sobota, 13 lipca 2013

Twierdza Boyen


Zasnąć w twierdzy było mi trudno. W grubych murach przesiąkniętych wilgocią po zgaszeniu światła zapadała ciemność. Byłam sama w wielkim ośmioosobowym pokoju, gdzie kiedyś spali pruscy żołnierze. Czułam się tak, jakby przygniatała mnie ich wielka łapa. Schronisko tutaj jest tanie i choć pani Basia dba o czystość we wszystkich pomieszczeniach- stare podłogi i ściany mają w sobie stuletni kurz. Gdyby ktoś wyszlifował je i przywrócił im dawny urok- byłyby piękne.
Następnego dnia  zaczynały się szanty, więc przyjechało sporo osób i zostałam przeniesiona do innego pokoju, gdzie przez szpary w deskach starych drzwi prześwitywało nocą światło z holu. Zamieszkało ze mną młode małżeństwo z Ciechanowa. Mówili cicho i ze smutkiem, bo zarabiają niewiele.
 Pani Basia jest recepcjonistką i pokojową.  Od rana wszędzie jej pełno. Przyjmuje gości, otwiera galerię, opowiada o dziejach twierdzy,sprząta łazienkę, kuchnię, wielkie, stare pokoje a także schody, korytarze i co się da, bo  lubi porządek. 
 Przez wiele lat pracowała w banku a obecnie dorabia do emerytury i za swoją pracę otrzymuje 1100 zł netto. To nie pierwsza księgowa po pięćdziesiątce, która po wielu latach pracy ma pensję dwa lub trzy razy niższą od poprzedniej. Jednak jej czarne oczy są pełne życia. Nie ma w nich przygaszenia, jakie spotyka się w barach, na ulicach czy w pracy. Jej obecność ożywia tę ogromną twierdzę, gdzie dawne magazyny amunicji i obsypane ziemią korytarze wyglądają jak średniowieczne lochy dla więźniów.



Cóż myślę - obwarowali się, opancerzyli, uzbroili po zęby a i tak musieli odejść. Teraz są tutaj szanty. Przyjeżdżają motocykliści, studenci, samotnicy i obieżyświaty i popijając piwo słuchają muzyki. Jednak, gdyby nie to piwo i atmosfera to wszyscy by uciekli, bo w tym roku grają jak płaczki na pogrzebie. Wyszłam o 22, bo znacznie ciekawszy był widok światła przez szpary w drzwiach mojego pokoju. Poza tym są tutaj naprawdę piękne okna.




Po dwóch dobach opuszczam twierdzę, bo samo Giżycko i tereny wokół są  niezwykłe. Nic dziwnego, że nazywają je perłą Mazur.





sobota, 6 lipca 2013

Ponad szczęściem ?

„ Urojone ja – jak określa je Budda, stanowi sedno wszystkich błędów. Prawda uwolni cię od lęku, który przebiera się w rozmaite kostiumy, jest zaś  nieuniknionym skutkiem wspomnianego złudzenia.”
Powyższe zdanie pochodzi z książki Eckharta Tolle- "Potęga teraźniejszości". Kupiłam ją w Biedronce, robiąc codzienne zakupy. Wydawnictwo też ma ciekawą nazwę- Galaktyka.
O tym, że umysł jest negatywny, wiem od dawna. Jednakże uwolnić się od niego jest trudno, zwłaszcza, gdy codzienność wymaga walki, gdy brak stabilności materialnej, gdy ciało boli lub słabnie z powodu choroby, gdy nad głową wiszą kredyty, gdy brak pracy itd.
W pokoju włączony telewizor z jakąś komedią i kwiaty na balkonie a jednak odczuwam  smutek.   Lipcowy wieczór za oknem, pstrągi w piekarniku, nowe buty z  fajnego  „Outletu” za miastem ,  a jednak  nie jest ok.  Takie chwile, o jakich pisze E. Tolle zdarzają mi się, ale są nietrwałe, mijają tak samo jak słońce i deszcz.  Nie uskrzydla mnie konieczność powrotu do pracy ani propozycje zatrudnienia się w Aegonie, Compensie czy ING –jako agent ubezpieczeniowy.  Nie znalazłam swojego miejsca ani nie spełniam własnych oczekiwań i to jest powód tego osadu na dnie. Autor książki powiedziałby, że to jest właśnie to urojone ja, które uniemożliwia radowanie się chwilą.

