wtorek, 21 lipca 2015

KARAIMI


Mieszkają w Trokach na Litwie od siedmiuset lat. Jest ich dwustu sześćdziesięciu. Polacy z Litwy mówią o nich- Karaimowie i uważają za odłam judaizmu, ponieważ ich religia opiera się na Starym Testamencie i czytają ją po hebrajsku od setek lat. Jednak obowiązek znajomości hebrajskiego został nałożony na wiernych z powodu przekonania o doskonałości Biblii i samodzielnej interpretacji, nieskażonej przekładami. To wymagało znajomości pisania i czytania przez całą społeczność: biednych, bogatych, kobiety i mężczyzn. Bardzo postępowa idea jak na średniowiecze.
Wielkie Księstwo Litewskie zajmowało wielkie obszary a ludzi było mało, więc książę Witold sprowadził z Krymu czterysta rodzin Karaimów, którzy wcześniej mieszkali na terenach Iranu, Iraku i Izraela. W VII w n e wyłonili się z judaizmu negując Talmud i autorytet rabinów. ( Istnieje teoria, że Adam Był Karaimem...) Język karaimski ma korzenie tureckie. Książę Witold osiedlił ich w Trokach i nadał wiele praw, bo służyli mu wiernie. Jednak Karaimowie nie mieszali się z Litwinami. Małżeństwa mieszane w tej społeczności są zakazane. Raz w Roku w Trokach odbywa się wielki zjazd Karaimów z całego świata, by młodzi znaleźli partnerów na resztę życia.  Jest ich w sumie około piętnaście tysięcy, przy czym w Polsce mieszka trzystu. 

Stroje karaimskie- muzeum na zamku w Trokach


Karczma karaimska. W tym wielkim koszu kelnerki roznoszą -kibiny- duże  i smaczne pierogi pieczone w piecu. Z baraniną po dwa euro z wieprzowiną po półtora.



 Odbudowany zamek księcia Kiejstuta i jego syna Witolda na wyspie Jeziora Galve w Trokach. 


  Kiedy książę wjeżdżał do swego domu na wyspie po drewnianym pomoście Karaimowie pozdrawiali go z brzegu. W ich domach od frontu były trzy okna: jedno dla Witolda, drugie dla Boga a trzecie dla nich.

środa, 15 lipca 2015

CZEKULIADA I MNIÓD

Dopiero teraz rozumiem- dawne piosenki pełne tęsknoty i  ciepła:
 „ Mówcie co chceci nie ma na swieci  joj jak serce batiara”/Batiar jak trza to życie swe da bo takie serce on ma”
„Więc , gdybym kiedyś urodzić się mógł/ tylko we Lwowi/ Bo ni ma gadania i co chcesz to mów/ ni ma jak Lwów! A panny to ma słodziutkie ten gród jak sok, czekuliada i mniód”
Jednakże panny czasami zachodziły w ciążę i wtedy "batiar" musiał się żenić czyli "okołtunić". Kiedy do Lwowa przyjeżdżał ktoś niesypatyczny pytano go: " Czy ty z Warszawy, czy ze świeżego powietrza...?"

