niedziela, 20 sierpnia 2017

Matrioszka


Bilet wydrukowany, walizka na kółkach, krótka rozmowa z ochroniarzem o kiepskim stanie toalety w city Pabianice i już podjeżdża mój pociąg. Przyjechał punktualnie z południowej Polski. Wsiadam i idę na wykupione miejsce przy oknie do wagonu numer sześć. A tu zajęte. Dziadek z wnuczkiem ze Śląska. Wnuczek dobrze wygląda i ma dwanaście lat, więc trudno. Nie będę stała w przejściu aż do Białegostoku. Dziadek też nie ma miejscówki, ale było wolne, więc usiadł. Wybrał się do Warszawy z czterema chłopcami na zwiedzanie i do planetarium. Trzech pozostałych w następnym wagonie. Dziadek prowadzi wnuczka do starszych i wraca. Pyta o to, o tamto..., ja odpowiadam uprzejmie ale za cicho... On nie słyszy na ucho od mojej strony, więc odpowiadam coraz głośniej. Już pół wagonu nas słyszy.... Już wiem, że wynajął pokój w hotelu i gdzie mieszkają dzieci i że był stolarzem. Wyciągam książkę, żeby poczytać i wybrnąć z sytuacji, ale on pyta o fotografie, gdzie to są takie ładne miejsca....? Zdjęcia nie podpisane. To książka Bryana Petersona na temat kompozycji i jak robić zdjęcia - odpowiadam. Szkoda, ten most taki piękny, może z wnukami by pojechał...? Ale to w Nowym Yorku...! Na szczęście Centralna już blisko i zaraz wysiądzie myślę po cichu. W tym momencie przychodzi wnuczek i siada mu na kolanach. Duży, silny chłopiec na szczupłych kościach starszego pana a za chwilę przychodzą inni- wysokie smukłe chłopaki. Najstarszy ma szesnaście lat.
I coś mnie nagle zdumiewa w tej sytuacji, bo nastolatki w tym wieku ganiają za dziewczynami a oni skupieni wokół dziadka, który niedosłyszy. I widać, że dziadek jest ważny.
Do widzenia. Zapada cisza. Obok mnie wolne miejsce a Intercity nabiera rozpędu. Przeglądam pisma kobiece, dobre rady, wyglądam przez okno a tu pociąg stanął. Czemu tak długo?- pytam konduktora. Drzwi się zacięły. Mija dwadzieścia minut a one nadal otwarte. Ale ja mam tylko sześć minut na przesiadkę do Ełku... - mówię do kierownika. Kierownik zdenerwowany, wychodzi, wchodzi a drzwi nic, przymarzły od klimy czy co...? aż czupryna porudziała ze stresu. Wreszcie jedziemy! Zamknęły się! Żeby tylko się otworzyły jak dojedziemy na miejsce...- myślę i spoglądam na młotek. W razie czego wybiję szybę...
Dojeżdżamy do Białegostoku. Już po czasie..., trudno pojadę następnym ale przez głośniki słychać ogłoszenie: „Podróżni do Suwałk i Ełku wasze pociągi czekają na drugim peronie, proszę zwrócić uwagę na bagaż podręczny” Chwytam swoją walizkę, rozpalam kółka i pędzę po klepkach aż do Przewozów Regionalnych a tu cisza i spokój. Wagony prawie puste, wyścielone czerwonym pluszem, poprzecieranym i rzadkim ale ile miejsca...! Czuję się jak u siebie, wyciągam jabłko i nogi i patrzę jak mój pociąg powoli, powoli wyjeżdża z Białego... Biletu nie mam, bo przez internet można wykupić jedynie na intercity a dalej ani rusz. Czemu tak? Nie wiem. Przegryzam jabłko i wyglądam przez okna. Pojawia się konduktorka: uśmiechnięta i jasna, pulchna jak matrioszka a ja zaczynam szukać portfela. A ona do mnie powolnym, słodkim głosem zaciągającym :
  • A niech nie szuka.., niech spokojnie zje japko..., ja pójdę dalej, obejde wagony i kupi sobie jak wróce. A może poczekam...?”
    I siada na wprost mnie jak najpiękniejsza dynia... Włosy jasne związane z tyłu, buzia jak księżyc w pełni, spodnie granatowe, za ciasne, urzędowa koszula... Ja zaniemówiłam a ona prawi dalej:
  • Oj nie ma biletu....? Jaka szkoda, będzie musiała zapłacić osiem złoty drożej... Niech je, ja mam czas, ja poczekam.