Wiele lat temu w letni wieczór, kiedy czekałam na telefon

chłopaka- napisałam wiersz:

Każda chwila w twoim życiu
jest piękna
czy idziesz w lewo
czy idziesz w prawo
zawsze jesteś ze mną
i płomień ten
jest w tobie
i jest coraz większy
nie zniszczy cię
lecz zbuduje
na moje podobieństwo
albowiem jesteś życiem
które jest ponad szczęściem 

 Czułam się tak, jakbym go usłyszała od muzy- Anioła. Tańczyłam w pokoju, ale  mój chłopak nie przyjechał. Zadzwonił, że odchodzi.  Nic nie wskazywało na szczęście.   Nie układało się tak jak chciałam- pomimo wysiłku. Pomyślałam wtedy, że te słowa to kpiny i zniechęcona wrzuciłam kartkę do szafki. Czas mijał. Zapomniany wiersz wrócił do łask, ale określenie „ponad szczęściem” nie przekonywało mnie. Nie rozumiałam go.  Kartka znowu wędrowała do szafki. Czy szczęście jest kolejnym, negatywnym wytworem umysłu?
Tamto „szczęście” właśnie takie było.  A obecne?

 Lubię ciszę w kuchni nad ranem, gdy nie ma szumu samochodów,

  gdy wlewam herbatę do szklanki, a  „moja osoba” wydaje się dość

 zabawna z tym zacięciem na smutek i pochłanianiem kolejnej

 kanapki. 

RODODENDRONY



W małym, uśpionym miasteczku pod holenderską granicą srebrzystobiała pościel. Kwiaty w toaletach.
Zasłony w moim pokoju obszyte perełkami ścielą się po podłodze. Mam także piękny taras z fotelami dla gości. To najpiękniejszy pokój - apartament dla nowożeńców.
Przez muślinowe firanki zielone słońce..i promienie na schodach... Obficie zastawiony, szwedzki stół: gorące mleko w dzbankach i płatki. Lubię, gdy szeleszczą. Lubię delikatny serek pleśniowy z połyskiem.
Przyjechałam tu autokarem późnym popołudniem. W sprawie indyków. Któż ich nie hoduje: po pierwsze architekt, po drugie lotnik, dalej marynarz i filozof z największą w Polsce amerykańską wylęgarnią.  Ledwo poznany ginekolog pozostał w domu, ale on też zajmuje się hodowlą. Elita. Schyłek krótkiego rozkwitu polskich ferm na progu kapitalizmu. I każdy marzy o jednym: wyjechać po jednym cyklu  mercedesem i jechać wśród rododendronów...

A one kwitły wszędzie - pełne różu, pełne fioletu, w klinkierowych zaułkach, uliczkach, na trawnikach i w lesie. I daleko wśród bagien- starannie osuszanych.

A potem minęliśmy pola jeszcze nie zaorane...

-Jaki swojski zapach… westchnęła Jola. I nie był perfumowany.
I było w tym coś polskiego wreszcie, po tych wszystkich dezynfekcjach i wybielonych rękach, i śnieżnobiałych kombinezonach - wyjałowionych chemicznie- przed wejściem do wylęgarni  w Kartzfehn i do przeglądu ferm w północnych Niemczech. Miały się bardzo dobrze. I nie było w tym śladu znanego nam dobrze kryzysu - gdy nic nie można sprzedać.