           Kamienne serce miasta- zabytek na zabytku- inaczej niż w Łodzi, gdzie nie ma polskich pałaców, gdzie za każdym pięknym budynkiem- obce nazwisko. Tutaj odwrotnie: Kazimierz Wielki, Fredro, Boy- Żeleński, Herbert, Mickiewicz, Sobieski … i choć to był król mimo woli- to jednak polski.
Niezwykłe miasto-pełne zaułków, świątyń, kamienic, kościołów- położone na siedmiu wzgórzach jak Rzym. A tramwaje jeżdżą tak wolno, że można przed nimi przejść po kamiennych, szlifowanych stopami ulicach. To  miasto zdaje się mieć tak wielką starówkę, że mój kochany Lublin może się w niej schować. I czuję żal, że stracone. W zachodzącym słońcu płoną i błyszczą grzebienie Roztocza a małe poletka z chwastami  ciągną się długo za miastem i wyglądają smutno.
- Być może taki sam smutek odczuwają Niemcy wyjeżdżając z Wrocławia… -mówi  Janina Ostrzyżek.
Jednak to nie to samo. Nie straciliśmy Lwowa z powodu pychy ani z powodu żądzy władzy- myślę po cichu i przyglądam się jej.  Sympatyczna buzia bez makijażu, różaniec, termos którym gotowa częstować, napój energetyzujący i książka  w zanadrzu. Przyjechała tu z dwoma  najmłodszymi synami, żeby pokazać im serce dawnej Polski, z której można być dumnym. Pochodzi z okolic Ryk i pisze wiersze. Mam w plecaku jej tomik: „Codzienność”. Wieczorem idzie z chłopcami na „Trawiatę”. Gmach opery na placu jak na wielkim stole- stoi na płycie betonu. To był nowy materiał w XIX wieku. Architekt Gorgolewski zaprojektował go bogato: stiuki, marmury, rzeźby, złocenia,  malowidła ścienne. Sala lustrzana i widownia jak naszyjniki ze złota. Ponad głowami widzów przypięta do sufitu wspaniała broszka- pełna świateł. Wygięte loże dla bogaczy, w tym cesarska z łazienką i oddzielnym wejściem. Wszystkich wejść do gmachu było czternaście. Zapewniały bezpieczeństwo w przypadku pożaru.  Kiedy z niej wychodzę idę  na targ pełen gwaru, gdzie naszyjniki ręcznie wiązane z sutaszu  i korali, w kształcie maków, jarzębin i róż, a nieco dalej stoisko siwych akordeonów i postarzałych guzikówek , które wciąż bardzo lubię.  Idę  w stronę szpitala żydowskiego  z czerwonej i żółtej cegły zwanego niegdyś izraelskim. Podoba mi się jego mauretańska czapka orientalnie zdobiona. Szpital wygląda jak nieczynny, choć czasem ktoś wychodzi z bramy. Podobno jest tu oddział położniczy. Jednak w oknie ani jednej twarzy. Obchodzę go dookoła i nic- kompletna cisza.
Za to dzielnica ormiańska pełna życia. W uliczkach kafejki z kwiatami, brodacz z gazetą  w ubraniu popa i zawodzący, orientalny zaśpiew z katedry. Świątynia pełna malowideł, przydymionych żółci, fioletów i różu. Co za miasto! Przed wojną mieszkali tu Ormianie, Węgrzy, Żydzi, Polacy, Ukraińcy i Rosjanie.  Przy czym Polaków było 60 procent, Żydów trzydzieści a pozostałe nacje stanowiły dziesięć.  Jednak w miasteczkach wokół Lwowa przeważała ludność żydowska.  Kiedy wybuchła wojna Niemcy oznaczyli ich przepaskami i zamknęli w getcie a potem wieziono ich do Bełżca i mordowano spalinami. Żeby nie uciekli podczas transportu, przewożono ich nago w zamkniętych wagonach towarowych wysypanych wapnem. Taki przejazd wystarczał za śmierć. Bełżec był obozem, gdzie  na początku mordowano Cyganów. Kiedy ich zabrakło, przyszła kolej na Żydów. Kto byłby następny…?
Ten obóz rzuca cień na pobyt we Lwowie i trudno się otrząsnąć. Kamienne serce miasta rozległe, dobrze chronione, nietknięte wojnami ma wiele polskich śladów, choć ulicom zmieniono imiona. Na wzgórzu  łyczakowskim pięknie skomponowany cmentarz nastoletnich chłopców -obrońców miasta z 1920 roku. W latach siedemdziesiątych Rosjanie zrównali go z ziemią spychaczami i koparkami ale w 15 lat później pojawiła się polska firma Energopol i wzniesiono go  od nowa według starych planów. Lwowiacy przychodzili tu i sprzątali, bo uważali to za swój obowiązek. Teraz białe mogiły leżą jasno i nieruchomo a nad nimi archanioł Gabriel w chmurach z mieczami w rękach pełen dumy i siły i gotów do walki.
            Tutaj trzeba przyjechać na dłużej. Jeden dzień to za mało.  Poza tym taniej niż w Polsce. Za pięćdziesiąt  złotych kupiłam trzy paczki najlepszych papierosów, zjadłam dobry obiad z deserem, winem i kawą i jeszcze mi coś zostało.  Na ulicy Ukrainki młoda kobieta podrywa gołębie do lotu. Fotografuję ją z oddali, choć zdjęcie nieostre. Potem siadam na chwilę w jednej z licznych kawiarni pełnych pelargonii i kupuję Kurier Galicyjski  po polsku.  Czytam dobrze znany kawał o tym jak reb- Gedalie Boniówka  zarabiał na śpiewie  z wyjątkiem trzech drobnych rzeczy: to nie był reb Boniówka tylko kupiec Srul, który nie śpiewał lecz kupował lasy i nie zarobił tylko stracił. Żeby nie ten humor- to by człowiek umarł- mawiał znany lwowianin Aleksander Fredro.

