czwartek, 18 maja 2017

SEN

Śniło mi się, że jadę pociągiem z zachodu na wschód a potem wracam. I był to pociąg do Hamburga. Bałam się, czy ten pociąg tak sławny i bogaty zatrzyma się w moim skromnym mieście.
- Tak- powiedział konduktor- zatrzyma się na chwilę.
Nie miałam biletu, bo bilety do tego pociągu musiały być zarezerwowane, ale ponieważ wsiadłam z konieczności, bo nie było w co wsiąść- jechałam za darmo. A poza tym moje miasto nie liczyło się w świecie bogatych miast. Było za małe. Jednakże, kiedy spojrzałam na nie z okna pociągu, było inne, piękniejsze, z wielką górą na horyzoncie w zachodzącym słońcu.

- Czy to na pewno moje miasto? - spytałam konduktora
- Oczywiście- odparł znad grubego brzucha w granatowym mundurze ze złoconymi galonami pod szyją i na ramionach.
Wysiadłam szybko, schodząc po stopniach i patrząc na brukowane granitową kostką ulice w kilku odcieniach czerwieni i na kamienice jak z baśni i wielkie niebo nad nimi w płomiennym zmierzchu.
      A potem spotkałam nieznajomego, który był znajomy i jechałam na jego wozie albo samochodzie otwartym jak kabriolet. A potem zgubiłam swoje kapcie, więc chciałam je kupić w jakimś sklepie, a on powiedział, że chce mi towarzyszyć. Podobał mi się. Szliśmy ulicą i zobaczyliśmy olbrzymią kolejkę w sklepie z butami. Ciągnęła się jak wąż po ulicy. Na wystawie były piękne, niebieskie półbuty na niewielkim obcasie wiązane sznurówką. Bardzo zgrabne. Były w kilku odcieniach: turkusowym , morskimi nasyconym niebieskim.
- Kupię ci te niebieskie- powiedział nieznajomy i wszedł do sklepu.
Siedział tam przy komputerze sprzedawca w ogóle nie zainteresowany olbrzymia kolejką i dukał w klawisze. Ekspedientka podała mi maleńkie buciki jak dla Japoneczki.
- Za małe- powiedziałam. Chcę te sznurowane, ciemnoniebieskie.
Kobieta nie zdziwiła się. Wiedziała, że nie zależy nam na loterii i wygraniu butów za darmo po całym dniu stania w tym wężu.

Nieznajomy podał mi wymarzone czółenka sznurowane pięknie.

- Teraz- powiedział- możesz iść do nieba.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Potwory i łabędzie

Dlaczego młody londyńczyk, który skończył fizykę teoretyczną w Cambridge zostawia dostatnią Anglię i wyjeżdża do dalekiej Tajlandii, gdzie wstaje codziennie o czwartej rano i dostaje miskę ryżu raz dziennie? Oto jest pytanie.
Kiedy po dziewięciu latach osiedla się w Australii, uczy się murarstwa, ciesielstwa i elektryki, bo buduje klasztor buddyjski. Nie ma tam łóżek ani wygodnych foteli, śpi się na podłodze. Któregoś dnia, kiedy ma wykład w jednym z australijskich zakładów karnych, jeden z osadzonych proponuje mu zamieszkanie w celi:
- „ Tam nie masz ani telewizji, ani kina, ani łóżka.... a tu u nas dobre jedzenie, dobre filmy, boisko do siatkówki, biblioteka. Przenieś się do więzienia.”
Ajahn Brahm, bo o nim mówię, opowiada o tym z uśmiechem. Jego wykłady odkryłam przypadkiem w internecie i wysłuchałam z przyjemnością. Obecnie ma około 66 lat, choć wygląda na mniej. Jest roześmianym, spełnionym człowiekiem, choć nie ma ani konta w banku, ani emerytury. Mnichowi nie wolno niczego posiadać i widać, że taki obrót rzeczy całkiem mu odpowiada, Jest bardzo czynnym człowiekiem i ma wiele funkcji. Ludzie lubią go słuchać a on lubi uczyć i czyni to mądrze i z wdziękiem. Jego tolerancja jest niecodzienna:
Jest w niej miejsce dla homo i heteroseksualnych i dla wszelkich wyznań. W jednym z wykładów opowiada o małżeństwie buddysty z muzułmanką. Mają dwoje dzieci. Kiedy dorosły, jeden z synów został chrześcijaninem a drugi hindusem. Ajahn Brahm namawiał ich na trzecie dziecko, bo uważał, że mogłoby zostać Żydem...
Kiedy jedno z małżeństw na którymś wykładzie podkreśla, że dało swemu dziecku życie on to zaraz prostuje: „Wasze dziecko istniało przed narodzinami, wynajęliście mu swój brzuch na dziewięć miesięcy i troszczyliście się o nie, ale ono także wam coś dawało: świeżość, radość, zabawę i nadzieję. A teraz nastał czas odlotu. Taka jest kolej rzeczy.”
To, co piszę to moja interpretacja. Mam nadzieję, że właściwa. Podoba mi się jego tolerancyjne spojrzenie na wiele spraw. Mówi np. : „ Nie ważne czy żyjesz w małżeństwie, trójkącie czy czworokącie. Ważne jest, co z tą sytuacją zrobisz. Wielokrotnie odwołuje się do Stevena Hawkinga, by pokazać jak wiele można zrobić, gdy umysł jest twórczy i wolny. Według niego buddyzm jest ideą, która nie służy umartwianiu się. Przeciwnie- pomaga wyzwolić się z uzależnień i przynosi radość. Celem życia ludzkiego jest oświecenie. Podkreśla to wielokrotnie. Podkreśla także, że współczesna psychologia całymi garściami czerpie z buddyzmu i bierze za to pieniądze. Zauważa wypaczenia ruchu Nev Age i komercję, jaka z niego wynika. „Pozytywne myślenie” to obecnie gałąź przemysłu. Wielu pamięta Josepha Murphy'ego”. Jego książka „Potęga podświadomości” (1962) to był hit. Wystarczy, że będziesz afirmował, wierzył w Boga, wierzył w swoje szczęście a osiągniesz wszystko. Będziesz piękny, sławny, młody i bogaty. Zostaniesz miliarderem. To swego rodzaju zaprzęgnięcie Boga do karety sukcesu.
W tym momencie przypomniał mi się słynny guru Osho (1931-1990), który miał kilkadziesiąt najdroższych samochodów świata. Powiedział mianowicie, że woli medytować w rols -royce niż na grzbiecie osła. Ja też bym wolała. Jednak celem medytacji nie jest zakup mercedesa ani konto w banku tylko całkowite wyciszenie umysłu. Kiedy myśl jest spokojna jak tafla jeziora, staje się lustrem dla najpiękniejszych widoków. Istotą nauk buddyjskich jest dążenie ku zmniejszeniu cierpienia i zwiększenia wolności a bogactwo materialne uzależnia.

