piątek, 20 września 2013

Jesienne Staruszki


Śniło mi się, że dzwoni telefon. Obudziłam się a tu cisza… Może dzwoniłeś we śnie żebym coś napisała…? Kończę baśń o Nineczce, która mieszka nad wielkim jeziorem  i podróżuje do krainy Jesiennych Babuleniek. Te babuleńki były w moim śnie dawno temu i obsypały mnie maleńkimi, brzozowymi liśćmi. Obudziłam się pełna nadziei w czasie, gdy byłam mocno zagubiona i właśnie wtedy powstał zarys opowieści. Od tamtego dnia minęło 16 lat.  Siedziałam na strychu, gdzie suszyła się bielizna na sznurach i patrzyłam przez małe, otwarte okienko na altanę i orzechy włoskie, które tworzyły tam wielki baldachim. Mieszkałam pod numerem trzynastym. To nie był szczęśliwy numer, choć wydawał się wstępem do lepszego świata.
Odprowadzałam dzieci do przedszkola przechodząc koło małej księgarni. Właścicielka nosiła czarne, skórkowe rękawiczki, bo zawsze marzły jej dłonie. Któregoś dnia kupiłam tam cieniutką broszurę napisaną przez nieznanego mi guru o imieniu Osho. Zauroczył mnie wtedy tekst napisany poetyckim językiem o nieznanych mi egzotycznych medytacjach. To  mógł być rok 1995, 1996… Potem kupiłam następną broszurę i następną. Podobała mi się opowieść o poszukiwaniu byka w wysokiej trawie  i o tropieniu jego śladów. A sposób na porzucenie palenia  papierosów, proponowany przez guru znajomemu po dwóch zawałach - był oryginalny i zabawny.  Brzmiał mniej więcej tak: „ To nieważne, czy umrzesz rok wcześniej czy później, ale skoro chcesz rzucić palenie dam ci radę. Kiedy już kupisz paczkę papierosów pogłaskaj ją w kieszeni i ciesz się nią jak skarbem. A potem zaciągnij się powoli z miłością, bo przecież to twoja miłość. Nie możesz żyć bez papierosa. Jesteś wielkim joginem palenia od czterdziestu lat. Ucałuj swój papieros, rozkoszuj się nim, myśl o nim jak o kimś kochanym. A wieczorem, gdy będziesz sam, uklęknij i pomódl się do niego albowiem to twój Bóg. Módl się do niego z wiarą i oddaniem i zobaczysz, co będzie dalej.”
Zachwyciła mnie oryginalność tej rady i humor autora. Czy uzależnienie nie jest bożkiem, któremu składamy hołd? Jak najbardziej.
Przeczytałam wtedy wszystkie dostępne broszury. Kiedy dziś wchodzę do Empiku, z lekkim niepokojem patrzę na dwie półki pełne książek „guru”, w których tamte teksty zostały rozcieńczone. Jednak wciąż jest zapotrzebowanie, bo książek przybywa. Kiedy włączam You tube- widzę jak wykreował się  wtedy na boga w srebrnej szacie, na srebrzystym fotelu. Niczym starotestamentowy Jahve udzielał wyjaśnień, unosząc szczupłe dłonie nad długą do pasa brodą. Jednak najbardziej mnie drażni to, co przeczytałam o nim w National Geographic  ( nr 3, 2013, s. 62): „ miał aż 93 rolls-royce’y i 300 rolexów”.
 Chandra Mohan Jain zwany Osho wystrojony niczym Paris Hilton…   