Lwów był stolicą kultury, nadawał ton całej Polsce. Słynna „Lwowska Fala” była słuchana  przez radio w całym kraju. Jej ostatni batiarzy: Szczepko i Tońko podnosili na duchu  naród- nawet w czasie wojny. Żeby zrozumieć siebie, żeby poznać - trzeba to miasto zobaczyć. Jestem z niego dumna.


      Bogate wnętrza Opery Lwowskiej


     Budynek opery
   Hol opery



Widok z pomnika Mickiewicza

        Ta kobieta poderwała gołębie do lotu na ulicy Ukrainki

    Na wprost dawnego Szpitala Izraelskiego

    Ulica Lwowa

    
     
     
       Katedra  ormiańska
     

            Anioł na Łyczakowie


       2400 mogił - nastolatków- obrońców Lwowa na Cmentarzu Łyczakowskim

wtorek, 30 czerwca 2015

Zabiorę Cię właśnie tam

Dawno, dawno temu dziewczyna z pękiem liści, ze słonecznikiem na sukience powiedziała : good morning profesore, albo coś w tym stylu i zasiadła w ławce jakby nigdy nic, choć zajęcia się prawie kończyły. Nazywała się [Beatris Martinez].  Miała skórę jak heban i europejskie rysy. 
Nie przynosiła lekarskich zwolnień. Mówiła, że ma randkę z chłopakiem i było oczywiste, że profesor powinien to uwzględnić.
- Przecież mówię prawdę, czy spotkanie jest mniej ważne niż choroba...? pytała ze zdziwieniem młodego doktora i doktor kapitulował.
[Beatris] zakładała nogę na nogę w super mini, poprawiała turban i z pełną powagą słuchała końca wykładu a my patrzyliśmy z podziwem na jej smukłe nadgarstki  i migdałowe palce pełne bransolet i pierścieni. W ponurych korytarzach rozbrzmiewał jej śmiech i łączył się kaskadą z drugą Kubanką- jasnoskórą Miriam.  One pasują do miejsca w które się wybieram. 

Staw w Łagiewnikach. Las wokół stawu to pozostałość Puszczy Łódzkiej. Jeden z największych w Europie obszarów leśnych w granicach miasta.


Pamiętam ten staw z pierwszym, nagłym lodem, kiedy niespodziewanie ktoś do niego wskoczył, by się orzeźwić i ruszyć dalej w codzienność jak kaganiec.  

Byliśmy także tu- w ogrodach "Dworku", pełnego dziwnych spotkań. Siadywał na niej jubiler z kochanką i jego przyjaciel z wielkim psem a przy stolikach w oddali pełno ludzi. 
Dziś tylko dwóch zbłąkanych na  słonecznej ławce nad miedzianą wodą. Jeden z nich z rozmachem rzuca  pustą butelkę. 

Wracam na taras
wewnątrz nikogo nie ma

Po drugiej stronie inny dworek
a za rogiem ulica Antoniego Książka. Za żelaznym płotem niczego nie zobaczysz. Warownia dla bogaczy.


Po drugiej stronie  wolny wstęp. 


Łódź- Łagiewniki

wtorek, 9 czerwca 2015

Teraz Polska

Szerokie pola falują pod wiatrem - srebrzyste i znajome.  W pobliżu kilka domów i gliniasta droga, ale do szosy tylko trzysta metrów. Przed domem dziesięć samochodów, słychać śmiech i gwar. Na stołach czerwone maki, dwie blachy ciasta, sałatki , kiełbasa z grilla, napoje i alkohole. Parapetówka dla znajomych- święto nowego domu.
- Tutaj będzie taras z widokiem na zachód słońca- mówi Marzena.
Na razie są cztery słupki, glina i piach, i wchodzi się do domu po paletach, ale dom stoi. Własny, na własnej, spłaconej działce kilka kilometrów od nowej trasy Łódź – Sieradz, po której super się jedzie. Jestem pewna, że za kilka lat ten taras będzie wyglądał tak :

   "Tu, gdzie teraz jest ściernisko będzie kiedyś San Francisco" - śpiewają bracia Golec

