poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Czarownice Giedymina


To, co mnie ucieszyło najbardziej w malowniczym Wilnie to wesoły  autobus pełen polskich nastolatków w białych podkoszulkach z motylami w kolorach litewskiej flagi i napisami: POLSKA  LITWA.  Od lat próbujemy łatać   kilkuset letnią unię z sąsiadami i kiepsko to wychodzi, więc ta łatka skrojona z ułańską fantazją, unosząca skrzydła do lotu napełnia mnie optymizmem.  Chciałabym odwiedzić  polski cmentarz na Rossie i zobaczyć tam przed wejściem także polski napis, bo przecież odwiedzają go głównie rodacy.  Na razie są tylko litewskie, niemieckie i angielskie słowa. Przechodzę przez wysoką bramę i widzę w oddali dość niezwykłą parę. On w czarnym sombrero jak Amerykanin z westernu z apaszką w grochy na szyi i ona w czerwonych gatkach do kolan z frędzelkami  po bokach, do tego  czerwone tenisówki na koturnie i  torebeczka czerwonego kapturka. On trochę kuleje ale kroczy naprzód w czarnych klompach -drewniakch ze skóry aż dudni granitowa kostka  w alejkach. Kiedy podchodzą bliżej słyszę, że Polacy i miło mi zobaczyć tak ciekawą parę trzymającą się za ręce jak nastolatki, choć to przecież dziadkowie. On mówi z humorem, że żadna wcześniej go nie chciała, a ona  śmiejąc się dodaje, że była sama dłużej niż on a teraz mieszkają razem  w małym domku na suwalskiej wsi , żyją z  renty i uprawiają ogródek . Razem podchodzimy do  grobowca z planszą  Solidarności.  Na pierwszym planie wielka, marmurowa płyta z napisem: MATKA I SERCE SYNA.  To grób Piłsudskiego. On także pochodził z Wilna i pragnął tu spocząć, więc spełniono jego wolę i pochowano tu jego serce.  Są tam zawsze świeże: biało czerwone kwiaty. Słońce wyszło zza chmur, więc przymierzam się do zdjęcia, a tu masz:  dwóch filmowców z manelami ustawia się bez pardonu i zasłaniają widok. I cóż zamierzają filmować? Samotny grobowiec wodza…? Ależ skąd. To tylko przygrywka do filmowania procesji, którą oczywiście już słychać z daleka. A w procesji zlot czarownic w laczkach z całej Polski i wszystkie suną na grób Piłsudskiego. W tym wypadku nie dziwi mnie, że Litwini mają dość. Przed Ostrą Bramą kolejna pielgrzymka. Ta nachalność w modłach jest równie męcząca jak Arabowie w Egipcie, którzy na każdym kroku narzucają swój towar.
Mówiono mi, że  w restauracjach odmawia się czasem obsługi polskich wycieczek, więc czułam się trochę niepewnie na pięknych ulicach, zwłaszcza, że nawet Mickiewicz nazywa się tu Mickiewiczus. Jednak, gdy zapytałam o drogę po polsku odpowiedziano mi uprzejmie łamanym rosyjskim a kelnerka w kawiarni mówiła po polsku równie swobodnie jak po angielsku i tak było za każdym razem. Czy trafiałam jedynie na  Polaków i Rosjan skoro tam mieszka obecnie 63 procent Litwinów?

