwone maki, dwie blachy
ciasta, sałatki , kiełbasa z grilla, napoje i alkohole. Parapetówka dla
znajomych- święto nowego domu.
- Tutaj będzie taras z widokiem na
zachód słońca- mówi Marzena.
Na razie są cztery słupki, glina i
piach, i wchodzi się do domu po paletach, ale dom stoi. Własny, na własnej,
spłaconej działce kilka kilometrów od nowej trasy Łódź – Sieradz, po której super
się jedzie. Jestem pewna, że za kilka lat ten taras będzie wyglądał tak :
"Tu, gdzie teraz jest ściernisko będzie kiedyś San Francisco" - śpiewają bracia Golec
Dom powstał z gotowych elementów w
dwa miesiące. Oszklony, zamknięty, otynkowany, z bielonymi ścianami za 250 tysięcy
na kredyt w ING. Duży pokój z wyjściem na taras i aneksem kuchennym, dwa pokoje
dla chłopców, łazienka z oknem, kuchnia, sypialnia, wygodny hol, zakończony kotłownią na eko-groszek.
- Za trzydzieści pięć tysięcy
dobudowaliśmy jeszcze ogrzewany garaż- mówi Marzena i unosi do góry
automatyczne drzwi.
- W tym miesiącu się wprowadzamy-
dodaje
- Zdążycie?
-Jasne- jutro kładą panele a Darek
pomaluje ściany i wykończy łazienkę. Wstawimy meble, podłączymy prąd i jesteśmy
u siebie. Mamy dwa lata karencji w spłatach, ale spłacamy od razu. Tak się
nauczyliśmy.
- Będzie wam trudno…
- Wcale nie. Odłożyliśmy na wszystko.
Jednego miesiąca pojechaliśmy do sklepu, spodobały nam się karnisze- to
odłożyliśmy pięćset, drugiego miesiąca pojechaliśmy do Ikei, wybraliśmy meble
dla synka- odłożyliśmy siedemset. Spodobała mam się kanapa- odłożyliśmy 600
potem jeszcze sześćset i tak ze wszystkim. Wszystko zaplanowane. Odkładaliśmy
po kolei.
- Ale jednak na początku jest trudno,
pojawią się wydatki niezaplanowane… dodaję ze zdziwieniem
- Damy radę- śmieje się Marzena.
Zawsze musieliśmy radzić sobie sami i
los nam sprzyja.
Darek jest szczęśliwy, roześmiany od
ucha do ucha. Chodzi z butelką czystej po swoim podwórku i dolewa w plastikowe
kieliszki. Jego goście są młodzi tak samo jak on- około trzydziestki. Ze ścian
wystają kable i beton na podłodze, ale tańczymy i o dziwo
nic się w tych tańcach nie zmieniło. Chłopcy prowadza podobnie jak moi koledzy
ze studiów a przecież minęło sporo lat. To już następne pokolenie. Wystroiłam się
w wysokie obcasy, a podchmieleni goście chcą tańczyć na piachu… Oni maja łatwo, bo w trampkach ale ja w tych obcasach na rozjazdach i bruzdach- masakra!
- Jakbym was zaprosiła na gotowe podłogi, to bym się
bała o panele. Wy też byście się denerwowali, że się zniszczą od piachu- mówi Marzena
- O żeż ty ….! -myślę
- Ja bym się nie denerwował-
odpowiada Sebastian- Wcale.
- Ela- wierzę w ciebie! – śmieje się
Darek dokonując zamaszystych obrotów, więc wiruję w bruździe i w kurzu, z
piaskiem w zębach z promieniami wysrebrzonych jęczmieni. Kumpel Darka stoi na
słupku i nie chce zejść.
- Tutaj czuję się ważny i
dowartościowany- mówi patrząc na nas z
wysoka. Wznosi toast z butelką w dłoni i staje na jednej nodze w japonkach a
drugą odgina w bok jak balerina w teatrze.
Siostry Marzeny doglądają grilla.
Poznałam tylko trzy a w sumie jest ich siedem. Do tego jeden brat.
Siostry podobnie jak ona mają wesołe
oczy- figlarne i pełne życia.
- W domu się nie przelewało, ani u mnie ani u Darka- (mówi Marzena) - Wesele wyprawiliśmy sobie sami i
wynajęliśmy maleńki pokoik. Ja skręcałam kable w zakładzie zaraz po maturze i studiowałam zaocznie
pedagogikę opiekuńczą. On też pracował.
Marzyłam o własnej firmie, chciałam mieć przedszkole, ale bałam się kredytów i
kosztów, więc zatrudniłam się w domu dziecka. Trafiło mi się mieszkanie
służbowe z pięknym metrażem w starej willi z jesionowym parkietem. Wymagało remontu,
więc Darek pojechał na pół roku do pracy w Holandii i zarobił na nowe okna,
drzwi i meble.