Dom powstał z gotowych elementów w dwa miesiące. Oszklony, zamknięty, otynkowany, z bielonymi ścianami za 250 tysięcy na kredyt w ING. Duży pokój z wyjściem na taras i aneksem kuchennym, dwa pokoje dla chłopców, łazienka z oknem, kuchnia, sypialnia, wygodny hol,  zakończony kotłownią na eko-groszek.
- Za trzydzieści pięć tysięcy dobudowaliśmy jeszcze ogrzewany garaż- mówi Marzena i unosi do góry automatyczne drzwi.
- W tym miesiącu się wprowadzamy- dodaje
- Zdążycie?
-Jasne- jutro kładą panele a Darek pomaluje ściany i wykończy łazienkę. Wstawimy meble, podłączymy prąd i jesteśmy u siebie. Mamy dwa lata karencji w spłatach, ale spłacamy od razu. Tak się nauczyliśmy.
- Będzie wam trudno…
- Wcale nie. Odłożyliśmy na wszystko. Jednego miesiąca pojechaliśmy do sklepu, spodobały nam się karnisze- to odłożyliśmy pięćset, drugiego miesiąca pojechaliśmy do Ikei, wybraliśmy meble dla synka- odłożyliśmy siedemset. Spodobała mam się kanapa- odłożyliśmy 600 potem jeszcze sześćset i tak ze wszystkim. Wszystko zaplanowane. Odkładaliśmy po kolei.
- Ale jednak na początku jest trudno, pojawią się wydatki niezaplanowane… dodaję ze zdziwieniem
- Damy radę- śmieje się Marzena. Zawsze musieliśmy radzić  sobie sami i los nam sprzyja.
Darek jest szczęśliwy, roześmiany od ucha do ucha. Chodzi z butelką czystej po swoim podwórku i dolewa w plastikowe kieliszki. Jego goście są młodzi tak samo jak on- około trzydziestki. Ze ścian wystają kable i beton na podłodze, ale tańczymy i o dziwo nic się w tych tańcach nie zmieniło. Chłopcy prowadza podobnie jak moi koledzy ze studiów a przecież minęło sporo lat. To już następne pokolenie. Wystroiłam się w wysokie obcasy, a podchmieleni goście chcą tańczyć na piachu… Oni maja łatwo, bo w trampkach ale ja w tych obcasach na rozjazdach i bruzdach- masakra!
- Jakbym  was zaprosiła na gotowe podłogi, to bym się bała o panele. Wy też byście się denerwowali, że  się zniszczą od piachu- mówi Marzena
- O żeż ty ….!  -myślę
- Ja bym się nie denerwował- odpowiada Sebastian- Wcale.
- Ela- wierzę w ciebie! – śmieje się Darek dokonując zamaszystych obrotów, więc wiruję w bruździe i w kurzu, z piaskiem w zębach z promieniami wysrebrzonych jęczmieni. Kumpel Darka stoi na słupku i nie chce zejść.
- Tutaj czuję się ważny i dowartościowany-  mówi patrząc na nas z wysoka. Wznosi toast z butelką w dłoni i staje na jednej nodze w japonkach a drugą odgina w bok jak balerina w teatrze.
Siostry Marzeny doglądają grilla. Poznałam tylko trzy a w sumie jest ich siedem. Do tego jeden brat.
Siostry podobnie jak ona mają wesołe oczy- figlarne i pełne życia.