Ajahn Brahm jako singiel pozdrawia samego siebie codziennie rano po przebudzeniu: „ Hi , jak się masz, miłego dnia przyjacielu” a przed snem życzy sobie dobrej nocy: „Do zobaczenia rano!” Jest w tym niewątpliwie i pozytywna energia i poczucie humoru. Pod tym żartobliwym płaszczem kryje się przekaz na temat praw karmy, w które niekoniecznie wierzę, ale na pewno nie wykluczam. Według buddystów wszystko co nas otacza, jest wynikiem przeszłości: nasze finanse i związki , nasza przestrzeń i zdrowie. Nie ma znaczenia z czym mierzysz się w życiu ale jak to robisz, jak wykorzystujesz składniki, które otrzymałaś. I tu znowu dygresja , bo to przecież poganin Seneka, powiedział niegdyś, że piękny jest ten, co srebrną zastawą posługuje się tak jak glinianą ale i ten jest piękny co glinianą posługuje się tak jak srebrną. Ajahn Brahm mówi, że najlepsze potrawy bywają dziełem ulicznych kucharzy. Nie ma znaczenia, co spotkało cię w życiu. Istotne jest co z tym zrobisz. To karma chwili obecnej. „ Czasem w życiu trafiasz na gówno. Kiedy tak się dzieje, nie pozbywaj się go. To nawóz. Zakop go pod drzewkiem mango. Jedząc owoce nawet najsłodsze, pamiętaj, co było nawozem. Życiowe trudności możesz zamienić na soczyste mango” Według Ajahna prawo karmy nie jest fatalistyczne. Nie ma znaczenia, czy jesteś ślepy, głuchy, kulawy itp. Liczy się to, co z tym zrobisz. Uważa, że cudowne życie można wykreować prawie ze wszystkiego. Uważa, że zdolnym i bogatym niekoniecznie jest łatwiej, bo stają się gnuśni, leniwi i próżni a osoby doświadczone przez życie stają się mądre i pełne współczucia.
„ Dlaczego się martwisz, że zostawił cię chłopak- jesteś wolna. Możesz robić co chcesz i nie musisz się malować...” nie martw się, że odeszła dziewczyna, to nic, ze ciągle się śni, to tylko pułapki twojego umysłu. Możesz być wolny. A może lubisz swoje więzienie, może odpowiadają ci kraty?”
„Kiedy nie zgadzasz się na swoje ciało to ono jest twoim więzieniem, kiedy nie zgadzasz się na swoją pracę, to ona jest twoim więzieniem. Kiedy lecisz samolotem i dzieci znowu wrzeszczą i masz chęć wyrzucić je przez okno....to nic- zaakceptuj to. Takie są dzieci, taką mają naturę. Psy szczekają, dzieci wrzeszczą, żony narzekają. Takie są. Każde zjawisko, którego nie akceptujesz jest twoim więzieniem.” Tak w wielkim skrócie rozumiem słowa angielskiego mnicha. Miał dziewczynę i pracę a wybrał celibat, choć jest pełen życia. Dlaczego?

