sobota, 3 sierpnia 2013

A może byśmy tak najmilszy...



         "A może byśmy tak najmilszy" wpadli na dzień do spalskich lasów i popływali w Pilicy? Wiem, że lubisz piwo i ciągnie cię do karczmy, wiem, że nie skończy się na jednym papierosie. Wiem także, że lubisz wstawać o świcie i słuchać ptaków. Odsłaniasz bordowe żaluzje i bierzesz pędzel. Jest cicho, miasto śpi.  Obraz, który powstaje nie jest anielski i nie ma w nim spokoju rzeki. Przedstawia nagły, rwący nurt -gwałtowny grymas twarzy. Przypomina mi nastolatka porwanego przez mafię. Ojciec nie chciał   płacić haraczu, więc porwali mu syna. Zawieźli do lasu, rozebrali do naga i przywiązali   do drzewa. Znaleziono go po trzech dobach. Miał 16 lat. Od tamtego czasu wszystko się zmieniło, nie pomagają żadne leki. Ostatni raz widzieliśmy go dwa lata temu, na ósmym oddziale w Kochanówce. (Szpital  Psychiatryczny w Łodzi) Zgodził się na serię elektrowstrząsów. Czy jest lepiej? Chyba nie. Nie pamięta, że byliśmy u niego, jednak poznał tam dziewczynę i ma nadzieję, że wytrzymają ze sobą chociaż pół roku.


          Rzeka  jest piękna jak dawniej. W Teofilowie przechodzę na drugą stronę po kamieniach i muszlach. Stopy bolą i można się skaleczyć ale druga połowa jest piaszczysta i płytka. Można usiąść na środku i pozwolić, by woda spychała coraz niżej, żłobiąc bruzdę na dnie. Czasami płyną kajaki. Drażnią mnie smutne miny plażowiczów. Dzień jest rewelacyjny. Pełnia słońca. W barze świeże sałatki i można wypić kawę na pomoście. A widoki? Bajkowe.  Zostawiam gnuśne miny i idę do rezerwatu dawnej Puszczy Pilickiej. Wielkie drzewa, omszałe. I wydeptane ścieżki. Komarów zatrzęsienie. Mam krótkie spodenki, więc długo nie wytrzymuję, ale i tak zaczynam śpiewać:  na prawo dąb, na lewo dąb a w dole kłoda płynie :).  Nie da się żyć bez lasów. To najpiękniejsze świątynie.

 REZERWAT  W SPALE Z DOPŁYWEM PILICY


TAKIE LASY

WIDOK NA PILICĘ Z PRZYSTANI W TEOFILOWIE


  LETNISKO SIĘ ROZKRĘCA


Kiedy rozkręci się na dobre i ludzi będzie zbyt wiele, znajdę inne miejsce.