- W domu się nie przelewało, ani  u mnie ani u Darka- (mówi  Marzena) - Wesele wyprawiliśmy sobie sami i wynajęliśmy maleńki pokoik. Ja skręcałam kable w zakładzie  zaraz po maturze i studiowałam zaocznie pedagogikę opiekuńczą.  On też pracował. Marzyłam o własnej firmie, chciałam mieć przedszkole, ale bałam się kredytów i kosztów, więc zatrudniłam się w domu dziecka. Trafiło mi się mieszkanie służbowe z pięknym metrażem w starej willi z jesionowym parkietem. Wymagało remontu, więc Darek pojechał na pół roku do pracy w Holandii i zarobił na nowe okna, drzwi i meble.
- Mieliśmy dużo lepiej. Nawet nie myślałam że tak szybko przeniosę się z tamtej ociupiny w takie ładne miejsce na leśnej polanie obok mojej pracy- mówi gospodyni- ale dom miał mankament, żarł paliwo jak smok. Czynsz był niski, ale ogrzewanie co miesiąc- nawet latem to sześć set złotych, bo fundamenty nie izolowane.  Do tego bojler na prąd. Na dole trzy rodziny i na górze trzy. Pożerał dwadzieścia ton węgla i więcej. Darek zrobił kurs palacza i od listopada dokładał do pieca.  To pozwalało zaoszczędzić pięćset złotych miesięcznie.   Kupiliśmy działkę na kredyt.  Nasz syn miał przestrzeń do zabawy. Założyłam ogródek.  Ja zarabiam dwa dwieście a on w fabryce trochę więcej. Pracuje przy taśmie na trzy zmiany. Do pracy dojeżdża rowerem, bo to spora oszczędność.
Ona odchodzi na chwilę, bo ktoś znowu przyjechała a ja przypominam sobie, jak  któregoś dnia, wiosną,  kilka lat temu kupiłam im album : „Szlakiem orlich gniazd”
- Trafione!- wykrzyknął Darek, bo było to jego ulubione miejsce na  weekendowy wypad.  Jeździli tam nawet z wózkiem, gdy młodszy synek jeszcze nie umiał chodzić. Dziś ma cztery lata a starszy dziewięć.
- Już nie chodzą przy dupie- mówi mama z dumą. Są samodzielni. Nie mogą się doczekać swoich pokojów, bo kłócą się o klocki lego, gdy mieszkają w jednym. A tak -każdy będzie miała swoje.  Darek ich uwielbia, nie ma dnia, żeby ich nie wypieścił…
W tym momencie podbiega mała Ola w balonowych spodniach i znienacka strzela  nam w  twarze wodą z pistoletu na śmigus -dyngus. Dziewczynka jest pewna siebie, ruchliwa i zadziorna. To oczko w głowie innego tatusia, który razem z nią przyjechał na parapetówkę.
Inni goście też zostali polani i prosili o więcej, bo alkohol grzeje. Ja dziś nie piję, ale po tańczeniu w bruździe jest mi wszystko jedno J
Darek śmieje się w głos. Wszędzie go słychać.  Ma dwóch synów, żonę i dom. To jego cel.
- Do wszystkiego  doszliśmy sami - własną pracą, a jednak otrzymaliśmy wiele- mówi ona.
Jest silna, pracowita otwarta i energiczna. Dba o swój interes i interes grupy. I o to chodzi. Dlaczego w kraju, gdzie są  zdolni ludzie- znakomicie zorganizowani- urodzeni przywódcy –wciąż  mamy nieudolne rządy…?- myślę po cichu
- Byłam tak zajęta pracą i domem, że nawet nie wiedziałam o wyborach. Darek wyniósł telewizor, żeby dzieci go nie oglądały. Dopiero na druga turę pojechałam głosować- w ostatniej chwili- mówi gospodyni.
Z głośników dobiega muzyka, lekkie disco- polo:
„ bo ty nie wiesz że ja wciąż ciebie kocham”…

