poniedziałek, 12 września 2016

Na narciarza - ze śpiewem




Na dalekim Półwyspie Kimnburskim wśród stepowych traw muzyka i śpiew a że jedzenie kiepskie –nie szkodzi. Do kolacji przedni, ukraiński bimber z zapachem whisky, woda ze studni i arbuzy. Branko Tadic gra tak pięknie na swoim akordeonie z Belgradu, że wynagradza to niewygody i trudy. A ci, co tu przyjechali, stanowią świetną kompanię.
Z Warszawy wyjechało kilkanaście osób w wieku od 18-40 lat z trzema nauczycielami śpiewu ( z Serbii, Polski i Ukrainy)  żeby uczyć się pieśni ludowych na bezludnym półwyspie, na Morzu Czarnym. Jechali różnie: bla bla carem, autobusem i pociągiem- do Lwowa a stamtąd 1100 km do Mikołajewa. Potem busami do Oczakowa, dalej kutrem na półwysep a potem traktorem na drugi koniec półwyspu do Pokrowki. Traktorem- bo wszystkie drogi to głęboki piach.
 Ukraińskie pociągi to osobna historia. Każdy wagon ma swego konduktora i pomocnika. Konduktor ma kuchnię na początku wagonu i wydaje pasażerom dwie herbaty w ramach biletu a większą ilość z dopłatą. Wagony są otwarte. Mieści się w nich 50 osób. Śpią na wąskich, piętrowych pryczach w otwartych boksach a po drugiej stronie korytarza też są prycze tyle, że umieszczone równolegle do ściany. Zakochane pary śpią na nich jedno na drugim i przez 18 godzin wszyscy wszystkich podglądają. Rano korytarzem przechodzi pomocnik konduktorki i zamiata zamaszyście wielką miotłą obsypując kurzem tych, co śpią niżej. (Sorki tak było w moich czasach w ZSRR, teraz jest chyba szczotka....) A potem- po zebraniu śmieci, przynosi herbatę czyli czaj -w solidnych szklanicach -tym, co już powstawali.  Ludzie wyciągają zapasy i jedzą.  Każda konduktorka opiekuje się swoimi pasażerami i pyta, czego im „nada”(potrzeba). Zaręczam, że taka podróż wcale nie jest nudna, bo jest tam wszystko: chrapanie, kochanie, kichanie i bąków puszczanie, a dla wybrednych otwarte okna i krajobrazy stepów oraz delty Dniepru. W Mikołajewie duży port nad potężną rzeką i miejskie wygody, ale dzielne mieszczuchy z Warszawy, Wrocławia, Krakowa i Łodzi wsiadają w "marszrutki" (busiki) i jadą dalej- do Oczakowa. Jadą dwójkami, trójkami, w pojedynkę-jak, komu wypadło. Przybywają do kurortu nad Morzem Czarnym i czekają na kuter, który z nimi popłynie na Półwysep Kimnburski (na mapie nie ma tej nazwy- to rezerwat- długi i wąski z malowniczymi, słonymi rozlewiskami wśród wysokich i suchych traw) Kutry są tylko dwa i czeka się na nie około 5 godzin. Później trzeba jechać na drugą stronę półwyspu- najlepiej amerykańskim filmowym jeepem, którego tu brak, ale jest przyczepa i traktor.
Gorąco- 34 stopnie i żadnej klimatyzacji. We wsi Pokrowka czeka pomalowany na niebiesko: ni to barak ni to dom ze studnią i malowniczym stołem z desek na podwórku. Toalety jak w całej Ukrainie na „narciarza”- śmierdzące, ale „zdrowe”.     
Przybyli tutaj z daleka, żeby uczyć się  pieśni ludowych: serbskich, ukraińskich i polskich. Lekcje zaczynały się w różnych godzinach, bo różnie wstawali. Po śniadaniu szli nad morze albo nad jeziorka błotne. Obiady gotowała miejscowa kobieta. Wszystkie podobne do siebie i nijakie, ale nie ma, co marudzić. Można było dokupić coś w sklepie. Był otwarty wtedy, gdy ktoś zadzwonił i składał się głównie z dań w słoikach, ale drugi miał większy wybór- było trochę owoców i warzyw. Raz na cztery dni przyjeżdżał handlarz obwoźny z suszonymi rybami i arbuzami. Wieczorami było głośno i gwarno. Zuzanna Morawiecka, która na co dzień pracuje w banku- uczyła polskich pieśni, Jurij Pastuszenko (stypendysta ministra kultury) z Wrocławia uczył pieśni ukraińskich a Branko Tadic z Belgradu fantastycznie grał i śpiewał po serbsku, o czym możecie się przekonać wysłuchując nagrania z telefonu.   Trzy czwarte śpiewających stanowiły kobiety. Ale to nic nowego. Tak jest  na większości wycieczek.
Któregoś dnia do tej wesołej kompanii dołączył Polak z Brukseli. Przyjechał swoim najnowszym jeepem i późnym wieczorem wjechał do jeziora, żeby go wypróbować. Nie zważał na to, że jest w rezerwacie i w dodatku wykrzykiwał: „ Mój samochód jest wart 350 tysięcy, niech mi ktoś pomoże!”
Ale jak tu pomóc, gdy jest środek nocy...?   Żeby go wyciągnąć trzeba było sprowadzić dwa podobne samochody. Ale wdzięczności nie okazał, jeszcze się obraził... i odjechał na drugi dzień.
            Żałuję, że mnie tam nie było, bo bym mu coś powiedziała... Przekazuję opowieść i zdjęcia jednej z uczestniczek, a że niegdyś przejechałam kawał Rosji pociągiem- klimat jest mi znajomy.