czwartek, 5 września 2013

Planeta Smoka


„Jestem wdzięczna za”- tak  nazywa się grupa, którą odkryłam na Facebooku.  Nie pamiętam jak na nią trafiłam, ale przyciągnęło mnie imię szkolnego kolegi –Andrzeja, który jakis czas temu pracował w Newsweek'u. Pierwszego dnia czułam się tam jak w wielkim torcie. Fruwały słoneczka i różowe serduszka i wszyscy pisali o samych dobrych rzeczach a złe obłaskawiali. Cieszyłam się jak przedszkolak i długo nie mogłam zasnąć.  Ktoś napisał, z ujmującą szczerością, że dziękuje sobie, iż  nie kupił nic w lumpexie, bo jutro będzie taniej. Ktoś inny dziękował za kawę z kardamonem, za spacer z dzieckiem, za pracę, za fajnego męża, albo narzeczoną, za lato, słońce, chmury, przyjaciół, rozstanie, wytrwanie w szpitalu, za  włosy, które odrosły po chemii i za wiele innych zdarzeń.  Dziewczyna o imieniu Margarita wyrażała wdzięczność za dziewiąty dzień bez jedzenia.   Zaniepokoiłam się, że jest  bardzo chora i szuka sposobu na wyleczenie. Następnego dnia dowiedziałam się, że ona jest bretharianką i chce odżywiać się światłem.  Od razu zobaczyłam w wyobraźni świetlisty korowód ludzi wchłaniających promienie słońca i spodobała mi się  niecodzienność tego pragnienia, zwłaszcza, że moje odżywianie się jest  tak zwyczajnie przyziemne…  Jednak niepokój nie odchodził. Po kilku dniach Margarita napisała o  cudownym smaku malin i czekoladzie, więc odetchnęłam. Na zdrowie. Koniec głodówki. Potem przebił ją Jacek, pisząc o 23 dniach bez jedzenia w imię przypływu sił i inspiracji. Pierwsze  cztery- to tak jak grypa- zaznaczył- a następne już z górki.
 Te dwie osoby przypominają mi  kogoś, kto pewnego dnia jesienią 2008 roku zamieszkał u mnie na dwa miesiące. Na jej ramieniu był   piękny  wytatuowany smok.  Zajmowała wolny pokój a wieczorem do późnej nocy siedziała przy stole w kuchni i przepisywała książkę. Powiedziała, że to dodaje jej sił. Kiedy ja ją przejrzałam, to odebrała mi siłę, bo ręce mi po prostu opadły. Był to skrypt dla „wtajemniczonych”, którzy należeli do nowej cywilizacji pod rządami „Rady Świata”. Sposób narracji i treść przypominała Trybunę Ludu, kiedy chodziłam do szkoły. Nie mogłam zrozumieć, jak ona może się tym fascynować i jeszcze przepisywać ręcznie do drugiej w nocy. To brzmiało jak sekta.  Kiedy wróciła wieczorem, powiedziałam co myślę o tej „książce”, ale Ania uśmiechnęła się, włączyła laptop z filmem z Bollywood, postawiła przed sobą wodę, której zawsze nadaje „odpowiednią strukturę,” i wsypała do niej łyżeczkę suplementów. Potem zjadła lekką kolację, przygotowała prezentację sprzedaży na następny dzień i zabrała się za krytykowane przeze mnie zajęcie.
- Czuję ciepło, kiedy to przepisuję- powiedziała. Kremowy T-shirt odsłaniał jej tatuaż.
- Dlaczego właśnie smok? – zapytałam
- Bo pochodzę z Planety Smoka- odpowiedziała poważnie
- A dlaczego tylko te filmy? – zapytałam
- Bo one zawierają przesłanie  i są pełne radości- odparła
- Ale przecież rzeczywistość w Indiach jest inna- ciągnęłam
- Tam ludzie  śmieją  się o wiele częściej niż my i naprawdę tańczą na ulicach. Zobacz jak one tańczą! Ja też zapisałam się na taniec brzucha- powiedziała prezentując dzwoneczki na smukłej sylwetce.

Ania ma zmysł do interesów. Pracuje w szkole i ma firmę, w której sprzedaje niemieckie suplementy a oprócz tego pracuje dla fundacji, gdzie  dzieci  uczą się technik zapamiętywania poprzez zabawę.  Odeszła od męża z walizkami, dwa miesiące mieszkała u mnie a potem wzięła kredyt i kupiła mieszkanie. Wiem, że świetnie sobie radzi. Ma dużo energii, dużo pracuje i zarabia kilka razy więcej niż średnia krajowa. Czy myśl o przynależności do „ lepszej części ludzi dodaje jej sił?  Jest niezwykłym połączeniem zdrowego rozsądku i braku rozsądku. Nie pali, nie pije herbaty, ani kawy, biega nawet 20 kilometrów…
Pamiętam, że w pokoju, który  u mnie zajęła, było wiele paczek z suplementami i drogimi kremami a także  różne przedmioty: lampy do naświetlania podczas osłabienia, magnesy chroniące przed promieniowaniem kosmicznym, talizmany… Jeden z tych „ amuletów” powodował, że czułam się nieswojo, kiedy go przyniosła. Niepozorny przedmiot – podkładka pod kubek- a budził niepokój. Nie wiem dlaczego.
Oswoiłam się z nim  dość szybko, ale tamto pierwsze wrażenie – poczucie obcości-utkwiło mi w pamięci. Zrobiłam herbatę, usiadłam obok niej i gawędziłyśmy.
- Po co ci ta podkładka? – zapytałam
- Kiedy jej używam, ludzie się odsuwają- odparła. Ich reakcja oznacza, że nie są moimi przyjaciółmi. Siedzą daleko ode mnie  i to mi odpowiada– sama piję herbatę. Nie przyszło mi wtedy na myśl, że miała ochotę na samotność, a pewnie tak było.
Minęło kilka lat od tej rozmowy i właśnie dziś, gdy wracam do pracy i nie zawsze mam siłę, by  bronić się przed agresją- myślę o blondynce z długimi włosami z Planety Smoka i jej amulecie.




poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Piękne fabryki

Pierwszy raz przyjechałam do Łodzi podczas  ferii zimowych albo wiosennych. Chodziłam jeszcze  do szkoły. Zatrzymałyśmy się w gościnnym domu profesora -historii prawa. Mama chciała, żebym w przyszłości  została sędzią albo adwokatem. Jednak nie spełniłam jej oczekiwań. Łódź wyglądała wtedy jak Rzym w filmie Felliniego. Kiedy jechałam taksówką ulicą Zachodnią o czwartej nad ranem- dymiły kominy, w wielkich oknach zakładów- pracowały krosna.
Nie wiedziałam wtedy, że zostanę tu na wiele lat. Studia wydawały się jedynie chwilową przeprowadzką.


Kiedy dziś idę ulicą Tymienieckiego,  niektóre fabryki porastają trawy, a na zmurszałych murach rosną wiotkie brzozy.
 Obok nich za wysokimi bramami są piękne  mieszkania tzw. „lofty”. Wybudowano je w  200 metrowej – czteropiętrowej przędzalni  Karola Scheiblera . Można  tu także wynająć apartament albo zjeść dobre ciasto w restauracji na piętrze. Surowe mury, szyb windy i stal  trwają nieruchomo.  Mieszkania tutaj były po dwanaście tysięcy  za metr. Teraz  są po cztery  (po wejściu syndyka).  Jednak inne budynki rozpadają się. Wyrwane ramy, rozbite szyby, sterty gruzów w centrum miasta. A przecież piękna jest ulica Tymienieckiego, Przędzalniana i  Księży Młyn z pałacem  Herbsta.  Lubię iść po kamieniach wśród drzew przy " familokach”  (budynkach pracowniczych, których Scheibler postawił  tu osiemnaście). Lubię  Park „Źródliska” i oczywiście Piotrkowską.

Widać w wielu miejscach jak bardzo zaniedbane jest miasto, choć chyba nigdzie nie ma tylu pięknych fabryk. Starzy łodzianie mówią, że kiedy odbudowywano Warszawę to stąd wywożono cegły na starówkę rozbierając miejscowe budynki. 



    Manufaktura - najpiękniejsze centrum handlowe w Europie, które powstało w dawnych fabrykach jednego z najbogatszych przedsiębiorców Łodzi - Izraela Poznańskiego.

   W budynkach z surowych cegieł są sklepy, kafejki, kręgielnie itp


     Mam sentyment do tych murów i dlatego, że piękne i dlatego, że uratowane





W pobliżu dawnych fabryk Poznańskiego jest uroczy drewniany kościół- najstarszy w mieście. Świątynia ukryta wśród drzew i robotniczych domów - jakże inna od współczesnych, nijakich przybytków. Widać ją z okien przędzalni. 


  Przędzalnia Izraela Poznańskiego- obecnie Hotel Andels
 Kiedy wchodzę po schodach to surowość tych ścian jest urzekająca.


   Tak wygląda szyb windy w loftach na Tymienieckiego.



 To  -wejście do super mieszkań z wysoko uniesionym sufitem i metrażem od 40 do 140... 


A tak wygląda fabryka obok loftów- niestety jest ich wiele



To były domy dla pracowników Karola Scheiblera -"familoki. Fabrykant 
wybudował też sklepy, gdzie sprzedawano żywność po hurtowych cenach, szkołę i szpital z darmowym leczeniem. W tych budynkach do dziś mieszkają potomkowie tamtych prządek.