- Od kiedy w styczniu wprowadzili euro, nie ma z czego żyć- mówi Polka, która mieszka w Wilnie od urodzenia i jest przewodnikiem wycieczek.
„ Oni nas tym euro- udusili – dodaje.  Najdroższe są artykuły pierwszej potrzeby- podstawowa żywność. Wszystkie ceny w euro a nasze pensje takie same jak były. Macie mądry rząd,  że się temu opiera, nasz robi wszystko, co im każą w unii.”
 To była pierwsza pochwała naszego rządu, jaką usłyszałam w ciągu ostatnich kilku lat i czułam się podbudowana. Weszłam do supermarketu, który jest odpowiednikiem naszej Biedronki a tam jabłka w przecenie po 1,8 euro i to takie które u nas były po 1,5 zł a na rynku po złotówce. Przed zamkiem w Trokach kubek jagód  i poziomek (pół litra) kosztował 8 euro, ale tam przyjeżdżają Japończycy i inne nacje,  więc może to tylko dla nich…?
Puchar pysznych lodów z owocami w uroczej kawiarni na starym mieście kosztuje przeciętnie 5 euro a zatem podobnie jak u nas.
 Błądzę ulicami starannie odnawianego czyściutkiego Wilna, gdzie studiował Słowacki i Mickiewicz  pod okiem Lelewela, i gdzie  mieszkało tak wielu innych znakomitych rodaków. Dzięki nim miasto wydaje się bliskie. Ze wzgórza nad Wilią widać nowe dzielnice pełne granatowych wieżowców ze szkła i stali.
Kiedy dochodzę do ogromnego placu przed Katedrą Św. Stanisława czuję się nieswojo. Czy sprawia to  przestrzeń jak na Placu Czerwonym, czy Pomnik Giedymina, czy też baszta na szczycie poświęcona książętom Litwy sprzed wielu stuleci, zamek- muzeum który już w powijakach góruje nad miastem.
        Czuję się przytłoczona, tym bardziej, że przewodnik obok -starszy pan opowiada o zbrodni w Ponarach, o mordowaniu Polaków przez litewskie gestapo tzw. szaulisów. W Ponarach zamordowano osiemdziesiąt tysięcy Żydów i dwadzieścia tysięcy Polaków- wielu z ruchu oporu.
„ Oni w swoich podręcznikach przedstawiają nas jako okupantów”- mówi z goryczą. Przecież ich szlachta i magnaci woleli mówić po polsku niż po litewsku i nikt ich do tego nie zmuszał. Radziwiłłowie, Sapiehowie, Pacowie … Ja bym wszystkim życzył takiego okupanta. Teraz jest trochę lepiej i do nas przyjeżdżają na zakupy, bo kryzys ich przycisnął ale kilka lat temu nawet wspominać szkoda…, stało się z torbą na granicy całą noc  czy deszcz czy mróz, bo trzeba było dorobić do emerytury a oni się nie spieszyli.
Starszy pan westchnął i dla rozweselenia opowiedział kawał, ale masowe morderstwa z lat 1941-43 w letniskowej dzielnicy Wilna -Ponary zlały mi się w jeden ciąg z Katyniem i Wołyniem i wisiały jak cień nad tym pięknym miastem.
         




Wieża na placu katedralnym

 Plac przed Katedrą Św Stanisława i Św. Władysława


Stare miasto


Wilno przyciaga turystów z różnych krajów










Starówka wileńska zajmuje trzysta sześćdziesiąt hektarów. Od ulicy głównej odchodzą wąskie urocze uliczki. W tej było pełno motyli.