                              I to jest właśnie istota Podlasia– serce rośnie.




sobota, 19 sierpnia 2017

Co by tu zahaczyć


























Kiedy jadę solidnym Nissanem z otwieranym dachem, który nie jest mój, czuję się tak, jakbym była niezmiernie bogata. Mój bagażnik jest prawie pusty, bo mogę zatrzymać się gdzieś po drodze i kupić wszystko, co mi potrzebne: choćby tenisówki czy sukienkę od Paco Rabanne. Przerzucam po kolei kanały radia na pulpicie, szukając czegoś ciekawego, ale mam wrażenie , że wszystkie stacje zajęte przez familię rydzyków, więc wyłączam i ustawiam swój smartfon jak telewizor na desce rozdzielczej i słucham ze wzruszeniem Wesołej lwowskiej fali i słucham tak miłego dla moich uszu lwowskiego zaciągania, gdy ostatni batiar Tońko opowiada: „Hula gość bez granice i taska duży worek. Wyskakuje posterunkowy i pyta:

  •  Wujku a co ty tam taskasz...? Ten się troszki zmieszał i mówi od niechcenia
  • A ja taskam pokarm dla ptaszka.
  • To ten posterunkowy na to:
  • Co pan myślisz...., że ja taki durny jak pan mądry...? Pan myśli, że ja nie widze, że to kawa....? ta , gdzież to ptaszek będzie jadł...?
  • A szmugler na to wstrząsając ramionami:
  • O, wa! Niech nie je.
W dobie powszechnego bluzgania i agresywnej muzyki słucham uroczych opowieści  sprzed lat jak najlepszego balsamu i jeszcze Eugeniusza Bodo i Adama Astona i znowu słyszę akordeon I podśpiewuję na autostradzie Poznań- Łódź, gdy wspiera mnie MC Polska.
-Lepszy mały handelek niż duży szpadelek- mówi kuzyn Marian i dodaje : Po co zarabiać tysiąc albo dwa, jak można zarobić dziesięć...? Ale trzeba zaryzykować.

I te dziesięć mi chodzi po głowie od rana...  A ja taskam ogórki z rynku a potem wkładam w słoiki i co ogórek to tysiąc.


czwartek, 3 sierpnia 2017

Bezlitosna łaska


Kilkanaście lat temu czytałam książkę pt „Bezlitosna łaska” dr M. Scotta. Uderzyło mnie wtedy stwierdzenie, że łaska jest niezależna od dobrych uczynków, że można dokonywać ich stale i nie doświadczać stanu łaski. Na łaskę nie można zasłużyć.
II

Łaska to stan szczęścia i błogości, to odczuwanie piękna i harmonii w życiu. Czasami wystarczy niewiele- jedna tabletka serotoniny
Poczucie szczęścia zdaniem neuropsychologów zależy od poziomu trzech neuroprzekaźników: serotoniny, dopaminy i oksytocyny. Dopamina pozwala przeżywać pozytywne emocje, oksytocyna ( hormon miłości) wpływa na więzi z innymi a serotonina ( hormon dobrego samopoczucia) wpływa na poziom agresji, stany obniżonego nastroju itp A zatem brak tych hormonów w genach albo niewłaściwy poziom powoduje rozpacz, agresję, uzależnienie, pustkę i depresję.
„I taka straszna trwoga, że nie ma Boga nie”... przejmująco śpiewał Rydel.
Oto i łaska. Dostałeś ją w genach albo nie. Niektórym pomaga jedna tabletka a innym nie pomaga żadna, ale nie jest wykluczone, że ten problem zostanie rozwiązany w przyszłości.

III

Odrywa mnie od smutnej i szarej rzeczywistości tajemnicza liczba Fi. Widać ją w układzie liści na drzewach i w budowie naszych płuc i w architekturze i muszli ślimaka. I pięknie jest pomyśleć, że na początku była idea a potem wzór, bo taki jest wniosek z wykładu o ciągu Fibonacciego, którego słucham już drugi raz. Inteligencja w Kosmosie. Liczba fi i nieśmiała nadzieja.