     Tym razem na plażę zabiera pickup, nie trzeba wlec się piechotą w upale

    Ale z powrotem na auto-piętach


    Wspaniałe rozlewiska w stepowym krajobrazie

    wesołe polskie dziewczyny

sklep spożywczy 





 zabawa w błocie


    zapach zgniłych jajek nikomu nie szkodzi.....


      zeszyty już zapisane


 podwieczorek gotowy


 można iść na plażę w zachodzącym słońcu
   Brukselczyk chciał pochwalić się mocą swego jeepa, ale mu nie wyszło


Cóż w końcu go wyciągnęli


   Urlop się kończy. Pora zbierać plecaki i jechać na drugą stronę półwyspu,



gdzie czeka kuter do  Oczakowa. A potem wracać nad Dniepr -do Mikołajewa,  a potem 1100km do Lwowa, a potem do domu


niedziela, 4 września 2016

Ballada o smutnym członku




To musi być wspaniałe- wszędzie widzieć Boga- na talerzu i w trumnie, w robaku, w niby rybie, na patelni, w hamaku, w narkomanie , w dziewczynie i w stojącym członku- kiedy Bóg pozwala....
Także w tym maleńkim, zasmuconym na ławce, że jest taki mały jak najmniejszy paluszek, jak smoczek do butelki, chociaż łeb osiwiał i że dlatego odeszła żona...  bo poszła do większego i gdzie tu teraz znaleźć taką małą cipkę...?
            Ale Bóg miłosierny zsyła mu dziewicę wyższą o pół metra i właśnie jej się żali na swoją niedolę siedząc na przystanku w jasny dzień wrześniowy. A ona widzi niebo w jego niebieskich oczach i promyki deszczu i tylko to, co jej wiadome…. i poszli, a tramwaj przyjechał.



piątek, 2 września 2016

Kiedy miękną kamienie



Miałam ciężki dzień. Nie mogłam zasnąć. To wstałam , to usiadłam, to wyszłam na schody, ale sen nie przychodził. Na czytaniu też nie mogłam się skupić. Przemknęła myśl, że ludzie, którzy mają pieniądze, nie piszą o sobie. Pisarki rzadko należą do bogaczy, ale nie jestem na rencie, więc dopóki pracuję i jestem zdrowa, to jest całkiem ok. Jednak poranne zawiadomienie z ZUS-u o przyszłej emeryturze  wybiło mnie z rytmu dnia i od razu zobaczyłam siebie jako siwą babcię przeliczającą złotówki w wytartej portmonetce. Przypomniał mi się Sartre, który dawno umarł, ale jego zdanie na temat wolności wciąż żyje i dobrze je pamiętam: ”Wolność polega na tym, aby śmiało rozpatrywać każdą sytuację, w jaką wpakuje nas życie i brać na siebie wszelką, wynikłą stąd odpowiedzialność.”

Zaczęłam szukać wyjścia i myśleć, jak tu wybrnąć z tej babci leśnej- jagodowej albo rynkowo- pietruszkowej i znowu poszłam do pracy, ale kolejny dzień wcale nie był lepszy. I co zrobiłam…?  Poszłam na zakupy, żeby się pocieszyć, posiedzieć na fotelu w gwarze dnia, gdy ludzie są w sam raz, gdy gonią za szafkami, nie obgadują za plecami, perfumują się w „Douglasie”, zjadają pączki z uśmiechem i dobiega mnie zewsząd ich szmer- nie za bliski i nie za daleki a ja patrzę na nich z pierwszego piętra w wielkim, handlowym centrum a potem z wygodnego fotela spoglądam na manekiny gotowe na randkę, w srebrnych pantofelkach- i to mnie pociesza.  Że wciąż tu jestem, że ciągnę swoje walizki, że w oddali żółte tramwaje i jeszcze walczę, gdy muszę a nawet piszę wiersze. 