Barokowy Kościół Św. Piotra i Pawła z kryształową łodzią pod sufitem


anioł nad amboną
i ambona niżej 





Cmentarz na Rossie






Najczęściej odwiedzane przez Polaków- serce Piłsudskiego

czwartek, 23 lipca 2015

ŚCIANA WSCHODNIA NIE PŁACZE


Czy wiecie jakie jest największe przekleństwo w Białymstoku…?
- „A żeb ciebie dwa sliedzi obsrali…!!!”
Ten tak miły dla ucha język słyszałam zawsze wysiadając z warszawskich wagonów, kiedy wracałam ze studiów do domu. Tutaj miałam przesiadkę. Siadałam przy oknie i od razu ktoś mnie zagadywał, skąd jadę i dokąd. Srebrny widelec  jako bransoletka na mojej dłoni bardzo się podobał i od razu był temat.
Teraz jadę autem  z Lublina przez szerokie pola, które falują jęczmieniem i pszenicą a reklamują się jedynie obłoki - wielkie i pyzate. Droga prosta jak strzelił nagle kończy się w owsie jak wielkie T i trzeba skręcić w lewo,  w prawo lub wylądować w  bruździe.
Żadnego Mc Donalda po drodze.  Dopiero za Siemiatyczami wielki drewniany zajazd z babką kartoflaną, chrupiącą , rumianą i pięknie podanym ogórkiem małosolnym.  Tirów prawie nie ma a zboża kołyszą i nakłaniają do drzemki.  Prawie  zasypiam za kierownicą. Mijam nudny cmentarz szarobury i przecieram oczy. W polu stoi napis : „ulica Cerkiewna”. Polna droga prowadzi daleko do drewnianej chaty a wokół cisza, dwie brzozy, kawałek siatki drucianej i złamany kołek.  Po prostu rewelacja!
Tutaj mogłabym mieszkać na starość w tych drewnianych chatach z okiennicami  studnią na podwórku i  łazienką wewnątrz. Tutaj mogliby odwiedzać mnie goście z różnych stron i opowiadać swoje historie w cieniu pod lipami.



PODLASIE


CHATA W RYBOŁACH.


Widziałam tutaj malownicze drewniane domy na sprzedaż, opuszczone działki z wiśniami w ogrodzie.


Podlasie pełne słońca


Nic dziwnego, że Niemcy wykupują  w Polsce wiekowe,  drewniane stodoły i w elementach przewożą je do siebie. Takie drewno ma wartość a wykonane z niego meble są bardzo malownicze.


wtorek, 21 lipca 2015

KARAIMI


Mieszkają w Trokach na Litwie od siedmiuset lat. Jest ich dwustu sześćdziesięciu. Polacy z Litwy mówią o nich- Karaimowie i uważają za odłam judaizmu, ponieważ ich religia opiera się na Starym Testamencie i czytają ją po hebrajsku od setek lat. Jednak obowiązek znajomości hebrajskiego został nałożony na wiernych z powodu przekonania o doskonałości Biblii i samodzielnej interpretacji, nieskażonej przekładami. To wymagało znajomości pisania i czytania przez całą społeczność: biednych, bogatych, kobiety i mężczyzn. Bardzo postępowa idea jak na średniowiecze.
Wielkie Księstwo Litewskie zajmowało wielkie obszary a ludzi było mało, więc książę Witold sprowadził z Krymu czterysta rodzin Karaimów, którzy wcześniej mieszkali na terenach Iranu, Iraku i Izraela. W VII w n e wyłonili się z judaizmu negując Talmud i autorytet rabinów. ( Istnieje teoria, że Adam Był Karaimem...) Język karaimski ma korzenie tureckie. Książę Witold osiedlił ich w Trokach i nadał wiele praw, bo służyli mu wiernie. Jednak Karaimowie nie mieszali się z Litwinami. Małżeństwa mieszane w tej społeczności są zakazane. Raz w Roku w Trokach odbywa się wielki zjazd Karaimów z całego świata, by młodzi znaleźli partnerów na resztę życia.  Jest ich w sumie około piętnaście tysięcy, przy czym w Polsce mieszka trzystu. 

Stroje karaimskie- muzeum na zamku w Trokach


Karczma karaimska. W tym wielkim koszu kelnerki roznoszą -kibiny- duże  i smaczne pierogi pieczone w piecu. Z baraniną po dwa euro z wieprzowiną po półtora.



 Odbudowany zamek księcia Kiejstuta i jego syna Witolda na wyspie Jeziora Galve w Trokach. 


  Kiedy książę wjeżdżał do swego domu na wyspie po drewnianym pomoście Karaimowie pozdrawiali go z brzegu. W ich domach od frontu były trzy okna: jedno dla Witolda, drugie dla Boga a trzecie dla nich.