Pierwszy wykład, jakiego wysłuchałam dotyczył pytania : Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi? W swojej pracy bardzo często spotykam się z tzw, „trudnymi dziećmi”. Ludzie kojarzą dom dziecka z wizerunkiem sierotki Marysi, Kopciuszka albo brzydkiego kaczątka. Gdybym miała do czynienia z takimi dziećmi byłabym szczęśliwa, bo praca z Marysią albo Kopciuszkiem byłaby niezwykle owocna. Wypuszczałabym w świat cudowne łabędzie.... a tymczasem słucham wykładu Ajahna Brahma o obłaskawianiu potworów. I tu znowu dygresja, bo w jednej z moich ulubionych ksiąg z komentarzami Lao Cy i Konfucjusza jest stare chińskie przysłowie, które mówi, że dopóki świnia jest mała , to można ją ujarzmić ale kiedy urośnie i nażre się do syta- nic jej nie powstrzyma. Co by na to powiedział uśmiechnięty mnich...?

umysł jak lustro wody


http://sasana.pl/medytacja-prowadzona
  

wtorek, 4 kwietnia 2017

Moje Mazury



Jezioro Mrozy zwane też Ślepym, ukryte wśród pól jest tak malownicze, że zapiera dech. Idę cicho polną, "Sordacką" drogą, żeby nie spłoszyć wieczoru i słońca wychylonego zza chmur.  Oświetla bajorka wśród pagórków, a ptaki ćwierkają niemożliwie i zalecają się do siebie kołysząc piórkami wśród gałęzi i nawet nie przeszkadza mi specjalnie butelka wioskowego pijaka porzucona pod starą wierzbą i aż drżę, żeby jej nie wycięli po ustawie Szyszki, gdzie piły pracują dzień w dzień i wycinają stuletnie orzechy i jesiony. I co z tego, że „właściciele” powsadzają w ogródkach tyczki z Biedronki co mają dwa liście na krzyż... Przecież się nie doczekam aż wzrosną do nieba. Więc idę cicho i prawie zamieram na widok całego szpaleru posiwiałych, omszałych wierzb z mojego dzieciństwa. Tam ukryły się moje duchy i nie chcę spłoszyć ich zbyt głośnym krokiem, więc zamieniam się w kota, i na palcach zaczajam się na chmury w bagnie i omszałe pieńki, i pochylone kołki, i wszelkie chwasty drapichrusty. Czy nie ma racji Ajahn Brahm mówiąc, że największym szczęściem jest spokój wiosennego zmierzchu, gdy zmierzch i ja to jedno...?
A potem, gdy karta jest pełna, wracam szybko, by zdążyć na ósmą, wziąć prysznic i czekać aż przyjadą Ci, z którymi kończyłam liceum. Przyjechali w sam raz, gdy  byłam już sucha i przebrana . Nawet nie trzeba się malować ani upiększać. Fajnie jest. Pojechaliśmy do pubu „Między wierszami” nad Jeziorem Ełckim. Na promenadzie elektryczne gwiazdy odbite w mokrej tafli od brzegu do brzegu i drinki „Lady blue” w wysmukłych kielichach z turkusową wiśnią. I nasze rozmowy, „co nic nie znaczące a tak podobne do jaskółek lotu” lub podstarzałych bocianów:

-Mów głośniej, bo nie słyszę na lewe ucho!

-A ja nie widzę na prawe oko!

- Pochylcie się, coś wam powiem... ja mam prostatę! Kto następny....?

 I śmiech wybucha jak huragan wśród książek i kielichów w sympatycznej sali z wieszakami u wejścia. Tylko brać i zabierać koronkowe szale i płaszcze bywalców:

- O ten by mi się przydał- mówi Asia biorąc do ręki ażurowy szal
-A mnie apaszka- mówi Jacek przymierzając chustę i zaraz dodaje:

Dobrze, że po was przyjechałem, bo ostatnim razem do Ustki jechałyście cały dzień. Jak można tak długo jechać? przecież z Łodzi do Gdańska jest autostrada? Jak was zaproszę na Wielkanoc to zaproszenie wyślę w Boże Narodzenie

- No wiesz, nie lubimy autostrady, wolimy drogi boczne i trzeba się zatrzymać a to na hot doga a to na placki ziemniaczane...- wyjaśniam

-Trujące żarcie...mówi z powątpiewaniem

-U nas są dużo lepsze Mc Donaldy niż w  Kanadzie. Tutaj jest

 mięso z mięsa -tłumaczę patriotycznie

-Akurat!- oponuje Jacek- jak facet w Nowym Yorku zadławił się rybią ością i podał Mc Donalda do sądu to przegrał, bo udowodnili, że w fish maku nie ma ani grama ryby!

-To tylko a Ameryce tak jest, u nas jest dużo zdrowiej- mówię dalej-

-Jasne, mówi Jacek -u nas przed Mc Donaldem jest czerwony krzyż PCK i obsługują pielęgniarki....!

-To jest argument bez odparcia, nie ma co....nikt z nim nie wygra w potyczce, nawet bez rozpędu

            Fajnie jest wracać po kieliszku w mazurską noc, wśród lasów, gdy taxi cicho mknie i recytować  z pierwszej klasy: o niedźwiedziu, który mocno śpi  i o Wergiliuszu co miał tych dzieci sto dwadzieścia troje.

-Ale czemu ich tyle miał...? Przecież nie był szejkiem …? zastanawiam się głośno

- Był erotomanem podobnie jak ja... mówi Jacek

-A u nas też jest taki Wergiliusz tylko inaczej się nazywa- wtrąca wesoło Grażyna – nasza germanistka, która pracuje w przedszkolu w okolicach Chicago.