Pałac Herbsta- zięcia  Scheiblera.


    Fragment muru za dawną Fabryką Wstążek i Koronek Rudolfa Kellera.




środa, 21 sierpnia 2013

Przestańmy się mnożyć


"Zapamiętale mnożymy się / niepotrzebnie mnożymy się/
 nonsensownie mnożymy się/ nieograniczenie mnożymy się/

                             Przestańmy się mnożyć"
                                                       ( Wu Wei  Dotyk Ziemi, wyd. Kos, 2008r.,s.28)

Tak właśnie myślę ,patrząc na zdjęcia i filmy, gdzie dzieci pracują przy taśmach, śpią na ulicy i umierają z głodu. Biblijne hasło: rozmnażajcie się -od dawna nieaktualne. Kościelne zapędy w Meksyku to zgroza.
A na własnym podwórku?
Ile razy widziałam otumanione alkoholem, czerwone twarze i pół tuzina dzieci w zapuszczonym mieszkaniu. Niepotrzebne dzieci. Niekochane. Znienawidzone. Agresywne. Samotne. Z upośledzeniem umysłowym, ADHD, wadami oczu, słuchu, kręgosłupa i innych. 
Pamiętam zimowy dzień w centrum miasta. Tramwaj ruszył, gdy w ostatniej chwili wskoczył do niego dziesięcioletni chłopiec w tenisówkach i podkoszulce z krótkim rękawem. Drżał z zimna. Stanął blisko, więc zapytałam co tu robi? Powiedział cicho, że jedzie do mamy. Po krótkim czasie dodał, że uciekł z placówki- pogotowia. W międzyczasie pasażerowie wzięli mnie za jego matkę i szybko oskarżyli. Po wyjaśnieniach wywiązała się sprzeczka, kto ma dać chłopcu kurtkę albo kożuch. Starsza pani dała swój szal. Wysiadłam z nim i pobiegliśmy do jego domu. Kawał drogi do kamienicy- rudery. Dzwoniliśmy długo. W końcu drzwi otworzyły się i stanęła w nich tleniona blondynka. Chłopiec z impetem przytulił się do niej i trzymał mocno, lecz odsunęła go niechętnie.
- Znowu uciekłeś! – syknęła
- Przyjadą tu z pretensjami!
Z małej kuchni-klitki wyszła dwuletnia dziewczynka- siostra chłopca. Podszedł do niej i przywitał serdecznie. Pozostanie w tym domu z mamą i siostrą było jego największym pragnieniem. Ciągle tu wracał. Przybiegłby nawet boso w śnieg i mróz.
Rozmawiałam chwilę z "matką", wiedząc, że nie zmienię jej chłodu na uczucie i że jeszcze dziś chłopca zabiorą z powrotem.

                                                                  


niedziela, 11 sierpnia 2013

Nie obudziło się

                                                Nie obudziło się
                                          wśród bialych kwiatów
                                          wiele razy
                                          schodziło po schodach
                                         moje imię

                                         I czekało na brzegu
                                         żeby ubrać się
                                         w granatową suknię
                                          z orchideą

                                          Tatusiu- mówiło
                                           daj mi pięść  do ochrony
                                           i ogień wewnętrzny

                                            Przytul mnie
                                           aż do kresu błękitnej wstążki
                                           którą widzę za górami

                                             Tatusiu -

                                                  jeden krok

                                                            jeden niebieski krok

sobota, 10 sierpnia 2013

WILGOTNE KONIE PLAŻ



Kiedy po raz pierwszy przeczytałam „ Linię śniegu” Yorka Jordana – byłam zdumiona. A sam autor wydał mi się postacią z filmu lub baśni – z rewolwerem i burzliwą biografią na drugim krańcu Ziemi.
York Jordan, Zbigniew Zerwal- Uramowicz, Durvill de Carde, Wu Wei – to jedna i ta sama osoba. On zmienia nazwiska, bo się ukrywa- powiedział jego znajomy. Może tak właśnie jest?
Ale to nie zmienia faktu, że urzekła mnie jego poezja:

bo przecież ważne są tylko konie
co we mnie żyją
bo gdy umrą
bo gdy odejdą
i ja przestanę być
jak mógłbym kochać
nie będąc szalonym
jak mógłbym wierzyć
                   (York Jordan ( an, Linia śniegu, wyd .Latona,  1991 r.)