środa, 15 lipca 2015

CZEKULIADA I MNIÓD

Dopiero teraz rozumiem- dawne piosenki pełne tęsknoty i  ciepła:
 „ Mówcie co chceci nie ma na swieci  joj jak serce batiara”/Batiar jak trza to życie swe da bo takie serce on ma”
„Więc , gdybym kiedyś urodzić się mógł/ tylko we Lwowi/ Bo ni ma gadania i co chcesz to mów/ ni ma jak Lwów! A panny to ma słodziutkie ten gród jak sok, czekuliada i mniód”
Jednakże panny czasami zachodziły w ciążę i wtedy "batiar" musiał się żenić czyli "okołtunić". Kiedy do Lwowa przyjeżdżał ktoś niesypatyczny pytano go: " Czy ty z Warszawy, czy ze świeżego powietrza...?"

           Kamienne serce miasta- zabytek na zabytku- inaczej niż w Łodzi, gdzie nie ma polskich pałaców, gdzie za każdym pięknym budynkiem- obce nazwisko. Tutaj odwrotnie: Kazimierz Wielki, Fredro, Boy- Żeleński, Herbert, Mickiewicz, Sobieski … i choć to był król mimo woli- to jednak polski.
Niezwykłe miasto-pełne zaułków, świątyń, kamienic, kościołów- położone na siedmiu wzgórzach jak Rzym. A tramwaje jeżdżą tak wolno, że można przed nimi przejść po kamiennych, szlifowanych stopami ulicach. To  miasto zdaje się mieć tak wielką starówkę, że mój kochany Lublin może się w niej schować. I czuję żal, że stracone. W zachodzącym słońcu płoną i błyszczą grzebienie Roztocza a małe poletka z chwastami  ciągną się długo za miastem i wyglądają smutno.
- Być może taki sam smutek odczuwają Niemcy wyjeżdżając z Wrocławia… -mówi  Janina Ostrzyżek.
Jednak to nie to samo. Nie straciliśmy Lwowa z powodu pychy ani z powodu żądzy władzy- myślę po cichu i przyglądam się jej.  Sympatyczna buzia bez makijażu, różaniec, termos którym gotowa częstować, napój energetyzujący i książka  w zanadrzu. Przyjechała tu z dwoma  najmłodszymi synami, żeby pokazać im serce dawnej Polski, z której można być dumnym. Pochodzi z okolic Ryk i pisze wiersze. Mam w plecaku jej tomik: „Codzienność”. Wieczorem idzie z chłopcami na „Trawiatę”. Gmach opery na placu jak na wielkim stole- stoi na płycie betonu. To był nowy materiał w XIX wieku. Architekt Gorgolewski zaprojektował go bogato: stiuki, marmury, rzeźby, złocenia,  malowidła ścienne. Sala lustrzana i widownia jak naszyjniki ze złota. Ponad głowami widzów przypięta do sufitu wspaniała broszka- pełna świateł. Wygięte loże dla bogaczy, w tym cesarska z łazienką i oddzielnym wejściem. Wszystkich wejść do gmachu było czternaście. Zapewniały bezpieczeństwo w przypadku pożaru.  Kiedy z niej wychodzę idę  na targ pełen gwaru, gdzie naszyjniki ręcznie wiązane z sutaszu  i korali, w kształcie maków, jarzębin i róż, a nieco dalej stoisko siwych akordeonów i postarzałych guzikówek , które wciąż bardzo lubię.  Idę  w stronę szpitala żydowskiego  z czerwonej i żółtej cegły zwanego niegdyś izraelskim. Podoba mi się jego mauretańska czapka orientalnie zdobiona. Szpital wygląda jak nieczynny, choć czasem ktoś wychodzi z bramy. Podobno jest tu oddział położniczy. Jednak w oknie ani jednej twarzy. Obchodzę go dookoła i nic- kompletna cisza.
Za to dzielnica ormiańska pełna życia. W uliczkach kafejki z kwiatami, brodacz z gazetą  w ubraniu popa i zawodzący, orientalny zaśpiew z katedry. Świątynia pełna malowideł, przydymionych żółci, fioletów i różu. Co za miasto! Przed wojną mieszkali tu Ormianie, Węgrzy, Żydzi, Polacy, Ukraińcy i Rosjanie.  Przy czym Polaków było 60 procent, Żydów trzydzieści a pozostałe nacje stanowiły dziesięć.  Jednak w miasteczkach wokół Lwowa przeważała ludność żydowska.  Kiedy wybuchła wojna Niemcy oznaczyli ich przepaskami i zamknęli w getcie a potem wieziono ich do Bełżca i mordowano spalinami. Żeby nie uciekli podczas transportu, przewożono ich nago w zamkniętych wagonach towarowych wysypanych wapnem. Taki przejazd wystarczał za śmierć. Bełżec był obozem, gdzie  na początku mordowano Cyganów. Kiedy ich zabrakło, przyszła kolej na Żydów. Kto byłby następny…?
Ten obóz rzuca cień na pobyt we Lwowie i trudno się otrząsnąć. Kamienne serce miasta rozległe, dobrze chronione, nietknięte wojnami ma wiele polskich śladów, choć ulicom zmieniono imiona. Na wzgórzu  łyczakowskim pięknie skomponowany cmentarz nastoletnich chłopców -obrońców miasta z 1920 roku. W latach siedemdziesiątych Rosjanie zrównali go z ziemią spychaczami i koparkami ale w 15 lat później pojawiła się polska firma Energopol i wzniesiono go  od nowa według starych planów. Lwowiacy przychodzili tu i sprzątali, bo uważali to za swój obowiązek. Teraz białe mogiły leżą jasno i nieruchomo a nad nimi archanioł Gabriel w chmurach z mieczami w rękach pełen dumy i siły i gotów do walki.
            Tutaj trzeba przyjechać na dłużej. Jeden dzień to za mało.  Poza tym taniej niż w Polsce. Za pięćdziesiąt  złotych kupiłam trzy paczki najlepszych papierosów, zjadłam dobry obiad z deserem, winem i kawą i jeszcze mi coś zostało.  Na ulicy Ukrainki młoda kobieta podrywa gołębie do lotu. Fotografuję ją z oddali, choć zdjęcie nieostre. Potem siadam na chwilę w jednej z licznych kawiarni pełnych pelargonii i kupuję Kurier Galicyjski  po polsku.  Czytam dobrze znany kawał o tym jak reb- Gedalie Boniówka  zarabiał na śpiewie  z wyjątkiem trzech drobnych rzeczy: to nie był reb Boniówka tylko kupiec Srul, który nie śpiewał lecz kupował lasy i nie zarobił tylko stracił. Żeby nie ten humor- to by człowiek umarł- mawiał znany lwowianin Aleksander Fredro.