-Dobrze się tam czujesz? -pytam

-Bardzo dobrze, ludzie otwarci, weseli, dzieci też są ze mną i wszystkie pracują. Trzynaście lat to kawał czasu. Zawsze byłam szalona....

 I znowu słyszę jej śmiech sprzed lat na sali gimnastycznej, kiedy leżała na klepkach z nogami na drabinkach

-A ja pamiętam piosenkę o listonoszu, to moja ulubiona, słuchajcie:

-„ Napadli zbóje na listonosza/ kiedy pieniądze miał w kieszeni/ a listonosz dzielny zuch /zbója w plecy buch buch buch/ sam sobie radę dał!"

- Dzieci to lubią ostre piosenki, takie są!- zauważa Asia i dodaje:

Ja już mam pomysł na emeryturę, jak tylko przejdę, zakładam swoją firmę.

 I jak tu ich nie kochać....?


     A oto i Ono -małe jeziorko wśród pól


To tutaj szłam na palcach


   



    przez pola


wśród znajomych


  Dziadkowie wciąż się trzymają


nawet bez drugiej ręki....


   Pokaż się bajorko



      Ty także jesteś ładna



   

poniedziałek, 13 marca 2017

Sex and the City

Za co lubię ten film?
Bo mnie bawi, bo odpoczywam, bo odnajduję kawałek siebie w każdej z bohaterek, bo wspaniale jest pomyśleć, że można odejść od faceta tylko dlatego, że kupuje mieszkanie z garderobą tak małą jak szafa w przeciętnym m3, albo dlatego, że trzaska drzwiami. Luksus! I to jest to! Za to go lubię.
Bohaterki równie kochane co okropne: Carrie (S.J. Parker) chuda niemożliwie i z krzywymi nogami, Miranda-  złośliwa, Charlotte- głupkowata a Samantha- erotomanka.
 A jednak, kiedy jestem zmęczona, włączam kanał czterdziesty i wpadam w te wielkie szafy, garderoby, pralnie, podrywy, spotkania i rozstania,  kochanków Samanty, wahania Carrie, ironię Mirandy itd. itd. I już mi nie przeszkadza wielki nochal Parker i już nie drażni mnie, że mówią o niej piękna, że kamera żongluje tak sprytnie, by nie pokazać jej naprawdę.... Wpadam w rytm felietonów, które się nie kończą ani nie zaczynają, ale wiszą w powietrzu jak baloniki Okudżawy 
I lubię jej garderobę i tysiąc par butów i przystojnego Biga. Bo jest taki poważny i w ogóle..., i lubię, że ta Carrie taka powiewna z charakteru, taka nie do kupienia!
A Samantha? Fascynująca blondynka pełna życia, szczera do bólu (Kim Cattrall), erotomanka do kwadratu-  Ale jakże wolna! - zwłaszcza w krajach arabskich, gdy zrzuca spódnicę i paraduje w białych szortach na targu. Jak tu jej nie lubić! A Miranda? -cyniczna prawniczka z grzybową fryzurą- ale to ona „robi za faceta” w związku, co wcale nie jest rzadkie i to ją widuję w życiu codziennym a jej cyniczne uwagi w rodzaju: „ Czy on się nie podciera, jego majtki były brązowe...!” to samo życie. I wreszcie Charlotte z jej naiwnością i marzeniami o małżeństwie z facetem idealnym, z okrzykami i westchnieniami trzydziestoletniej nastolatki z rozwianym włosem. 
A jednak -kiedy idą razem przez miasto to kwartet doskonały. Kiedy piją kawę w kawiarni albo inne trunki i opowiadają o swoich rozczarowaniach i oczekiwaniach i nigdy się nie krytykują- to po prostu bajka. Te kobiety umieją się przyjaźnić, nie wchodzą sobie w drogę, nie odbijają facetów. Tutaj są idealne i za to je kocham.

Mam jeszcze jeden film na odpoczywanie: „Cztery wesela i pogrzeb” i oczywiście : „Bridget Jones”