Kiedy miękną kamienie
świat staje się rzeką
kora dębu ugina się
jak kręgosłup
i płacze pod toporem
wielkimi łzami cielęcia
Liść paproci przenika serce
w zadymionym miejscu za drzwiami

                                        Zegar wybija krawędzie

A kiedy znowu kamień
jest kamieniem
nie słychać dźwięku atomów
w oparciu krzesła
nie słychać kroków
na pustym korytarzu
ani uderzeń w oddech
żeby pękł

Kiedy dzwon jest dzwonem
można  iść
kopułami jesieni
patrzeć  w wysokie  mury
zadymionych cegieł
z kolczykami jarzębin
z koralami bram

Kiedy dzień jest dniem
Jest  prawo do spokoju
Bordowe żaluzje zasłaniają okna
W granatowej pościeli
otwierają się  oczy




poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Wszystkim których kochałem



To po prostu niezwykła książka. Spisał ją Max Gallo na podstawie opowieści i nagrań Martina Gray’a. Co tu jest prawdą a co nie jest, co wypunktowane a co pominięte? Pióro ma to do siebie, że kreuje rzeczywistość, tańczy po papierze i tworzy własną historię. Człowieka przeciętnego może uczynić bohaterem podobnie jak tchórza a kogoś szlachetnego zupełnie pogrążyć. Zależy to od chwilowego nastroju autora.
            Jeśli nawet tylko część opowieści Martina Graya „Wszystkim, których kochałem” jest dosłowna to i tak wiele. „Jestem Żydem, jestem Polakiem”- to brzmi pięknie. Marcin Grajewski, (bo tak się nazywał) miał 14 lat, kiedy wybuchła wojna. Ojciec był udziałowcem fabryki rękawiczek i pończoch: ”Niekiedy szliśmy nad Wisłę, gdzie handlowali Żydzi w czarnych chałatach. Byli biedni. Tak naprawdę, to nie wiedziałem, że jesteśmy Żydami. Uznawaliśmy obie religie.”[1] 
 Przed wojną dobrze im się powodziło, ale o tym autor nie mówi nic, bo życie za murami getta przesłoniło wszystko. Był chłopcem. Handlował rękawiczkami, które potajemnie wyniósł z fabryki, by utrzymać rodzinę a potem handlował zbożem i chlebem. Stworzył siatkę przemytników. Bandytów, którzy go pobili tzw. szmalcowników zatrudnił, jako swoich ochroniarzy i każdego dnia wwoził do getta tramwajami podstawową żywność na całkiem sporą skalę. Opłacał motorniczych, policjantów i przeróżnych szpicli. Miał 16 lat. Mówi, że handel odbywał się wiele razy dziennie. Przystosował się do sytuacji jak mało kto- w miejscu przeznaczonym na powolny grób. Dostarczał matce i młodszym braciom, co tylko mógł  przez długi czas, ale i tak zginęli w obozie. Ojciec był powstańcem w getcie a wcześniej oficerem polskiej armii- we wrześniu 1939 roku. Ojciec także zginął. Został tylko on Marcin i babcia w USA. Bardzo często podkreśla, że pragnął odtworzyć swoją rodzinę w swoich własnych dzieciach, że tego oczekiwała od niego matka i ojciec. Umierała ze strachu o niego a jednocześnie wierzyła, że przeżyje, bo widziała jego niezwykłą zaradność, spryt i siłę życia. Był dumny z rodziny. U nas się mówi, że z rodziną wygląda się dobrze jedynie na zdjęciu a on marzy o wskrzeszeniu bliskich w swojej żonie, o odtworzeniu ich. To mnie uderzyło. Tam nie ma słowa Bóg. Jest jedynie Rodzina.
Dlaczego nie wywozi ich z getta, nie ukrywa gdzieś w Polsce? Czy ze względu na ojca?, Czy chcą być razem w piekle? Czy jeszcze nie wiedzą, co ich czeka? Martin mówi, że uciekł z Treblinki w wagonie z paczkami, że pracował w sonderkomando, że dusił dzieci, by nie zakopywano ich żywcem, nosił trupy, wyrywał im złote zęby, ale pisze o tym zbyt lekko. To wygląda jak opowieść kogoś innego.  Nie wierzę, bo czytałam obozowe opowiadania Borowskiego, bo znałam więźniarkę obozu.