Lwów był stolicą kultury, nadawał ton całej Polsce. Słynna „Lwowska Fala” była słuchana  przez radio w całym kraju. Jej ostatni batiarzy: Szczepko i Tońko podnosili na duchu  naród- nawet w czasie wojny. Żeby zrozumieć siebie, żeby poznać - trzeba to miasto zobaczyć. Jestem z niego dumna.


      Bogate wnętrza Opery Lwowskiej


     Budynek opery
   Hol opery



Widok z pomnika Mickiewicza

        Ta kobieta poderwała gołębie do lotu na ulicy Ukrainki

    Na wprost dawnego Szpitala Izraelskiego

    Ulica Lwowa

    
     
     
       Katedra  ormiańska
     

            Anioł na Łyczakowie


       2400 mogił - nastolatków- obrońców Lwowa na Cmentarzu Łyczakowskim

wtorek, 30 czerwca 2015

Zabiorę Cię właśnie tam

Dawno, dawno temu dziewczyna z pękiem liści, ze słonecznikiem na sukience powiedziała : good morning profesore, albo coś w tym stylu i zasiadła w ławce jakby nigdy nic, choć zajęcia się prawie kończyły. Nazywała się [Beatris Martinez].  Miała skórę jak heban i europejskie rysy. 
Nie przynosiła lekarskich zwolnień. Mówiła, że ma randkę z chłopakiem i było oczywiste, że profesor powinien to uwzględnić.
- Przecież mówię prawdę, czy spotkanie jest mniej ważne niż choroba...? pytała ze zdziwieniem młodego doktora i doktor kapitulował.
[Beatris] zakładała nogę na nogę w super mini, poprawiała turban i z pełną powagą słuchała końca wykładu a my patrzyliśmy z podziwem na jej smukłe nadgarstki  i migdałowe palce pełne bransolet i pierścieni. W ponurych korytarzach rozbrzmiewał jej śmiech i łączył się kaskadą z drugą Kubanką- jasnoskórą Miriam.  One pasują do miejsca w które się wybieram. 

Staw w Łagiewnikach. Las wokół stawu to pozostałość Puszczy Łódzkiej. Jeden z największych w Europie obszarów leśnych w granicach miasta.


Pamiętam ten staw z pierwszym, nagłym lodem, kiedy niespodziewanie ktoś do niego wskoczył, by się orzeźwić i ruszyć dalej w codzienność jak kaganiec.  

Byliśmy także tu- w ogrodach "Dworku", pełnego dziwnych spotkań. Siadywał na niej jubiler z kochanką i jego przyjaciel z wielkim psem a przy stolikach w oddali pełno ludzi. 
Dziś tylko dwóch zbłąkanych na  słonecznej ławce nad miedzianą wodą. Jeden z nich z rozmachem rzuca  pustą butelkę. 

Wracam na taras
wewnątrz nikogo nie ma

Po drugiej stronie inny dworek
a za rogiem ulica Antoniego Książka. Za żelaznym płotem niczego nie zobaczysz. Warownia dla bogaczy.


Po drugiej stronie  wolny wstęp. 


Łódź- Łagiewniki

wtorek, 9 czerwca 2015

Teraz Polska

Szerokie pola falują pod wiatrem - srebrzyste i znajome.  W pobliżu kilka domów i gliniasta droga, ale do szosy tylko trzysta metrów. Przed domem dziesięć samochodów, słychać śmiech i gwar. Na stołach czerwone maki, dwie blachy ciasta, sałatki , kiełbasa z grilla, napoje i alkohole. Parapetówka dla znajomych- święto nowego domu.
- Tutaj będzie taras z widokiem na zachód słońca- mówi Marzena.
Na razie są cztery słupki, glina i piach, i wchodzi się do domu po paletach, ale dom stoi. Własny, na własnej, spłaconej działce kilka kilometrów od nowej trasy Łódź – Sieradz, po której super się jedzie. Jestem pewna, że za kilka lat ten taras będzie wyglądał tak :

   "Tu, gdzie teraz jest ściernisko będzie kiedyś San Francisco" - śpiewają bracia Golec