piątek, 24 lutego 2017

Zakopany ręcznik


 Któregoś dnia znalazłam się na przystanku przy szpitalu Kopernika i czekałam na czwórkę. To już nie była taka trumna jak w latach osiemdziesiątych a nawet dziewięćdziesiątych XX wieku, ale wystarczająco stara, by ją z daleka rozpoznać. Była późna jesień 2004 roku, chłodn i mglista. Na przystanku stała elegancko ubrana kobieta po sześćdziesiątce z włosami utlenionymi na blond.Były ładnie przycięte, do ramion, starannie ułożone. Do tego beżowy, wełniany płaszcz, modna torebka, czułenka na średnim obcasie. Powiedziałam: dzień dobry i usiadłam na ławce a ona wyraźnie się ucieszyła i zaczęła rozmowę. Nie pamiętam początku, ale już po kilku minutach miała w oczach łzy. Opowiadała o mężu, który odszedł do innej i miał z nią syna i córkę:
"Ze mną nie chciał mieć więcej dzieci. Kazał usuwać ciąże, choć mieliśmy tylko jednego syna...a z nią zaraz po ślubie miał córkę a potem jeszcze syna... dlaczego? Nie mogę się z tym pogodzić. To było dawno, 15 lat temu i nie chodzi o to, że odszedł, ale że ma  dzieci, a mnie nie wolno było ich mieć. Nawet to pierwsze to był problem.  To mnie najbardziej boli."
 Wielkie łzy ciekły jej po twarzy i płakała w głos. Tramwaj długo nie przyjeżdżał i byłyśmy tylko we dwie. Kiedy wreszcie nadjechała czwórka byłyśmy już na ty i usiadłyśmy obok siebie. Kobieta z zapłakaną twarzą opowiadała mi o swoim życiu a stary tramwaj skrzypiał jadąc okrężną drogą na Bałuty. Jechałyśmy chyba godzinę i w końcu wysiadłam razem z nią, bo opowieść była ciekawsza od tego, co miałam załatwić. Mieszkała w bloku na pierwszym albo drugim piętrze w bardzo ładnie urządzonym mieszkaniu z lustrem na całą ścianę, w którym odbijała się zieleń. Wanda ( bo tak się nazywała) była inżynierem w zakresie włókiennictwa już na emeryturze. Kiedy zamknięto jej zakład i zwolniono z pracy dorabiała na dzianinach. Rozwoziła przędzę do 10 kobiet a one ręcznie dziergały swetry według jej wzoru. Wanda je sprzedawała rozwożąc po rynkach i sklepikach, najpierw maluchem a potem dużo lepszym autem. W tym czasie wszystko się dobrze sprzedawało, bo rynek był nienasycony.
" Byłam ciągle w drodze i jeździłam nawet do Gdańska. Zarabiałam coraz lepiej. On nadal pracował. Któregoś dnia powiedział, że odchodzi- ot tak po prostu jakby to był kolejny temat na śniadanie. Czy płakałam nie pamiętam. Zabrał swoje rzeczy i wyprowadził się do niej.  Tak, jest młodsza ode mnie, ale niech sobie będzie... tak już jest.  Z naszym synem spotyka się rzadko, choć Rafał dobrze sobie radzi. Jest kierownikiem w duzej firmie w branży cukierniczej. Jednak, kiedy ktoś mi powiedział wtedy po pół roku, że ona jest w zaawansowanej ciąży- przeżyłam szok i do dziś nie mogę się pozbierać, kiedy spotykam jego dzieci."
Za oknem był zwykły, szary dzień. Zrobiła herbatę i pokazała mi sypialnię. to był nieduży pokój z białym szerokim łóżkiem i białą szafą. Na ścianie  fototapeta z jakimś krajobrazem. Najbardziej podobało mi się przykrycie łóżka- bardzo kolorowe- ręczna robota z wełny. Wanda zaparzyła herbatę i opowiadała dalej.
" Teraz spotykam się czasami z kimś. Dałam ogłoszenie w internecie. Przychodzą tu różni faceci, ogladają mieszkanie i zaraz chcą się wprowadzać. Ostatnio jeden wymyślił, że swoje mieszkanie odda córce i zamieszka u mnie. Jaki sprytny. Jak szybko wymościł sobie gniazdko... a jeszcze powiem ci więcej. Był tu taki jeden z daleka - osiemdziesiąt lat. Nawet miły. No to posłałam mu w sąsiednim pokoju. A on w nocy przyszedł do mnie z ręczniczkiem... taki dziadek wyobrażasz sobie, czy on jeszcze może...? Ten ręczniczek...
Wyobraziłam sobie małego staruszka w piżamie z żółtym ręczniczkiem na ramieniu i wyobraziłam sobie, jak kładzie ten ręczniczek na jej prześcieradle i jeszcze widziałam go w lustrze. I nawet teraz go widzę. Nie powiedziałm nic, bo co tu można powiedzieć... Wanda mówiła dalej, dlaczego właśnie mnie, dopiero co poznanej osobie...? Przeszłyśmy do pokoju a ona mówiła dalej, tym razem o matce.  Dobrze  pamiętam.
" Któregoś dnia wróciłam do domu trochę później. Byłam na pierwszym roku studiów. Spytała mnie, co robiłam a ja odparłam, że miałam spotkanie z fajnym chłopakiem a ona uderzyła mnie w twarz z całej siły. Nic nie zrobiłam, pocałowaliśmy się tylko i to wszystko. Nie wiem, dlaczego to zrobiła. Była bardzo surowa. Kiedy wyszłam za mąż, nie wiedziałam nic o zapobieganiu ciąży.

- Jak to możliwe?- spytałam Przecież jesteś inżynierem

- To był temat tabu. Nigdy się o tym nie mówiło. Zachodziłam w ciążę i usuwałam ją, bo on nie chciał dzieci. Miałam jedenaście skrobanek. Jedenaście! Wyobrażasz sobie!?

Nie wiedziałam co powiedzieć. Była zapłakana i rozdygotana. Wyjechałam stamtąd po kilku godzinach. Spotkałyśmy się jeszcze raz albo dwa i potem kontakt się urwał.




wtorek, 14 lutego 2017

Zamknę oczy i nie widzę - nic

-Zamknę oczy i nic nie widzę...- powiedział staruszek zaciskając powieki

-Kiedy ja zamknę oczy, to też nic nie widzę - powiedziała córka uśmiechając się

-Serce nie bije, nic a nic- ciągnął ojciec  zdziwiony

- Ale żyjesz- odparła

-No tak, żyję, ale kaku nie ma...