Tym razem odmawiam miłemu chłopakowi w marynarskim T-shircie i zostaję na drewnianej ławce przed domem, żeby zapamiętać falującą chwilę, gdy powstaje dom- spełniona rodzina.


                           Marzena i Darek z synami: Mateuszem i Hubertem


poniedziałek, 1 czerwca 2015

Ulica Starorudzka


Lubię ten dom z doniczkami pelargonii, kwitnącymi krzewami i rozsypaną elewacją. Dom  wśród chwastów i zabytkowych drzew- z pięknym murem wskazującym na czasy świetności sprzed lat. To willa Obermanów. Brama jest zawsze otwarta, nikomu nie przeszkadza, że chodzę po podwórku. Jeśli ją odnowią, zaraz pojawi się ochroniarz jak przy willi Horaka i spacer straci urok.


   Budynek gospodarczy z okragłą wieżyczką w głębi


   Nieco dalej willa Siemensa. Od wielu  lat stoi pusta. Szare mury porasta mech. Ta ulica prowadzi do pagórka, któremu na imię- Rudzka Góra ( 280m n.p.m.)


    Oto i on. W dole widać fajną karczmę, gdzie wszystkie desery są po osiem złotych. Szarlotka z lodami też :)

Karczma nazywa się: " Bacówka u Józka"


     malownicze słupki po drodze na " szczyt" :) i panorama Łodzi
malownicze ścieżki
a potem jadę na Popioły. Letniskowa willa  ma już nowego właściciela....
ale ta- jeszcze nie. Idę dalej

aż do bajkowego domu...

wtorek, 5 maja 2015

SELMĘT WIELKI

Nikt nas nie uczył pływać i nikt nie pilnował. Nie było ratowników. Nasi rodzice pracowali w polu od świtu do zachodu. Do siódmego roku życia byliśmy wolni. Zagrzebywaliśmy się w gorącym piasku, pływaliśmy i skakaliśmy z kładki lub wystających z wody kołków po kiszeniu ogórków. Nikt nie utonął, choć pływaliśmy coraz dalej. Kiedy skończyłam osiem lat- dwa razy w tygodniu- jechałam ciuchcią do Ełku. Dwie godziny spędzałam w szkole muzycznej i o 16 wracałam do domu. Czasami urywałam się z ćwiczeń i szłam na lody do „Bajki” a potem przez miasto, poligon i las wracałam do domu. I nie był to żaden wyczyn, bo było wiele dzieci, które codziennie szły do szkoły przez pola i lasy a zimą przez zamarznięte jezioro. Dzieci z Szelig, Buczek, Sordach, Kozik i Regielnicy.  Niektóre miały osiem kilometrów. Jedynie w mroźne zimy przyjeżdżały po nie konie z saniami. Te dzieci na długiej przerwie wyciągały kanapki a ja biegłam do domu.
Kiedy byliśmy starsi, musieliśmy pomagać w polu. Nie było innego wyjścia. Jednak niektórym udawało się wykręcić od nudnej roboty, albo przynajmniej ją skrócić.
W sobotnie, letnie wieczory zawsze sprzątaliśmy ulicę. Każdy do połowy drogi -wzdłuż swego płotu. Droga była wybrukowana. Nasi dziadkowie robili piękne miotły z brzozowych witek i machaliśmy nimi ochoczo w tumanach kurzu. Potem zwoziliśmy wszystko taczkami, kąpaliśmy się w jeziorze i rozpalaliśmy ognisko. W jego blasku stał smukły Tatar- Alek. Miał 15 lat i wyglądał jak młody bóg. Nie pracował ani w polu, ani na łące, bo jego rodzice nie byli rolnikami. Paradował przez wieś tylko w kąpielówkach z ręcznikiem na ramieniu. Wiedział, że jest piękny. Kiedy w blasku ognia z jego miedzianej skóry, ściekały  krople wody, ktoś zaczynał śpiewać:
„Och jak bardzo cię kocham
O czym ty dobrze wiesz
Chcę tu być tylko z tobą
I całować, całować cię wciąż…”
W takie wieczory księżycowe pagórki były pełne szeptu, jednak przychodziło chude disco-polo z drogiego końca wsi i wydzierało się wniebogłosy. Większości to odpowiadało- niestety.
  W niedzielę rano było pięknie i czysto, ale trzeba było iść do kościoła i z nudów przez godzinę oglądać witraże albo posągi świętych, albo przynajmniej poruszać palcami w butach, jeśli nie były za ciasne.
Potem były same przyjemności: piłeczki na gumce, zielone i różowe lizaki z głową konika oraz świderki z kminkiem.
             W poniedziałek wszystko zaczynało się od nowa.
Dziś wszystko się zmieniło. Przybyły nowe uliczki i wystawne budynki. Nawet daleko w polu wyrosły ładne domy ludzi, których nie znam, którzy za bezcen wykupili pola sąsiadów i ogrodzili je wysoko. Długo mnie to „ wkurzało”, bo byłam przyzwyczajona do chodzenia nad brzegiem bez żadnych ograniczeń. Jednak ostatnio złagodniałam i nie cierpię z powodu odrutowanego cypla, na którym stoi kamienna fontanna ni przypiął ni przyłatał. Nie chodzę tam. Mewy też się przeniosły.



    
   Podwórko sąsiada

    Widok z okna wieczorem
 
     Ostatni raz byłam tu w połowie kwietnia.

   Antek mieszka pod starą zieloną łódką i pilnuje dobytku.


   Droga polna. Nazywaliśmy ją: sordacka


    bo prowadziła do Sordach

    malownicze wierzby po drodze
  

  Wjazd do Sordach. Tutaj czas się zatrzymał.




Ten niebieski dom jest na sprzedaż


    I takie widoki...


    W polach nad Selmętem powstały domy warszawiaków...



    Droga powrotna do Mrozów. Tu spędziłam dzieciństwo.


Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...