Dom powstał z gotowych elementów w dwa miesiące. Oszklony, zamknięty, otynkowany, z bielonymi ścianami za 250 tysięcy na kredyt w ING. Duży pokój z wyjściem na taras i aneksem kuchennym, dwa pokoje dla chłopców, łazienka z oknem, kuchnia, sypialnia, wygodny hol,  zakończony kotłownią na eko-groszek.
- Za trzydzieści pięć tysięcy dobudowaliśmy jeszcze ogrzewany garaż- mówi Marzena i unosi do góry automatyczne drzwi.
- W tym miesiącu się wprowadzamy- dodaje
- Zdążycie?
-Jasne- jutro kładą panele a Darek pomaluje ściany i wykończy łazienkę. Wstawimy meble, podłączymy prąd i jesteśmy u siebie. Mamy dwa lata karencji w spłatach, ale spłacamy od razu. Tak się nauczyliśmy.
- Będzie wam trudno…
- Wcale nie. Odłożyliśmy na wszystko. Jednego miesiąca pojechaliśmy do sklepu, spodobały nam się karnisze- to odłożyliśmy pięćset, drugiego miesiąca pojechaliśmy do Ikei, wybraliśmy meble dla synka- odłożyliśmy siedemset. Spodobała mam się kanapa- odłożyliśmy 600 potem jeszcze sześćset i tak ze wszystkim. Wszystko zaplanowane. Odkładaliśmy po kolei.
- Ale jednak na początku jest trudno, pojawią się wydatki niezaplanowane… dodaję ze zdziwieniem
- Damy radę- śmieje się Marzena. Zawsze musieliśmy radzić  sobie sami i los nam sprzyja.
Darek jest szczęśliwy, roześmiany od ucha do ucha. Chodzi z butelką czystej po swoim podwórku i dolewa w plastikowe kieliszki. Jego goście są młodzi tak samo jak on- około trzydziestki. Ze ścian wystają kable i beton na podłodze, ale tańczymy i o dziwo nic się w tych tańcach nie zmieniło. Chłopcy prowadza podobnie jak moi koledzy ze studiów a przecież minęło sporo lat. To już następne pokolenie. Wystroiłam się w wysokie obcasy, a podchmieleni goście chcą tańczyć na piachu… Oni maja łatwo, bo w trampkach ale ja w tych obcasach na rozjazdach i bruzdach- masakra!
- Jakbym  was zaprosiła na gotowe podłogi, to bym się bała o panele. Wy też byście się denerwowali, że  się zniszczą od piachu- mówi Marzena
- O żeż ty ….!  -myślę
- Ja bym się nie denerwował- odpowiada Sebastian- Wcale.
- Ela- wierzę w ciebie! – śmieje się Darek dokonując zamaszystych obrotów, więc wiruję w bruździe i w kurzu, z piaskiem w zębach z promieniami wysrebrzonych jęczmieni. Kumpel Darka stoi na słupku i nie chce zejść.
- Tutaj czuję się ważny i dowartościowany-  mówi patrząc na nas z wysoka. Wznosi toast z butelką w dłoni i staje na jednej nodze w japonkach a drugą odgina w bok jak balerina w teatrze.
Siostry Marzeny doglądają grilla. Poznałam tylko trzy a w sumie jest ich siedem. Do tego jeden brat.
Siostry podobnie jak ona mają wesołe oczy- figlarne i pełne życia.