- Mieliśmy dużo lepiej. Nawet nie
myślałam że tak szybko przeniosę się z tamtej ociupiny w takie ładne miejsce na
leśnej polanie obok mojej pracy- mówi gospodyni- ale dom miał mankament, żarł
paliwo jak smok. Czynsz był niski, ale ogrzewanie co miesiąc- nawet latem to
sześć set złotych, bo fundamenty nie izolowane. Do tego bojler na prąd. Na dole trzy rodziny i
na górze trzy. Pożerał dwadzieścia ton węgla i więcej. Darek zrobił kurs
palacza i od listopada dokładał do pieca.
To pozwalało zaoszczędzić pięćset złotych miesięcznie. Kupiliśmy działkę na kredyt. Nasz syn miał przestrzeń do zabawy. Założyłam
ogródek. Ja zarabiam dwa dwieście a on w
fabryce trochę więcej. Pracuje przy taśmie na trzy zmiany. Do pracy dojeżdża
rowerem, bo to spora oszczędność.
Ona odchodzi na chwilę, bo ktoś znowu przyjechała a ja przypominam sobie, jak któregoś dnia, wiosną, kilka lat temu kupiłam im album : „Szlakiem
orlich gniazd”
- Trafione!- wykrzyknął Darek, bo
było to jego ulubione miejsce na weekendowy wypad. Jeździli tam nawet z wózkiem, gdy młodszy
synek jeszcze nie umiał chodzić. Dziś ma cztery lata a starszy dziewięć.
- Już nie chodzą przy dupie- mówi
mama z dumą. Są samodzielni. Nie mogą się doczekać swoich pokojów, bo kłócą się
o klocki lego, gdy mieszkają w jednym. A tak -każdy będzie miała swoje. Darek ich uwielbia, nie ma dnia, żeby ich nie
wypieścił…
W tym momencie podbiega mała Ola w
balonowych spodniach i znienacka strzela nam w twarze wodą z pistoletu na śmigus -dyngus.
Dziewczynka jest pewna siebie, ruchliwa i zadziorna. To oczko w głowie innego
tatusia, który razem z nią przyjechał na parapetówkę.
Inni goście też zostali polani i
prosili o więcej, bo alkohol grzeje. Ja dziś nie piję, ale po tańczeniu w bruździe
jest mi wszystko jedno J
Darek śmieje się w głos. Wszędzie go
słychać. Ma dwóch synów, żonę i dom. To
jego cel.
- Do wszystkiego doszliśmy sami - własną pracą, a jednak
otrzymaliśmy wiele- mówi ona.
Jest silna, pracowita otwarta i
energiczna. Dba o swój interes i interes grupy. I o to chodzi. Dlaczego w
kraju, gdzie są zdolni ludzie-
znakomicie zorganizowani- urodzeni przywódcy –wciąż mamy nieudolne rządy…?- myślę po cichu
- Byłam tak zajęta pracą i domem, że
nawet nie wiedziałam o wyborach. Darek wyniósł telewizor, żeby dzieci go nie
oglądały. Dopiero na druga turę pojechałam głosować- w ostatniej chwili- mówi
gospodyni.
Z głośników dobiega muzyka, lekkie
disco- polo:
„ bo ty nie wiesz że ja wciąż ciebie
kocham”…
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Ulica Starorudzka
Lubię ten dom z doniczkami pelargonii, kwitnącymi krzewami i rozsypaną elewacją. Dom wśród chwastów i zabytkowych drzew- z pięknym murem wskazującym na czasy świetności sprzed lat. To willa Obermanów. Brama jest zawsze otwarta, nikomu nie przeszkadza, że chodzę po podwórku. Jeśli ją odnowią, zaraz pojawi się ochroniarz jak przy willi Horaka i spacer straci urok.
Budynek gospodarczy z okragłą wieżyczką w głębi
Nieco dalej willa Siemensa. Od wielu lat stoi pusta. Szare mury porasta mech. Ta ulica prowadzi do pagórka, któremu na imię- Rudzka Góra ( 280m n.p.m.)
Oto i on. W dole widać fajną karczmę, gdzie wszystkie desery są po osiem złotych. Szarlotka z lodami też :)
![]() |
| malownicze ścieżki |
![]() |
| a potem jadę na Popioły. Letniskowa willa ma już nowego właściciela.... |
![]() |
| ale ta- jeszcze nie. Idę dalej |
![]() |
| aż do bajkowego domu... |
wtorek, 5 maja 2015
SELMĘT WIELKI
Nikt nas nie uczył pływać i nikt nie
pilnował. Nie było ratowników. Nasi rodzice pracowali w polu od świtu do
zachodu. Do siódmego roku życia byliśmy wolni. Zagrzebywaliśmy się w gorącym
piasku, pływaliśmy i skakaliśmy z kładki lub wystających z wody kołków po
kiszeniu ogórków. Nikt nie utonął, choć pływaliśmy coraz dalej. Kiedy
skończyłam osiem lat- dwa razy w tygodniu- jechałam ciuchcią do Ełku. Dwie
godziny spędzałam w szkole muzycznej i o 16 wracałam do domu. Czasami urywałam
się z ćwiczeń i szłam na lody do „Bajki” a potem przez miasto, poligon i las
wracałam do domu. I nie był to żaden wyczyn, bo było wiele dzieci, które
codziennie szły do szkoły przez pola i lasy a zimą przez zamarznięte jezioro.