- Damy lekarstwo, albo sok z kapusty i będzie. Pospaceruj trochę.

-Gdzie mam spacerować?

- Z kuchni do pokoju i z powrotem

- Oj Boże tak ciężko...

- Tato jeśli będziesz ćwiczył, to będzie coraz lepiej.

Staruszek nie mógł wstać z fotela, więc Alicja pomogła mu i z zadowoleniem patrzyła jak ojciec chodzi. Jeszcze kilka dni temu nie był wstanie ruszyć się z miejsca, nie był w stanie utrzymać łyżki i trzeba było go karmić. Cieszyła się, że tak ładnie je kremową zupę jarzynową z blendera. Był bezradny jak dziecko i całkowicie bezbronny, ale był w domu. W szpitalu nie chciał jeść, bo myślał, że go otrują. Nie ufał nikomu. Kiedy przyjechała do niego, poczuł się bezpieczniej i zjadł trzy jogurty a potem wypił kompot przez rurkę i sok bananowy.

- Czy pamiętasz kim jestem?- spytała siadając obok łóżka

- Pamiętam, ale nie mogę wymówić..., córka- powiedział z trudem i dodał szybko: uciekaj, bo ciebie zamkną, tutaj trupy wynoszą, zobacz, jak ich męczą...

- To pielęgniarki, one opiekują się tymi ludźmi- zaprzeczyła stanowczo
- Pożyjemy, zobaczymy- ciagnął z przekonaniem

- I karmią na chama ...zaoponował

- Karmią, bo by nie przeżyli, chcą ich uratować

- Ale ten jeden ciągle krzyczy! -dodał z lękiem

- Krzyczy, bo chce banana. Jak mu dam czipsy albo ciastka, albo cokolwiek, to przestaje krzyczeć- zobacz. On tymi krzykami zwraca na siebie uwagę- powiedziała córka

- On jest samotny, krzyczy z samotności- powiedział ojciec. Nikt go nie odwiedza.

-Masz rację, ale Ciebie odwiedza kilka osób- odpowiedziała córka

-Uciekaj stąd, oni i ciebie zamkną, tu są kraty w oknach!

-Nie zamkną mnie, jestem silna i zabiorę cię stąd- odparła

- Ja się modliłem do Boga, do wszystkich i do ciebie też się modliłem, żebyś mnie stąd zabrała

- Zabiorę tato. Jutro będzie wynik roentgenu płuc i jeśli będzie dobry, zabiorę cię do domu. Nie martw się.

W tym momencie weszła pielęgniarka i przyniosła leki

- Czy mogę...? spytał ojciec z obawą patrząc na córkę

- Tak tato, to lekarstwo.

Staruszek uspokoił się i połknął podane pastylki.

- Od rodziny biorą a od nas nie- powiedziała pielęgniarka i dodała: jak tata ładnie je, gdy pani go karmi...

Córka uśmiechnęła się i powiedziała:  ma do mnie zaufanie.

- No tak, no tak -pokiwała głową pielęgniarka i poszła do następnego pacjenta.

W sali było osiem łóżek i wszystkie zajęte. Byli tam młodzi mężczyźni i kilku starszych. Jeden z pacjentów był wychudzony i pod kroplówką. Rehabilitant pracował nad jego nogami. Prostował je, zginał, masował wychudłe łydki a jej ojciec przyglądał się temu ze strachem. Czuł się zagubiony w tym nieznanym miejscu i każdy jęk przejmował go lękiem.

- Tato przyniosłam laptop. Pokażę ci zdjęcia. Ojciec oglądał zdjęcia i usiłował przypomnieć sobie kto na nich jest.

- Nic nie pamiętam, nie wiem kto to jest....

- Ale tutaj zobacz, byliśmy tu razem, piłeś piwo a potem jedliśmy lody- przypominała córka

-Nie było cię długo i bałem się, że nie wrócę do domu- szepnął staruszek

-Musiałam zaparkować samochód a nigdzie nie było wolnych miejsc i odjechałam dalej ale przyszłam

- A ja myślałem, że zginęłaś...

- Nie zostawiłabym cię- powiedziała córka i dodała: Czy pamiętasz jak śpiewałeś?

- Pamiętam, wszyscy mnie podziwiali, oklaskiwali... - ciągnął z zadowoleniem i w tym momencie zapomniał o strachu.

- No właśnie, zaśpiewaj mi coś po cichu- powiedziała Alicja

Ojciec zaczął śpiewać starą piosenkę sprzed lat: " Umówiłem się z nią na dziewiątą, tak mi do niej tęskno dziś, pójdę wezmę od szefa a konto, kupię jej bukiecik róż...."

- Pan pięknie śpiewa- uśmiechnęła się pielęgniarka

- Ale kaku nie mogę... powiedział ojciec bezradnie jak mały chłopczyk i dodał: " Chcę do łazienki, muszę się wysikać."

Pielęgniarz pomógł mu wstać i posadził na wózku. Córka zawiozła ojca do toalety i przy pomocy pielęgniarza zaprowadziła go do sedesu. Czuła się zakłopotana, gdy mężczyzna ściągał ojcu pampersa i powiedziała: " Nie jestem jeszcze przyzwyczajona do tej sytuacji, może pan zostanie z tatą?"