- W domu się nie przelewało, ani  u mnie ani u Darka- (mówi  Marzena) - Wesele wyprawiliśmy sobie sami i wynajęliśmy maleńki pokoik. Ja skręcałam kable w zakładzie  zaraz po maturze i studiowałam zaocznie pedagogikę opiekuńczą.  On też pracował. Marzyłam o własnej firmie, chciałam mieć przedszkole, ale bałam się kredytów i kosztów, więc zatrudniłam się w domu dziecka. Trafiło mi się mieszkanie służbowe z pięknym metrażem w starej willi z jesionowym parkietem. Wymagało remontu, więc Darek pojechał na pół roku do pracy w Holandii i zarobił na nowe okna, drzwi i meble.
- Mieliśmy dużo lepiej. Nawet nie myślałam że tak szybko przeniosę się z tamtej ociupiny w takie ładne miejsce na leśnej polanie obok mojej pracy- mówi gospodyni- ale dom miał mankament, żarł paliwo jak smok. Czynsz był niski, ale ogrzewanie co miesiąc- nawet latem to sześć set złotych, bo fundamenty nie izolowane.  Do tego bojler na prąd. Na dole trzy rodziny i na górze trzy. Pożerał dwadzieścia ton węgla i więcej. Darek zrobił kurs palacza i od listopada dokładał do pieca.  To pozwalało zaoszczędzić pięćset złotych miesięcznie.   Kupiliśmy działkę na kredyt.  Nasz syn miał przestrzeń do zabawy. Założyłam ogródek.  Ja zarabiam dwa dwieście a on w fabryce trochę więcej. Pracuje przy taśmie na trzy zmiany. Do pracy dojeżdża rowerem, bo to spora oszczędność.
Ona odchodzi na chwilę, bo ktoś znowu przyjechała a ja przypominam sobie, jak  któregoś dnia, wiosną,  kilka lat temu kupiłam im album : „Szlakiem orlich gniazd”
- Trafione!- wykrzyknął Darek, bo było to jego ulubione miejsce na  weekendowy wypad.  Jeździli tam nawet z wózkiem, gdy młodszy synek jeszcze nie umiał chodzić. Dziś ma cztery lata a starszy dziewięć.
- Już nie chodzą przy dupie- mówi mama z dumą. Są samodzielni. Nie mogą się doczekać swoich pokojów, bo kłócą się o klocki lego, gdy mieszkają w jednym. A tak -każdy będzie miała swoje.  Darek ich uwielbia, nie ma dnia, żeby ich nie wypieścił…
W tym momencie podbiega mała Ola w balonowych spodniach i znienacka strzela  nam w  twarze wodą z pistoletu na śmigus -dyngus. Dziewczynka jest pewna siebie, ruchliwa i zadziorna. To oczko w głowie innego tatusia, który razem z nią przyjechał na parapetówkę.
Inni goście też zostali polani i prosili o więcej, bo alkohol grzeje. Ja dziś nie piję, ale po tańczeniu w bruździe jest mi wszystko jedno J
Darek śmieje się w głos. Wszędzie go słychać.  Ma dwóch synów, żonę i dom. To jego cel.
- Do wszystkiego  doszliśmy sami - własną pracą, a jednak otrzymaliśmy wiele- mówi ona.
Jest silna, pracowita otwarta i energiczna. Dba o swój interes i interes grupy. I o to chodzi. Dlaczego w kraju, gdzie są  zdolni ludzie- znakomicie zorganizowani- urodzeni przywódcy –wciąż  mamy nieudolne rządy…?- myślę po cichu
- Byłam tak zajęta pracą i domem, że nawet nie wiedziałam o wyborach. Darek wyniósł telewizor, żeby dzieci go nie oglądały. Dopiero na druga turę pojechałam głosować- w ostatniej chwili- mówi gospodyni.
Z głośników dobiega muzyka, lekkie disco- polo:
„ bo ty nie wiesz że ja wciąż ciebie kocham”…