                              I zaczęliśmy w autokarze tańczyć, jakbyśmy przyjechali na niekończącą się wycieczkę po pełne kieszenie marek.
I powiewał nad nami sojusz polsko - niemiecki, bo kupowaliśmy rocznie 1,5 miliona piskląt, a  mieliśmy kupić – trzy!
Parował ulubiony deser - gorące wiśnie- obłożone lodami, a koniak pachniał jak łąka... i złote, piękne piwo...

 Lekki dotyk światła rozjaśniał twoją marynarkę... Aż uginało się powietrze. Przystojny młody mężczyzna- przedstawiciel  mieszalni -Golpasz - postawił wino. Śmialiśmy się przy barze. Miękkie dywany odprowadzały gości.
A  przy stoliku obok - polski pijak oraz tutejszy - rozmawiali ze sobą, powtarzając trzy słowa:

- polish...?
- deutsch...?
- ja
Po tym następowało głośne stuknięcie kuflami i od nowa to samo:

-polish...?
- deutsch...?
- ja
Aż w końcu rodak nasz - zniecierpliwiony- obraził się na niego. Podszedł do nas i stwierdził:
-Tłumaczę mu już pół godziny,  a on i tak nic nie rozumie.
 A po przeciwnej stronie, na drewnianym krzesełku siedział hodowca z brzuszkiem - spod Szczecina: nieduży - i włosy miał na emeryturze.
Wypinał się dumnie wśród młodzieńców, aż wreszcie odezwał się lekceważąco:

- Co tam te wasze...15 cm..., ja mam takiego, że koń by pozazdrościł !
                     
 A Jola tańczyła boso i w kapeluszu z trawy, bo było w jej portfelu jeszcze sporo marek. Moje mieściły się w kieszeni razem z sucharami (na wszelki wypadek...)
A kiedy wszyscy się rozeszli, na korytarzu został Darek –hodowca- architekt. Leżał  na pluszowej kozetce na pięterku ze smukłymi palcami pod głową - blisko klamki swego pokoju, bo zamknął się tam od wewnątrz i zasnął twardo jego towarzysz z przydziału, który wypił zbyt wiele.

- Przecież nie będę się dobijał, to nie w moim stylu.- tłumaczył  nam nad ranem.  Nogi wystawały mu z pluszu na 3/4 metra.

 Rano - zbiegałam po schodach
 Muślinowe firanki i świeże kwiaty w toaletach. Sprzątaczka w jasno-zielonym fartuchu szybko zamyka składzik ze szczotkami. Nie wiedziała, że ktoś wstanie tak wcześnie. Stoi z zakłopotaniem z wiaderkiem w ręku i mówi niespodziewanie -po polsku: "przepraszam"... I mówi do mnie -jak do wielkiej damy, jakbym nigdy nie była na polu i nie nosiła śmieci...
Było mi bardzo przyjemnie z tego powodu. Jakbym wreszcie została artystką.! Nie operową wprawdzie i nie telewizyjną..., ale ktoś mnie docenił i to o siódmej rano! Był to mój sukces zagraniczny !

Po śniadaniu wykłady po angielsku, parująca kawa i kolorowe ciasteczka. Właściciel firmy INDOOR, która zajmuje się wyposażeniem ferm w różne urządzenia a także budową hal – tłumaczy wszystko bez problemu. A ja zauważam, że do twarzy mu, z kolanem na kolano, z koszulą w kratkę i  z jasną podłogą na podeście. Wiele razy w roztargnieniu brałam go za kogoś innego a tu masz – pierwszoplanowa postać w polskiej hodowli!
I znowu rododendrony. Jedziemy na obiad, a później Niemcy zapraszają nas na ognisko. Wysoka,  kelnerka podaje pieczone ziemniaki – nadziewane mięsem- owinięte w sreberka. Usta pomalowała na biało.  Kojarzy mi się ze śmiercią.  Uderza mnie to tak samo jak opowieści   jednego z hodowców o chińskich knajpach, gdzie kości i wszystkie resztki rzuca się pod stół. Przysłuchuje się temu pan Jacek – kierownik ubojni. To ważna postać dla właścicieli ferm, gdy na rynku jest zbyt dużo towaru.