- Oczywiście, rozumiem uśmiechnął się mężczyzna i zamknął drzwi. Kiedy wyszli, umyła ojcu dłonie nad umywalką a pielęgniarz zdjął gumowe rękawiczki. Dała mu dużą czekoladę z orzechami w rumie i powiedziała: Dziękuję za wszystko, niech pan nas dobrze wspomina.
Teraz byli już w domu , w jej mieszkaniu. Stała przy oknie i patrzyła jak ojciec powoli chodzi wzdłuż ścian dużego pokoju. Czasami zatrzymywał się przy ścianie i wracał z powrotem tyłem. Podchodziła do niego i mówiła troskliwie, obracając go delikatnie: " Przodem tato, przodem."

- Gdzie jest przód? -spytał ojciec

- Tutaj -odparła- wskazując jego pierś

-Ale serce nie bije... odparł z powątpiewaniem

- Bije, tylko nie słyszysz- odparła. Ja swego też nie słyszę, a wiem, że bije.

- Ale ja nie wiem- zmartwił się ojciec

- Tato, ty mógłbyś występować w kabarecie- roześmiała się głośno

-Ale gdzie ten kabaret...? - spytał ojciec

Alicja z czułością popatrzyła na ojca. Był łagodny i grzeczny, i trudno było uwierzyć, że szarpał się w pasach, że krzyczał na pielęgniarki, że jej młodszą siostrę nazywał suką, że wziął kuchenny nóż i powiedział, że ją zabije. To ona wezwała pogotowie i czuła się pokrzywdzona. Alicja myślała o niej z niechęcią jakby zobaczyła ją nagle od nowa. Siostra potrafiła być urocza i zabawna. Była duszą towarzystwa. Mieszkała w wygodnym domu i nie pracowała, bo jej mąż zarabiał bardzo dobrze i był pod jej wpływem, choć nigdy go nie kochała. A może właśnie dlatego?-  myślała Alicja - on ją całe życie zdobywa i choć świetnie sobie radzi jest ciągle zakochany i ślepy, a ona manipuluje. Zawsze była w tym dobra, choć nikt jej tego nie uczył.
Następnego dnia ojciec sam poszedł do łazienki i sam zjadł śniadanie- jajecznicę z trzech jaj. Alicja cieszyła się, że tak szybko wraca do zdrowia. On na pewno miał mały wylew, ale w szpitalu nikt nie zrobił tomografii, bo uważali, że skoro ma dziewięćdziesiąt lat, to już pora umierać i szkoda kasy. Niepotrzebnie dałam lekarzowi koniak i tak niczego nie zrobił. Powiedział, żebym z zapaleniem płóc zabrała go do domu, bo na pewno będzie mu lepiej. I rzeczywiście, był w coraz lepszej formie. Może to te leki, które dostawał w kroplówce tak na niego działały?- myślała Alicja. Ale dlaczego wyszedł w nocy na podwórko w skarpetkach? Dlaczego  krzyczał? Może zbyt długo tłumił to w sobie i w końcu wybuchnął. Przecież kiedyś bywał wybuchowy, ale nie aż tak. Siostra nie zadzwoniła do niej, nie powiedziała, że ojciec w szpitalu na oddziale zamkniętym, że ma zapalenie płuc. Dowiedziała się o tym dopiero po kilku dniach. Załatwiła urlop i pojechała. Był przerażony. Nie rozumiał, co się dzieje, ale poznał ją. Co będzie dalej? Lekarz mówi, że ma demencję, że będą dobre dni i takie, gdy nie będzie pamiętał nawet jej. Kto się nim zajmie, gdy pójdę do pracy? Trzeba kogoś wynająć, by z nim został, ale kogo? Alicja myślała gorączkowo, była zdenerwowana, od kilku dni sypiała jak zając, sprawdzając, czy ojciec śpi. W pierwszą noc spadł z łóżka, zasikał wszystko pomimo pampersa i wołał, że tonie. Następnej nocy dała podwójną dawkę ketrelu, jak zalecił lekarz i  spał spokojnie. A teraz był osłabiony, ale przytomny.

- Ona mnie okradła- powiedział ojciec po śniadaniu- zabrała mi wszystkie pieniądze, choć jest bogata. Przecież dałem jej co mogłem, dawałem połowę renty za utrzymanie a resztę odkładałem a ona mi wszystko zabrała i mówi, że wyniosłem z domu i zapomniałem. Zrobiła ze mnie głupka. Trzymałem wszystko w tapczanie i zbierałem dla ciebie a ona mi zabrała.
 Ojciec był smutny i wyglądał jak dawniej. Jego oczy już nie były zamglone.

- Nigdy nie czułem się u niej dobrze, choć to przecież mój dom...ciągle mi wymawia, że z tamtego domu, co jej zapisałem, to już prawie nic nie ma, że wszystko nowe, że to oni odnowili i ciągle jej mało. Czemu jest taka chciwa?, Przecież niczego jej nie brak?
 Zabrała mi wszystko i jeszcze wmawiała, że to ja gdzieś wyniosłem i zapomniałem. Chciałem jej przywalić, ale wezwali pogotowie i zabrali mnie  - ciągnął ojciec

- Mówiłam ci, że trzeba założyć konto w banku -wtrąciła Alicja

- Ale ja nie chciałem, żeby ona wiedziała, ile mam
- Tato, to bardzo łatwo obliczyć

- Oddawałem połowę i jeszcze mało...