Jego niezwykłe wiersze dzieją się wśród galaktyk i wielkich rzek, które sam przemierzał i wśród diamentów, których szukał naprawdę – „ wielkich jak wilgotna góra snu”i wśród niezwykłych ptaków podobnych do kobiet, i „ aromatycznych” podobnie: „ ooo mruczą ptaki ooo”
Zauroczyło mnie  w tej twórczości coś męskiego- wolnego.

„ konie bez kopyt wszędzie słyszą drżenie”

„ tak pełne koni jest niebo jesieni
pełne końskich łez pachnących potem”

„ patrz tu będzie równina martwych
i  wytoczą się w morze opętani
jeźdźcy świateł
i w pobliżu nie będzie nikogo
tylko te oszalałe palce
liżące skórę
i ten ciepły wiatr
pełen piasku
zaczajonego na wilgotnych
koniach plaż”
                        (Linia śniegu, wydawnictwo Latona, s. 49)

Wśród gorących, pulsujących rytmów pojawia się Bóg, któremu na imię samotność. Podmiot liryczny tych wierszy jest nieśmiertelny. Nieśmiertelny jest także główny bohater „ Pamięci oczu”. Odbywa pokutę w małym, zapomnianym kościółku pod misą święconej wody. Parzy go każda kropla. Na kartach powieści pojawia się jako malarz, robotnik, podróżnik bez wizy, więzień i poszukiwacz przygód. Świat realny jest dla niego zasłoną, którą co chwila odsłania. Świat po drugiej stronie nie jest rajem. Jest dziwny i pełen narkotycznych wizji. Wizje i seks są tematem tej powieści.
Wzajemne pożądanie ojca i córki, małego chłopca i nauczycielki, tajemnicza postać homoseksualisty w mroku Wenecji, pełne szaleńczego erotyzmu zakonnice w odosobnionym klasztorze, erotyczne sny księdza, śmierć dziewczyny z powodu braku mężczyzny…
To, co skrywane, potępione lub sprofanowane- jest tematem tej książki. Nawet maszyny w hali fabrycznej są pięknymi wiedźmami:

„ Podstawiały mi pod usta swoje piękne brzuchy, kolana, pośladki. Całowałem je ukradkiem. Pachniały dymem i seksem. Nie mogłem się powstrzymać, by nie dotykać, tłustymi od smarów dłońmi, ich jędrnych kształtów.[…]Chciałem kochać się z nimi. Zapragnąłem nagle wziąć je wszystkie. […]Halą dwudziestą, w dziesiątym miesiącu mojej pracy powiał wiatr pełen miłości)
       (Durvill de Carde, Pamięć oczu, wyd. Przedświt, s. 186)

Cóż to za barokowy facet- pomyślałam w pierwszej chwili. Drażniły mnie nieustające, ekspresyjne słowa:

 „ wczepiłem palce nóg w granit i trwałem tak, pożerając świt zębami płuc[…] Rzeko- powiedziałem- którą wybrałem. Cicho się rodzisz, wściekle kąsasz matkę, gorejąca, nieokiełznana rzeko mojej woli”
Ale powieść wciągała mnie coraz bardziej. Brzmiała jak spowiedź, jak intymny pamiętnik autora.

„Śniły mi się owce ubrane w klejnoty[…]Spodnie pękały mi pod sutanną[…]Szaleństwo klasztoru było we mnie. Jęczałem cały, wyłem.i mniszki jęczały. […]Wszystkie miały to w tym momencie[..]Nie ma przykazań. Jest zwierzę- człowiek bez skazy. Posłuszny naturze i Bogu”

Nie ma wolnej miłości- śpiewała przejmująco Martyna Jakubowicz. Ale tutaj jest- na każdej stronie. Główny bohater jest wolny. Jest także okrutny. Jego kobiety są nieme. Zostawia im wspomnienie szalonej miłości i odchodzi. Jest wolnym chłopcem, który mówi o sobie: „ Nie byłem piękny”.

„ Nieruchomy, płynny balsam Pacyfiku obmywa zmęczone słońce. Spędziłem tam długie tygodnie samotny, skaczący , szalony. Patrzyłem ze szczytów wydm w rozgwieżdżone, pachnące niebo. Dotykałem gwiazd ustami.[…] Żyłem.”