 W końcu nadszedł wieczór. Zaczynał się delikatnie. Założyłam swój biały strój ze snu. Kilka osób siedziało w ogródku na ławeczkach wśród kwiatów. W szaro-różowych uliczkach, brukowanych kostką, w podwórkach, ulubione drzewa szeptały...Szeroką aleją w dół szedł chłopak z dziewczyną.

    - Dotknij mnie- powiedział.
Miał piękne, brązowe ciało. Ona szła lekko. Szczęśliwa, oszołomiona i grały w niej druty wysokiego napięcia, że on nie odejdzie ze słońcem...

W moim pokoju miodowym światłem wylewał się -chewalieu. Było wiele osób. Właściciel gorzelni i dwóch tysięcy hektarów pod Szczecinem- były dyrektor z okresu socjalizmu- powiedział : "Nawet nie marzyłem, że dostanę aż tyle. Już nic mnie nie zaskoczy." I wtedy ktoś wyrecytował:

                                          „ Jak, gdy kto ciśnie
                                            w oczy człowiekowi
                                            garścią fijołków
                                            i nic mu nie powie

                                            jak gdy dziewczynie
                                            stojącej na ganku
                                            daleki księżyc
                                            wpląta się we włosy”
                                           
 Popłynęła poezja i zaczęło się światło. I oto miałam salon literacki . Goście siedzieli w fotelach albo na dywanie- słuchając. Ktoś głaskał dziewczynę po włosach, ktoś inny płakał- bo koniak na to pozwala, ktoś usnął  w mojej  pościeli. Siedziałam na dywanie. Srebrzyste włosy mojego rozmówcy kontrastowały z mahoniową szafą. „Ty jesteś jak ten rower, który odkrył Żyd na rosyjskim strychu” – powiedział do mnie  i po raz kolejny napełnił kieliszki. Miły i ciepły gwar trwał całą noc-aż przyszedł ranek z uciskiem w żołądku i trzeba było pożegnać miłe niemieckie miasteczko.

 W pośpiechu pakowałam torbę. Prawie wszyscy czekali na dole. Ostatnie zdjęcia przed odjazdem i powrót. W autokarze popsuła się klimatyzacja i parowaliśmy przez 10 godzin .
Na wideo rozbierała się Madonna. Leżała na podłodze w zagraconym pokoju. On był w ubraniu. Było bardzo gorąco.
Pamiętam, że miał usta jak wiśniowy deser.

                     


                                                                           Kartzfehn 1997r.



piątek, 21 czerwca 2013

PERŁOWE TENISÓWKI



Napisałam do domu, z obozu harcerskiego, że potrzebne mi tenisówki. Był to pierwszy obóz w moim życiu. Skończyłam 13 lat. Pierwszy raz byłam na wakacjach poza domem. Namówił mnie do tego nasz nauczyciel, który lubił podlotki. I trzeba szczerze przyznać, że dwie z nas też go lubiły, więc to całe gadanie o molestowaniu seksualnym to  bzdura. Mnie ten nauczyciel niezbyt się podobał, a nawet wcale i z tego powodu obóz był nieinteresujący... 
O wiele ciekawszy był nasz dalszy sąsiad - "Zalotne oczy" tak go nazywano. Był to prawdziwy rolnik i też miał fantazję, choć inną niż Eugeniusz. Był to rolnik najlepszy- 20- hektarowy i miał wielką żonę. Chyba największą we wsi. Bardzo lubił mój warkocz, szczególnie gdy podrosłam i od kiedy zaczęłam chodzić do liceum. A mnie się podobały jego spodnie do jazdy konnej i czapka na bakier i słynne, zielone oczy.
Tak więc nasz historyk odpadał w konkurencji i nic mu nie pomagał brązowy grzebień, zatknięty w tylną kieszeń spodni, ani równe fale na powierzchni włosów.
Nie umiał iść tak środkiem drogi jak "Zalotne oczy", ani tak płakać szczerze, ani tak wziąć się do roboty, ani tak powiedzieć...