- Zgłosisz to na policję, albo do sądu? Możesz zgłosić. Czy chcesz chodzić do sądu?

- Nie

- No właśnie, nie podasz jej do sądu, a poza tym to trudno udowodnić- powiedziała córka

Ojciec ma wpisaną demencję na karcie ze szpitala- pomyślała i nie wiadomo jak będzie się czuł, zanim sprawa się zacznie. Taki stres nie jest mu potrzebny. Kto się nim zajmie, gdy pójdę do pracy i czy wystarczy jego emerytura? Lekarz mówi, że będą lepsze i gorsze dni. A jeśli mnie któregoś dnia nie pozna, co wtedy?
Alicja popatrzyła na ojca w fotelu i uspokoiła się. Oglądał album ze zdjęciami zwierząt, bez okularów. Czytał duże litery i w pewnym momencie powiedział patrząc na mapę: to Ameryka Południowa a to północna. Co to za cholera, że rano nie mogłem tego przeczytać, ani nie znałem tej mapy? Co to się porobiło?
Alicja uśmiechnęła się i włączyła telewizor. Po raz kolejny obejrzała" Szklaną pułapkę" z dzielnym Bruce Willisem a ojciec powiedział:" Ja go już gdzieś widziałem, nie mogę przypomnieć... jak on się nazywa...?"




poniedziałek, 13 lutego 2017

Krakowski Kazimierz

Późną jesienią ubiegłego roku pojechałam do Krakowa i cały dzień spędziłam szwendając się po uliczkach i synagogach dawnej, żydowskiej dzielnicy. W świątyni Kupa, (co za nazwa) wszyscy panowie w jednakowych jarmułkach, biało niebieskich jak czepki kąpielowe. Skąd oni wzięli te czapeczki, myślałam. Można by w nich od razu wskoczyć do basenu … Może to modne na zachodzie…? Ale gdzie tam. Dostają je przy wejściu obowiązkowo. Wyglądają zabawnie i czują się nieswojo w tych czepkach z aparatami na piersi -wypasionymi jak armatki. Dwie kobiety w oddali zapadają w ciszę i modlą się. Ta potrzeba istnieje w każdej kulturze. Nie ma tej samej odpowiedzi dla wszystkich. Ja także jej szukam i odpowiedź - może być tylko moja.
Wychodzę z synagogi, idę dalej. Przede mną kawiarnia z książkami. Zamawiam hummus i koszerne wino a potem siadam przy regale z książkami. Wszystko o holokauście i gettach. Przeglądam i odkładam. Reszta po angielsku i niemiecku. Jestem jedyną Polką w tym przybytku wiedzy. Muzyka też egzotyczna. Przypomina Egipt. Sałatka z kuskusa i mięty nie bardzo mi smakuje, hummus ciężkostrawny, ale wino świetne. W końcu znajduję książkę dla siebie: poezję sufich. Przypomina mi się wirujący derwisz w pięknej sali na statku, gdy płynęłam po Nilu. Niezapomniany wieczór i noc- ciepła noc pustyni z odległymi światłami dalekich grobowców.
Napęczniała hummusem, zbieram swoje przyrządy i wyruszam dalej. Przede mną restauracja "Sąsiedzi”. Przyciąga i odpycha. Pachnie Grossem i pytaniami jak było naprawdę i jakoś nie mam złudzeń, że w czasach przemocy szlachetność była cieniutka.  W wąskich uliczkach, gdzie drewniane krzesełka, przytulne wnętrza w kafejkach i świece - nikt nie mówi po polsku. Sami cudzoziemcy, uprzejmi i grzeczni. Tżz się uśmiecham- jak Japończyk na lewo i prawo. Czasem rozstawiam statyw, ale dzień pochmurny i światła za mało. W końcu mam dość. Czuję się zagubiona, jakbym trafiła do innego kraju. Wracam do Polski- myślę i zdecydowanie wkraczam na Grodzką, która mnie prowadzi do sukiennic w zmierzchu i białych karet, i stangretów w cylindrach. Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń.


                                            To jeszcze nie Kazimierz, ale zbliżam się

Synagoga Kupa od zewnątrz." Kupat- cdaka" to po hebrajsku puszka ofiarna, stąd nazwa .


                                            Wnętrza synagogi Kupa, ulica Warszauera 8.



 A to moja kawiarnia. Mam słabość do książek, bo można w nich zatonąć. Niestety zapomniałam jak się nazywa...

        
      Synagoga Kowea Itim Le- Tora , ulica Józefa 42. Teraz są tu mieszkania.

                                             A to już droga powrotna do krakowskiego rynku

                                 A oto i on w nocnych światłach - jak zaczarowany

Orient-Express

  Czy życie nie jest piękne? Jeszcze wczoraj wieczorem zalało mi kuchnię, bo urwał się zawór zimnej wody pod zlewem, i popłynęło strumieniem...