poniedziałek, 9 listopada 2015

Kosmate liście muzy afrykańskiej



Siedział nago w rozrzuconej pościeli i czytał swój wiersz. Było późne lato. Patrzyłam na jego stopy na dywanie opierając się o poduszkę i słuchałam refrenu. Za każdym razem brzmiał inaczej, choć składał się z kilku słów : „Kurwo moja” z goryczą, podziwem i zdumieniem. Opowiadał o dziewczynie dla której stracił głowę.  I nie tylko on. Wyzwał na pojedynek swojego kolegę. Zabrali pistolety naładowane kulami i pojechali za Warszawę, żeby się powystrzelać. Na szczęście rany nie były głębokie. Może nawet draśnięcia. Skąd mieli broń? Nie pamiętam. W czasach PRL-u mężczyźni po studiach szli do wojska. To było obowiązkowe.
Poranek tak jak teraz zaglądał do wnętrza, do półotwartych kolan i odpoczywał tam zwieszając głowę, opadając w dół. Jezioro płetwonurków było pełne ciszy a konie w stajni wypuściły różowe jądra i obojętnie przeżuwały siano.
Zapalił papierosa, wziął do ręki mój wiersz i przeczytał powoli:
 Północ okrywa nasze ciała tak szczelnie
a jednak zostały nam w zwiniętych dłoniach
polarne piąstki i odcisk disco falowanej nocy
karbowanych ramion i wielbłądów innych
gdy płyną sawanną kosmate liście
żyrafy – muzy afrykańskiej
tak zakochanej, że nie uśnie
na porozrzucanych poduszkach lampartów
   
        Kwiaty zginają kobiety
        i okrywają imbirowym pyłem
        prostotę męską
       aż rogami i sercem
       jak półksiężyc islamu
       w kaszmirowy kosmos
       je owiną

- Twoje wiersze są dziwnie bezstylowe – powiedział w zamyśleniu. A potem dodał:
- I na tym polega ich oryginalność
Słuchałam go jak Boga. Był o jakieś dziesięć lat starszy ode mnie, miał czarny pas karate i był farmaceutą. Pracował w aptece, ale aptekarz brzmi o wiele gorzej  nieprawdaż…?
Przynosił mi wspaniały krem, który własnoręcznie ukręcał w pracy z pudełka Nivea, aptekarskich dodatków i kilku kropli perfum. Był doskonale delikatny. O właściwościach leków i składnikach chemicznych mówił tak samo jak o wierszach. I to mi imponowało.
Kiedy dziś nad ranem wracałam z pracy wyciśnięta jak żółta cytryna. Kiedy stały mi w gardle kłujące słowa, zerwał się wiatr i porwał liście z pól prosto przede mną na szosę i tańczył jakby zmora była już nieważna. Zetrzeć ją, wywalić  za okno.
Otworzyłam laptop i przeczytałam wiadomości nieprzeczytane. Kto zdobył nagrodę Szymborskiej- starszej pani, której nie mogę nazwać bliską, choć doskonale pamiętam jej wiersz ze szkolnej ławy: „Bez tej miłości można żyć/ mieć serce suche jak orzeszek/ maleńki los naparstkiem pić/ bez żadnych wzruszeń i pocieszeń” A zatem, kto ją zdobył? Jacek Podsiadło i Roman Honet. Żaden z nich nie przypomina tamtego farmaceuty sprzed lat, zwłaszcza Podsiadło- ten strach na wróble pod strzechą dredów. A jednak to jego piękny wiersz obudził to wspomnienie. 
                                                                                    
 07.11.2015



Koguciny i Senegal

Trzeciego listopada ubiegłego  roku, kiedy odbywały się dziesiąte z kolei-  sławne "Koguciny" w  nie mniej sławnej "Kuźni sm...