         I tak to myśląc o tym wszystkim, pisałam do domu: Przyślijcie mi białe tenisówki i coś do jedzenia.
List przeczytała babka Olga i wyprawiła do mnie, na motorze-  lokatora- z przesyłką. Wszyscy  się zlecieli.  A Maleszko postawił starą "wfm-kę" na środku placu i idzie do mnie z paczką... I tak na oczach wszystkich wyjmuje:
-wielkie kogucie udo, gotowane, w torebce po cukrze
- jakieś 10 jajek
- 5 bułek z serem
-cukierki miętowe
-kawałek kiełbasy serdelowej
i na samym końcu....perłowe papucie!

                        O pięć numerów za duże!

Były to najnowsze tenisówki Olgi! pociągnięte perłowym plastikiem! Kupiła je własnoręcznie na targu!
Z pewnością nie były za ciasne... Po co mi dwa? Jeden by wystarczył...
Owinięte w gazetę i z pękniętym jajkiem. Ale nie były przemakalne... Podobne do amerykańskich kajaków, które przysłała ciotka Antonina. Dostaliśmy ich trzy pary- długich na pół metra i wąskich. Najdłuższe były wrzosowe. Leżały na półce, nad schodami- ze świecącą broszką na czubku.  Pantofle od parady, bo nikt by ich nie włożył...
Moje były praktyczne.  Dobre na deszcz jak gumowce i mógł w nich chodzić zastępca oraz komendant hufca - bo miały jego rozmiar. Jakbym je zagięła, to by mi jeszcze przykryły kolana...

          Od takich tenisówek można zostać sławnym. Wystarczy je założyć i stanąć w szeregu na zbiórce...
Z kogucim udem w ręku, obsypanym cukrem i z miętowym karmelkiem w ustach jak gdyby nigdy nic...
Można by je spuścić na spadochronie z 3000 metrów, albo wysłać balonem dookoła świata. Można by kupić melonik i wystąpić w filmie...Ale ja przywiozłam  je do domu i oddałam Oldze. Obejrzał je Eugeniusz, pochwalił... Na koniec zaś zauważył, że jak założę pięć albo sześć skarpet- to w nich przechodzę całą zimę!




czwartek, 20 czerwca 2013

STRUNY CISZY

02.05.13

Nie mogę dłużej wykonywać tej pracy. Żyć wśród nich 8 godzin w hałasie i wśród krzyków. Po sześciu latach mogłam odcisnąć swój ślad, zadbać o to, by ściany pomalowano jaśniej, by wszędzie było czysto, by w schowku był dywanik i buty równo ustawione. Ściany w schowku pomalowali  resztką farby w kolorze wrzosów. Schowek jest jak tęcza. Ale pracować tam, wydzielać chleb po kromce, by nie rzucali nim o siebie, nie dostawali głupawki przy kolacji, nie pluli do talerza?

Jak być artystą swego życia w pracy, gdzie jest nienawiść do odrabiania lekcji, gdzie siedmiu naraz domaga się uwagi i rozwiązania zadań?