środa, 24 lipca 2013

Z PAMIĘTNIKA HODOWCY



Wczoraj wieczorem myślałam o rzeźni ptaków. To się nazywa ubojnia. Ciężkie indory wiszą głową w dół, zaczepione za nogi na metalowej taśmie. Taśmociąg przesuwa się wolno. Z otwartych dziobów spływa lepka ślina- długimi nitkami aż do posadzki z betonu. Jest cicho. Nie poruszają skrzydłami. Wiszą nieruchomo, jakby wiedziały, że to koniec. Przy taśmie pracują więźniowie. Dostają kawę i herbatę w małych 10 dkg paczkach. Piłam ją także. Taka sobie lura.
Kierownik ubojni jest mężem pani prezes. Pani prezes o wyłupiastych oczach zajmuje wielki gabinet, w którym jest stół owalny i dwanaście krzeseł w ciemnozielonych obiciach. Przyjęła mnie łaskawie, poczęstowała kawą w filiżance i zaszczyciła pogawędką. Jej zastępca ma gabinet trzy razy mniejszy. Osobiście pofatygował się z Poznania do środkowej Polski, bo brakowało im  ptaków. W pół roku później, kiedy ja chciałam sprzedać indory, (bo była nadprodukcja w całym kraju i jeszcze wielki import do tego) pani prezes nie zaszczyciła mnie ani kawą, ani krzesłem, ani nawet otwarciem drzwi. Odłożyła słuchawkę. To była moja „perereka”. Wiceprezes miał więcej skrupułów. Uważał się za przyzwoitego. Bardzo lubił to słowo i podkreślał je kilka razy podczas pierwszego spotkania. Nie odłożył słuchawki. Obiecał, że za tydzień coś kupi, potem, że za dwa tygodnie…, potem, za trzy… Wreszcie powiedział:  „dziś w nocy przyślę transport po tysiąc sztuk.” Czekaliśmy z pracownikami do północy. Był mroźny styczeń 1999. Hale trzeszczały w szwach. Indory rosły. Zżerały 50 ton paszy tygodniowo. Zżerały nasze pieniądze. Nikt ich nie kupował. Finansowa ruina.
Jakiś hodowca powiesił się. Inni postawili traktory na ulicach. Zaczęły się strajki. Tej nocy przenosiliśmy indory do drugiej hali- trochę luźniejszej. Litościwy wiceprezes wysłał samochody gdzie indziej, mimo że tam płacił drożej. Ale nie płacił ze swojej kieszeni. Nie on był właścicielem.
Trzeszczał mróz. Ptaki były ciężkie i niespokojne. Niektóre ważyły po 24 kilogramy. Boże, żeby tylko nie przyplątał się jakiś wirus- myślałam gorączkowo. Następnej nocy pojechałam do Suwałk, 520 km stąd. Po wielu zachodach, szukania znajomości, udało mi się sprzedać sześćset sztuk- poniżej kosztów produkcji. Zaledwie mały ślad w przepełnionej hali. Prawie nie spałam. Nie mogłam usnąć. Wisiało nade mną widmo bankructwa. Z nadzieją patrzyłam na Leppera.


            Za każdym razem, kiedy przeglądam „Pamięć oczu” i trafiam na Szarlottę- widzę pomieszczenie kierownika ubojni za wielką szklaną szybą. Przy rampie stały samochody. Z klatek wyciągano indory i wieszano za nogi. Szybko. Sprawnie. Słyszałam trzepot skrzydeł, sypiące się, białe lotki, jasny puch… A w kantorze, na ścianie- piękny plakat z półnagą dziewczyną, z dużymi, ciężkimi piersiami. Blondynka. Tak mogła wyglądać Szarlotta- najpiękniejsza kobieta w południowej Francji. To były dwa światy, przedzielone szybą. Życie i śmierć.
                                                                                        P-ce 2000 r. 


                                                      

                                                        

wtorek, 23 lipca 2013

Selmęt Wielki i cisza

Wracałam do domu z Rudy przez Malinkę i Stare Juchy. Ta nazwa kojarzy mi się z opowieścią z dzieciństwa, w której Jaćwingowie składali krwawe ofiary swoim bóstwom na wielkim głazie, który tam leży do dziś. Byłam także nad Selmętem Wielkim. Tam się urodziłam. Chodziłam polnymi ścieżkami i robiłam zdjęcia.

I nie  ma w tym sentymentu, ani tęsknoty do dzieciństwa. Dziś zauważam je inaczej niż wtedy. Nie tęsknię także za czasem, gdy byłam nastolatką, bo teraz o wiele łatwiej wejść w ciszę niż wtedy.










piątek, 19 lipca 2013

Bajkowe Mazury

Tu na ziemi giżyckiej, na naszych, kochanych Mazurach jest po prostu bajkowo!
Po co masz jechać do Chorwacji, gdzie kamień na kamieniu a poletka przy domach malutkie jak pokoje i płoną gaje oliwne. Po cóż jechać na wyspy blisko Turcji, gdzie ziemia spękana od słońca, a biedne, chude kozy ogryzają badyle? A krowy?  Żal na nie patrzeć. Wyglądają jak z obozu. Pięknie jest tylko nad morzem, ale co chwila musisz chłodzić się w  wodzie i twoje włosy sztywnieją od soli jakby w nie piorun trzasł. Wynajmiesz rower i pojedziesz kawałek w głąb lądu, to zobaczysz, co to za raj, gdy pot strumieniami spływa. Dopiero tam zatęskniłam za naszymi bujnymi polami, lasami w deszczu, ścieżkami wśród pagórków  i chabrów. U nas roślinność wylega z każdego zaułka i rośnie na schwał, a tam latem jak na pustyni.
I cóż, że pomarańcze we Włoszech leżą przy drodze jak wyschnięte kartofle, kiedy wszędzie gorąco  jak w piecu i po prostu tchu brak.