Nie mam mu tego za złe. Czasami spotykam osoby porzucone przez własnych rodziców. Ich opowieści są koloryzowane, bo to pozwala zapomnieć o bólu, albo wstydzie.
Piękno tej książki polega na miłości. Martin dziękuje za każdą kromkę chleba, jaką otrzymał od wieśniaka, za każdy nocleg w stodole, za wskazanie drogi, za ubranie. Jest pełen wdzięczności za każdy ludzki odruch. Jego przyjacielem został bandyta o pseudonimie „Mokotów”, który go kiedyś na początku drogi obrabował i pobił. To do niego wraca w krańcowych sytuacjach.
Autor często mówi o granatowej, polskiej policji i mówi niechętnie, czemu się nie dziwię, ale prawie w ogóle nie mówi o policji żydowskiej, która w brutalny sposób zganiała ludzi na Umslagplatz, zganiała dzieci jak ptaki do rzeźni.  Tu dygresja. Nie mogę pojąć, dlaczego pół miliona ludzi dało się spędzić do zagrody wybudowanej własnymi rękami, dlaczego nikt nie kupował broni, dlaczego sprzedawali ich właśni rabini, podając dokładne dane o ich majątkach, dlaczego nie walczyli…?
O tym Martin także nie mówi. Opowiada o ojcu, który działa w ruchu oporu na terenie getta, który usiłuje coś zrobić, który jest wdzięczny synowi za utrzymanie żony, synów i prawdopodobnie samego siebie. Martin pisze, że wspierał także sierociniec Korczaka, ale tego nikt nie potwierdzi. Pisze o getcie, które umierało z głodu i o getcie, które miało teatr i restauracje dla wybranych, pisze o prostytutkach, które sprzedawały się jego ochroniarzom. Pisze, że kobietę można mieć za pół papierosa.
Co mnie uderzyło? Opowieść o latrynie, w której się chowa- w ludzkim gnoju. Załatwia się na niego Niemiec a on mówi, że to” tylko bestia, zwierzę, ale ja przeżyję” To książka, którą czytałam z zapartym tchem. Ominęłam zaledwie kilka stron. Zaczęłam tak jak zwykle od końca, potem fragment w środku a potem już od początku. Autor mnie pochłonął jak Sołżenicyn[2] bo tyle ciepła na kartach a akcja jak w James Bondzie. Marcin wydostaje się z getta kanałami i zostaje partyzantem AL. Wspomina Mieczysława Moczara, jako dowódcę, zna go osobiście. Tego samego, o którym historia mówi niepochlebnie: „ Z Mieciem wszystko zmieciem”, zostaje oficerem NKWD. W wieku dwudziestu lat, ma najwyższe, radzieckie odznaczenia na klapie. Jego znajomość niemieckiego i polskiego jest wykorzystana podczas wojny w wywiadzie. Pisze, że na Lubelszczyźnie tropił bandytów z NSZ, którzy wydawali Niemcom jego współbraci za 5 kilo cukru albo dla przyjemności. Jednak nam ta organizacja źle się kojarzy i jego postać staje się kontrowersyjna. On sam, choć był kapitanem NKWD w Berlinie i miał wszelkie względy i wpływy czuje się źle podczas przesłuchiwania młodocianych Niemców i w obliczu nieszczęść, jakie widzi na niemieckich ulicach  jego pragnienie zemsty zanika. Chce być wolny. Nie pragnie służyć Stalinowi. W 1946 roku przechodzi na zachodnią stronę Berlina i nawiązuje kontakt z babcią w USA. W Ameryce zdobywa majątek z zawrotną szybkością. Najpierw sprzedaje chustki i szaliki na Bronxie, zostaje kelnerem w bogatych hotelach, by poszerzyć zbyt a potem, gdy widzi, że za dwie antyczne filiżanki można dostać 500 dolarów postanawia je sprzedawać na szeroką skalę. Zostaje handlarzem antyków pomiędzy Europą a USA. Nawiązuje kontakt z fabryką porcelany w Niemczech i odtąd produkuje te „antyki” masowo. Zaiste- niezły numer, ale ma niespożytą energię:  „Sprzedawanie dawało mi radość sukcesu”