Siedzę w pokoju w Warszawie. Jest wtorek, godzina dwudziesta. Czytam Zeszyty Literackie 2007, nr 4, www.zeszytyliterackie.pl  nakład  6000.  A tutaj wiersze Josifa Brodskiego ( 11 1961) o nieodwzajemnionej miłości a może tylko zauroczeniu, bo co to jest miłość? Inna dziś niż wtedy- dwadzieścia lat temu, inna niż dwa lata temu. On ma talent i słyszę muzykę tej poezji w warszawskiej kamienicy po dwudziestej.
Jest tutaj Zbigniew Herbert, który tak jak Atlas chce unieść kulę ziemską - "pełną rozdzierających cierpień" i zaraz dalej Julia Hartwig i jej żaglowiec- Cutty Sark na "łąkach morza" i Rajner Maria Rilke, po którym przemykam- zatrzymując się na fragmencie XX:

" Głęboki ból sprawia że ludzie milkną i zaczynają słuchać"

I wtedy wracam do początku i myślę: jaki piękny tytuł: "Notatki o melodii rzeczy".
Widziałam to już- tę niebieską tkaninę, na której jesteśmy nieznanymi wzorami. On ją nazywa melodią.
Niebieska melodia- tło naszego życia z czarną kreską pogrzebu i czerwoną narodzin. To tylko moje granie na temat, który obudził. Poruszam się w strunach ciszy, słuchając jak pięknie gra Rilke o tym, że "sztuka jest miłością do Boga".

wtorek, 18 czerwca 2013

Czy chcesz powrócić?



                               
                                  I
                     Czy chcesz powrócić tu
                     w niekoniecznie szczęśliwą noc
                     w sfałszowanej melodii
                     z cyrkonią na piersiach?

                    Czy twoje kozy
                     z delikatnych koronek
                     mieszkają w pałacu
                     czy raczej próchno dotyka?

                     Twój jasny śmiech
                      bez obcasów
                      zimą słyszałam
                      w mokrych skarpetkach

                      Czy chcesz powrócić
                      w paluszkach miękkich
                      z pustką
                      z nadzieją wchodzić na cmentarz
                      dla słodkiej chwili gorzkiej
                      jak   złamany orzeł?
                                           
                    Czy popołudnie
                    rozłożone w promyku
                    zielonej świeczki
                    zasłoniło twą czystość?


niedziela, 16 czerwca 2013

Wilczy kredyt

Cztery lata temu- koleżanka kupiła   fiata za 54 tysiące. Zapłaciła 10 gotówką i na resztę wzięła kredyt- łącznie 44 tysiące zł. Początkowo spłacała regularnie- w sumie  38 tysięcy. Później przestała płacić, bo jej mąż poszedł na operację serca, nie mógł pracować, zamknął firmę i cała rodzina -4 osoby zostały tylko na jej utrzymaniu. Wstydziła się powiedzieć  rodzicom, że brakuje jej 16 tysięcy. Minęły kolejne dwa lata. Bank zażądał 90 .!!!! Nastraszono ją, że straci mieszkanie. Wyglądała jak cień. W końcu wyznała, co ją gryzie
Ojciec z bólem oddał oszczędności całego życia, wzięła dodatkową pożyczkę i w sumie wysłała do banku 60 tysięcy!!! Ale bank nadal domaga się więcej!
Ta sytuacja nie mieści mi się w głowie. Kiedy się o tym dowiedziałam, zapytałam dlaczego nie skorzystała z porady poleconego prawnika. Powiedziała, że jej kolega -prawnik innego banku- "pomógł" jej w spłacie,  załatwiając kolejny kredyt!!!!  Zapomniał poinformować, że nie musi płacić tak wysokiej kwoty, że trzeba negocjować..., że bank może umorzyć nawet 80 procent odsetek ( i tak są lichwiarskie)

W sumie zapłaciła już 97 tysięcy. Do spłaty samochodu brakowało 16!

- Dlaczego nie oddałaś bankowi samochodu?- zapytałam
- Bo zaproponowali to niedawno. Nie zgodziłam się, bo  sprzedaliby go za 10 tysięcy a resztę i tak musiałabym oddać- odparła

Resztę czyli sześć- mówię
Resztę- czyli sześćdziesiąt - mówi ona
To brzmi jak absurd. Ale to także wynik strachu i niewiedzy. To oczywiste, że każdy kredyt trzeba spłacić, ale niekoniecznie aż tak drogo.

Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...