Tym razem odmawiam miłemu chłopakowi w marynarskim T-shircie i zostaję na drewnianej ławce przed domem, żeby zapamiętać falującą chwilę, gdy powstaje dom- spełniona rodzina.


                           Marzena i Darek z synami: Mateuszem i Hubertem


poniedziałek, 1 czerwca 2015

Ulica Starorudzka


Lubię ten dom z doniczkami pelargonii, kwitnącymi krzewami i rozsypaną elewacją. Dom  wśród chwastów i zabytkowych drzew- z pięknym murem wskazującym na czasy świetności sprzed lat. To willa Obermanów. Brama jest zawsze otwarta, nikomu nie przeszkadza, że chodzę po podwórku. Jeśli ją odnowią, zaraz pojawi się ochroniarz jak przy willi Horaka i spacer straci urok.


   Budynek gospodarczy z okragłą wieżyczką w głębi


   Nieco dalej willa Siemensa. Od wielu  lat stoi pusta. Szare mury porasta mech. Ta ulica prowadzi do pagórka, któremu na imię- Rudzka Góra ( 280m n.p.m.)


    Oto i on. W dole widać fajną karczmę, gdzie wszystkie desery są po osiem złotych. Szarlotka z lodami też :)

Karczma nazywa się: " Bacówka u Józka"


     malownicze słupki po drodze na " szczyt" :) i panorama Łodzi
malownicze ścieżki
a potem jadę na Popioły. Letniskowa willa  ma już nowego właściciela....
ale ta- jeszcze nie. Idę dalej

aż do bajkowego domu...

Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...