" U nas dość głowę podnieść, ileż to widoków
ile barw i obrazów z samej gry obłoków"

Tak pisał Mickiewicz i miał rację. A "Orzyska Szwajcaria" z pałacem w Ubliku, czy droga do Harszu, gdzie co chwila bociany w prawdziwych gniazdach i przepiękne jeziora z żaglami....
I cóż, że często pada deszcz. Można wziąć kurtkę do plecaka i jechać, i jechać, i jechać.


Widok z ośrodka w Ogonkach



Jezioro przy trasie do Sztynortu


Pałac junkrów pruskich na wzgórzu-obecnie hotel w Ubliku z ogrodami wokół i zejściem do jeziora




 I droga powrotna do Giżycka po krótkiej ulewie. Czy nie mam racji, że tak jak kiedyś powinno nazywać się Łuczany, mimo szacunku dla zasług Giżyckiego.






środa, 17 lipca 2013

Śniardwy


Najpiękniejsze są na uboczu, kiedy się idzie na brzeg ścieżką wśród malw albo pokrzyw


Dziś wieje wiatr. Fale uderzają o brzeg i usypiają


To największe jezioro w Polsce. Lipiec jest chłodny i nawet na kąpielisku w Nowych Gutach - mało ludzi


Podobne wierzby rosną nad Selmętem Wielkim


poniedziałek, 15 lipca 2013

Pensjonat na wzgórzu


Mieszkam sama w pensjonacie nad Jeziorem Wojnowo. Wieczorem wychodzę na taras. Delikatne Desperados w ciężkiej szklance i chmara wróbli w chmurach. Zrywa się wiatr i przygina gałęzie nad wodą. Ostatnie blaski słońca na falach i pół księżyca. Czy może być piękniej?
 Żeglarze odpłynęli. Wracam do pokoju, przeglądam zdjęcia, cicho nastawiam telewizor i zaparzam herbatę. Czy to nie dziwne, że w pełni sezonu, gdy ludzie tłoczą się w ciasnych pokojach z zapachem ryb smażonych na starym oleju - mieszkam w apartamencie z piękną łazienką za podobną cenę ...? A jednak tak właśnie jest.  Obiady  super! I schabowe, i ryby, i pierogi, i sałatki, i nawet mnie pytają, czy ugotować coś specjalnego? A przecież nie wynajmuję tu jachtu za 500 zł na dobę, tylko  czytam wiersze i fotografuję. W dodatku mam najzwyklejszy aparat cyfrowy sprzed 10 lat.
Hm...a co będzie o północy, gdy zawyje wiatr.? W pobliżu nikt nie mieszka. Wokoło pola i jeziora.   Ten dom przypomina mi czasy, gdy pełna nadziei i zapału budowałam swój własny. Przypomina mi także dzieciństwo, gdy rysowałam na piasku piękne ogrody i wyobrażałam sobie po kolei wszystkie pokoje.
Ten pensjonat po prostu czekał na mnie! Istnieje na pewno inne wytłumaczenie, ale to mi najbardziej odpowiada.




Z tarasu  można iść na łąkę lub zejść na dół na małe molo, gdzie przypływają łodzie (tel. 604 623 700)



  Można wypić kawę na antresoli, albo w swoim pokoju. A może dżin z tonikiem...? Ten cudowny spokój wokoło mnie i burza polnych kwiatów.


 W recepcji został mój plecak i koszula w kratę.



Jacht wypływa z szuwarów i skręca w lewo na Jezioro Niegocin.  Wielkie, ciepłe słońce i łagodny wiatr.




Pan Zbigniew Makarski czarteruje tu  jachty-Phila 880. 





      W ostatni dzień  do drugiej w nocy siedzę przy laptopie i jestem zła, kiedy o siódmej rano dzwoni telefon. Numer zastrzeżony. Czy to pomyłka czy przypomnienie, że bajka się kończy, bo na parkingu czekają  goście?


Jak niedziela- to w Giżycku


To tu jest najwięcej jezior w Polsce. Otaczają miasto z każdej strony


W zamku piękna restauracja , stylowe krzesła i dywany w kratę


I nic więcej nie trzeba...




Wokół portu jest mnóstwo kawiarenek, tawern i pizzerii 







Tu w Łuczanach ( dawna nazwa Giżycka) w każdej uliczce pełno zieleni i kwiatów.




Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...