Dzieci z Szelig, Buczek, Sordach, Kozik i Regielnicy. Niektóre miały osiem kilometrów. Jedynie w
mroźne zimy przyjeżdżały po nie konie z saniami. Te dzieci na długiej przerwie wyciągały
kanapki a ja biegłam do domu.
Kiedy byliśmy starsi, musieliśmy
pomagać w polu. Nie było innego wyjścia. Jednak niektórym udawało się wykręcić
od nudnej roboty, albo przynajmniej ją skrócić.
W sobotnie, letnie wieczory zawsze
sprzątaliśmy ulicę. Każdy do połowy drogi -wzdłuż swego płotu. Droga była
wybrukowana. Nasi dziadkowie robili piękne miotły z brzozowych witek i machaliśmy
nimi ochoczo w tumanach kurzu. Potem zwoziliśmy wszystko taczkami, kąpaliśmy
się w jeziorze i rozpalaliśmy ognisko. W jego blasku stał smukły Tatar- Alek.
Miał 15 lat i wyglądał jak młody bóg. Nie pracował ani w polu, ani na łące, bo
jego rodzice nie byli rolnikami. Paradował przez wieś tylko w kąpielówkach z ręcznikiem
na ramieniu. Wiedział, że jest piękny. Kiedy w blasku ognia z jego miedzianej
skóry, ściekały krople wody, ktoś
zaczynał śpiewać:
„Och jak bardzo cię kocham
O czym ty dobrze wiesz
Chcę tu być tylko z tobą
I całować, całować cię wciąż…”
W takie wieczory księżycowe pagórki
były pełne szeptu, jednak przychodziło chude disco-polo z drogiego końca wsi i
wydzierało się wniebogłosy. Większości to odpowiadało- niestety.
W niedzielę rano było pięknie i czysto, ale trzeba było iść do kościoła
i z nudów przez godzinę oglądać witraże albo posągi świętych, albo przynajmniej
poruszać palcami w butach, jeśli nie były za ciasne.
Potem były same przyjemności:
piłeczki na gumce, zielone i różowe lizaki z głową konika oraz świderki z
kminkiem.
W poniedziałek wszystko zaczynało się od nowa.
Dziś wszystko się zmieniło. Przybyły
nowe uliczki i wystawne budynki. Nawet daleko w polu wyrosły ładne domy ludzi,
których nie znam, którzy za bezcen wykupili pola sąsiadów i ogrodzili je
wysoko. Długo mnie to „ wkurzało”, bo byłam przyzwyczajona do chodzenia nad
brzegiem bez żadnych ograniczeń. Jednak ostatnio złagodniałam i nie cierpię z
powodu odrutowanego cypla, na którym stoi kamienna fontanna ni przypiął ni
przyłatał. Nie chodzę tam. Mewy też się przeniosły.
Podwórko sąsiada
Widok z okna wieczorem
Antek mieszka pod starą zieloną łódką i pilnuje dobytku.
Droga polna. Nazywaliśmy ją: sordacka
bo prowadziła do Sordach
malownicze wierzby po drodze
Wjazd do Sordach. Tutaj czas się zatrzymał.
Ten niebieski dom jest na sprzedaż
I takie widoki...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Orient-Express
Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...
-
Wreszcie śnieg i mróz, i słońce, i prawdziwa zima. Spóźniona o miesiąc, ale jest. Szrot który mijam każdego dnia obsypany śniegiem. Sople...
-
Przeczytajcie ten wpis, bo w razie potrzeby będziecie wiedzieć, do kogo iść. Ja nie wiedziałam. To, że trzeba natychmiast operować syna s...
-
Mieszkają w Trokach na Litwie od siedmiuset lat. Jest ich dwustu sześćdziesięciu. Polacy z Litwy mówią o nich- Karaimowie i uważają za odła...
-
Czy wiecie jakie jest największe przekleństwo w Białymstoku…? - „A żeb ciebie dwa sliedzi obsrali…!!!” Ten tak miły dla ucha język sły...
-
Trzydzieści dolarów- tyle mi zostało po opłaceniu wizy, pilotów, przewodnika, przejazdów i biletów wstępu do świątyń. Trzydzieści dolaró...
-
Żeby spędzić weekend w Hotelu Gołębiewski wystarczy mieć kuzyna, który Cię tam zaprosi i pokryje koszty, bo właśnie obchodzi swoje urodz...
-
I Grzybku maleńki biegłaś mi na spotkanie o czwartej po południu z ufnością ...
-
Dopiero teraz rozumiem- dawne piosenki pełne tęsknoty i ciepła: „ Mówcie co chceci nie ma na swieci joj jak serce batiara”/Batiar jak...
-
Maleńczuk w Internecie śpiewa o Putinie z właściwym sobie wdziękiem: „ владимир на бсегд а ни хуя „. To jest konkretny głos w sprawie U...



















