Każda strona tej książki była mi bliska. Moje dawne wizje znalazły tu prawo istnienia.
Napisałam do autora list na adres wydawnictwa „Przedświt” i po długim czasie dostałam odpowiedź z Niemiec, gdzie chyba mieszka do tej pory. Dostałam także dwie  książki z dedykacją. Od tamtej pory zaczęła się nasza korespondencja. Otrzymywałam listy nawet z dalekich Filipin, gdzie Zbyszek wyjeżdżał każdego roku.

„Gdybyś był czysty
szumiałbyś trawą
mną byłbyś
smakiem wody”
( Zb. Zerwal-uramowicz, Smak wody,wyd, Przedświt, 1998r.)

Ostatnią książkę otrzymałam chyba dwa lata temu. Nosi tytuł: Dotyk Ziemi. Zbyszek napisał ją jako Wu Wei ( po chińsku: niedziałanie). To inny Zbyszek.  Jakoś mi do niego nie pasuje „ jezusowa chata”, choć jest mnichem zen. Otwieram czasami tomik leżący na parapecie i czytam: „Boimy się tylu rzeczy/ najbardziej boimy się nieśmiertelności”
A potem znajduję wiersz, w którym płynie znajomy strumyk:

„ w bezruchu przedporannych cieni
przeczuciem niepojętych barw
wtańczył  się w moje
rozchylone usta
niepokalany
    Bytu
  Czar”



I wszystko pięknie, wracam do domu, do świątyni- tylko    "niepokalaność” drażni.











sobota, 3 sierpnia 2013

A może byśmy tak najmilszy...



         "A może byśmy tak najmilszy" wpadli na dzień do spalskich lasów i popływali w Pilicy? Wiem, że lubisz piwo i ciągnie cię do karczmy, wiem, że nie skończy się na jednym papierosie. Wiem także, że lubisz wstawać o świcie i słuchać ptaków. Odsłaniasz bordowe żaluzje i bierzesz pędzel. Jest cicho, miasto śpi.  Obraz, który powstaje nie jest anielski i nie ma w nim spokoju rzeki. Przedstawia nagły, rwący nurt -gwałtowny grymas twarzy. Przypomina mi nastolatka porwanego przez mafię. Ojciec nie chciał   płacić haraczu, więc porwali mu syna. Zawieźli do lasu, rozebrali do naga i przywiązali   do drzewa. Znaleziono go po trzech dobach. Miał 16 lat. Od tamtego czasu wszystko się zmieniło, nie pomagają żadne leki. Ostatni raz widzieliśmy go dwa lata temu, na ósmym oddziale w Kochanówce. (Szpital  Psychiatryczny w Łodzi) Zgodził się na serię elektrowstrząsów. Czy jest lepiej? Chyba nie. Nie pamięta, że byliśmy u niego, jednak poznał tam dziewczynę i ma nadzieję, że wytrzymają ze sobą chociaż pół roku.


          Rzeka  jest piękna jak dawniej. W Teofilowie przechodzę na drugą stronę po kamieniach i muszlach. Stopy bolą i można się skaleczyć ale druga połowa jest piaszczysta i płytka. Można usiąść na środku i pozwolić, by woda spychała coraz niżej, żłobiąc bruzdę na dnie. Czasami płyną kajaki. Drażnią mnie smutne miny plażowiczów. Dzień jest rewelacyjny. Pełnia słońca. W barze świeże sałatki i można wypić kawę na pomoście. A widoki? Bajkowe.  Zostawiam gnuśne miny i idę do rezerwatu dawnej Puszczy Pilickiej. Wielkie drzewa, omszałe. I wydeptane ścieżki. Komarów zatrzęsienie. Mam krótkie spodenki, więc długo nie wytrzymuję, ale i tak zaczynam śpiewać:  na prawo dąb, na lewo dąb a w dole kłoda płynie :).  Nie da się żyć bez lasów. To najpiękniejsze świątynie.

 REZERWAT  W SPALE Z DOPŁYWEM PILICY


TAKIE LASY

WIDOK NA PILICĘ Z PRZYSTANI W TEOFILOWIE


  LETNISKO SIĘ ROZKRĘCA


Kiedy rozkręci się na dobre i ludzi będzie zbyt wiele, znajdę inne miejsce.


Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...