Kiedy ma majątek, szuka żony, pragnie założyć dom. Któregoś dnia spotyka ładną, roześmianą dziewczynę. Nazywa się Dina. Od tej chwili powieść jest jeszcze piękniejsza. Nigdzie nie czytałam tak pięknych słów o miłości do żony. Zaiste opowieść to niezwykła. Osiedlają się w południowej Francji- w Tanneron. Kupują posiadłość wśród lasów na wzgórzach, z widokiem na morze. Żywią się jedynie owocami i warzywami. Nie chcą zabijać. To wpływ Diny. Mają wielki ogród, w którym pracują oboje. Kolejno przychodzą na świat ich dzieci. Nicole, Zuzanna, Karol i Ryszard. Drugi, trzeci i czwarty poród odbiera sam Martin- w domu, nawet bez asysty akuszerki. Dina ufa mu całkowicie. Co więcej, w czwartym porodzie uczestniczą także dzieci. Najstarsza Nicole przecina pępowinę braciszka. Są lubiani przez miejscowych, są dla nich egzotycznymi Amerykanami, którzy nie jadali mięsa, soli, słodyczy ani tłuszczów. Nie uznawali szczepień, leków i lekarzy. Dina pragnęła oczyszczenia po wojnie dla siebie,  męża i dzieci a on poddał się temu z ufnością.  Spełniły się marzenia i pragnienia Martina. W jego dzieciach odrodziła się jego rodzina, jego wszyscy zmarli: „ Całowałem i pieściłem jej brzuch: tam było już życie”, „ Szczęście promieniowało od ognia na kominku, gdzie w rozżarzonym popiele piekły się kartofle jak niegdyś w polskiej puszczy. I jeszcze muzyka i Nicole obejmująca mnie ufnie za szyję, gdy zanosiłem ją do łóżka, na wpół śpiącą i wreszcie chłodna noc, w której nasze ciała odradzały się dla siebie”[…] 
„ Kryłem się w jej ramionach a ona w moich, byłem jej ojcem, ona moją matką, byliśmy rodzeństwem, jej głowa była stworzona , by spoczywać na moim ramieniu, a całe jej ciało stworzono dla mojego”3
To przypomina „Pieśń nad pieśniami”. W żadnej książce nie spotkałam dotąd lepszego i bardziej lapidarnego określenia, czym mają być dla siebie mężczyzna i kobieta. Prawdziwa miłość- jeśli istnieje -to właśnie tak. Przysięga nie jest konieczna ani ślub. Nie przysięgamy, że będziemy kochać swoje dzieci, bo miłość tego nie potrzebuje.
„ Dina była przy mnie: widziałem ją, słyszałem, pieściłem, kochałem. Była moim ukojeniem[3]
A jednak to wymarzone szczęście, zastało mu odebrane. Cała jego rodzina spłonęła w nagłym pożarze lasu, kiedy uciekali przed płomieniami samochodem. Żona  i czworo dzieci.  Nie mieli szans w otaczającym ogniu. On został w posiadłości i pojechał motorem, by pomóc sąsiadowi. Był poparzony, ale przeżył jak Hiob, któremu po raz drugi odebrano wszystko.  Czy Martin podświadomie wybrał miejsce zagrożone pożarem, jak wspomnienie o getcie? Nie wiem. Stracił to, co było celem jego życia: odbudowanie swojej matki, swojego ojca, braci - w swoich dzieciach.
„ Nie odebrałem sobie życia. Czuwano nade mną. Kto mi zwróci Ich życie? Kto zwróci mi życie? Dlaczego dwa razy moi najbliżsi?[..]
Nie zabiłem się. Mówię, jem, poruszam się.  Czy nie spłaciłem daniny należnej ludziom i losowi? Dlaczego? Mówię, opowiadam o swoim życiu, by zrozumieć ten łańcuch szaleństw, przypadków i nieszczęść, które mnie zmiażdżyły. […]  Nauczyłem się znosić ból, Ale oni? Nie wiedzieli nic o życiu, matka wydała ich na świat w moje dłonie. Szedłem za nimi krok w krok, widziałem jak rosną ci prawdziwi mężczyźni, te piękne kobiety- zabite nim zdążyły żyć. Moi najdrożsi. Widziałem jak rozkwitała Dina. O to wszystko walczyłem, po to przeżyłem wieki barbarzyństwa i znów wołam: Zegnajcie najdrożsi!”[4]




[1] Wszystkim których kochałem, Martin Gray, Wydawnictwo Łódzkie 1990r, s. 11
[2] Aleksander Sołżenicyn- Odział chorych na raka
[3] Wszystkim których kochałem, Martin Gray, Wyd. Łódzkie 1990r. s 291
[4] Tamże s.311

Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...