poniedziałek, 24 lipca 2017

Astur Astur

Jeden turnus się kończy a następny zaczyna. Na stoliku herbata i kawa, kolejni goście chętnie się częstują. Siadają za stołem na wygodnych krzesłach i czekają na przydział pokoju. Do świetlicy wchodzi młody mężczyzna z chustką na głowie. Towarzyszą mu dwie kobiety.
  • Poproszę dowód- mówi pani Zofia a następnie pochyla się nad stołem i liczy: samochód (10 zł) dwa namioty ( 2x 30), energia elektryczna: dwie rodziny po trzy osoby( 6x10zł)...
  • Może jakaś obniżka? -pyta „Chustkowy”
  • Ze mną można się dogadać- mówi pani Zofia- Energię policzymy po 5 złotych i samochód też po pięć
  • O, to polecę wszystkim- uśmiecha się mężczyzna
  • Jeszcze opłata klimatyczna-2 zł, razem za dwie rodziny za dwie doby 290zł podsumowuje prowadząca.
  • Może jeszcze jakaś obniżka...uśmiecha się „Chustkowy”
  • Niech będzie, za dwie doby 280- odpowiada pani Zofia i dodaje: oferujemy też masaże ze zniżką...
  • Zapiszę się mówi dziewczyna
  • Masaż częściowy-25 zł 20minut- ciągnie pani Zofia
  • niech będzie- odpowiada dziewczyna
    Chustkowy uśmiecha się, robi sobie kawę i mówi: teraz to nawet w sklepie żelaznym jest kawa i herbata a następnie poprawia chustkę i wychodzi na szeroką polanę wśród sosen. W głębi ukrywa się nieduży ale bardzo ładny dom z czerwoną dachówką w stylu dworku. W zagrodzie kucyk i koń skubią trawę. Droga wysadzana brzozami prowadzi do cudownej, czystej wody. Jeśli wypłynie się na środek jeziora, wszyscy są daleko i choć są tu tysiące turystów w okresie lata nie przeszkadzają z oddali. Skupiają się na piaszczystych plażach jak kolorowe placki. Wśród trzcin buszują perkozy i wyłapują małe rybki dla swoich maluchów w paski. Szybują także mewy. W wietrzne dni pływają żaglówki, ale nie mogą zanadto się rozpędzić, bo jezioro jest niewielkie i nie ma połączeń z innymi. Jednak woda pachnie pomimo rzeszy turystów i wywiera niezapomniane wrażenie. Kiedy wychodzę na brzeg idę na lody do kawiarni wśród kwiatów a potem do hotelu.
    Ośrodek Astur prowadzą trzy siostry: Krystyna, Zofia i Grażyna a pomaga im dorywczo jeszcze czwarta: Izabela. Szefową i właścicielką jest - pani Krystyna. W czasach PRL zajmowała się turystyką, następnie wynajmowała pola namiotowe we Włoszech i organizowała tam wczasy dla polskich wycieczek a kiedy opłacalność spadła, przedsiębiorcza polonistka wygrała przetarg na 4,4 hektarowy ośrodek z szeroką plażą nad Jeziorem Białym i przystosowała go do potrzeb osób niepełnosprawnych. To był strzał w dziesiątkę, ponieważ niepełnosprawni mogą liczyć na dotacje. Ludzie, którzy stracili nogi w wypadku samochodowym mogą tu pływać spokojnie wśród innych nie budząc emocji jak na zwykłej plaży. Po głównej alei jeździ wiele wózków. Są tu młodzi i starsi i dzieci. Pani Grażyna – farmaceutka stara się o zapewnienie odpowiedniej terapii, organizuje zajęcia, wykłady i wycieczki do fajnych miejsc Lubelszczyzny. Każdy turnus trwa dwa tygodnie. Zaczyna się ogniskiem i wspólnym śpiewaniem przy akordeonie i kończy podobnie. Kucharki przygotowują tort przekładany czarną porzeczką i truskawkami. Smakuje wspaniale, bo powidła są bez cukru. Jadłam je codziennie na śniadanie i cieszyłam się, bo wędlin „sklepowych” nie lubię. Jadłam też bardzo dobry pasztet z cieciorki, drobiu i wołowiny, który tutaj przyrządza się w kuchni. Menu jest typowe jak wszędzie, ale dzięki dodatkom z agrestu, porzeczek i ciecierzycy miło je wspominam.
    Koszt pobytu jest wysoki. Za dziecko z autyzmem lub Zespołem Aspergera płaci się 2950zł a za opiekuna 1850. Dwoje dzieci z Aspergerem plus dwoje rodziców to w zaokrągleniu 10.000 zł (za dwa tygodnie) plus koszty dojazdu Jednak po raz kolejny spotykam tu małżeństwa, które decydują się na przyjazd. Zbierają pieniądze przez cały rok i korzystają z częściowych dotacji Cyfrowego Polsatu lub innych fundacji. Kiedy rozmawiam z nimi wieczorem przed bungalowem na powietrzu mówią, że jest to dla nich duży wydatek pomimo dopłat. Jednak przyjeżdżają, bo mogą wymieniać doświadczenia z innymi rodzicami, bo ich dzieci są wśród podobnych sobie i już nie są inne. Na jednym ze spotkań jest wywiad ze studentem, który ma Zespół Aspergera. Był olimpijczykiem w liceum i dostał się na politechnikę (wydział kartografii) bez egzaminu. Opowiada o swoich problemach, o kłopotach z przystosowaniem się a także o osiągnięciach. Kiedy go pytam, czy słyszał, że Korwin- Mikke też ma Zespół Aspergera- uśmiecha się i odpowiada, że to świetne pytanie na dzień dobry...
    Każdy dzień jest wypełniony. O ósmej śniadanie a potem zajęcia indywidualne z psychologiem lub logopedą i grupowe z elementami zabawy. Dzieci w sześcioosobowych grupach pieką pizze, jeżdżą na wycieczki rowerowe, bawią się na boisku, uczą się jazdy konnej, pływania itp. Terapeuci są młodzi, uśmiechnięci i pełni zapału.
    Większość osób woli mieszkać w domkach, bo mają taras ze stolikami i większą przestrzeń. Po raz drugi widzę rodzinę, która tu przyjechała z trójką rodzeństwa, przy czym tylko najmłodszy chłopczyk ma Zespół Aspergera. Ojciec wytrwale uczy go jazdy na rowerze. Na wycieczkach do muzeów boi się go każdy przewodnik, bo ma doskonałą pamięć i zadaje trudne, szczegółowe pytania. Jest historykiem prawa. Któregoś dnia mimochodem dowiaduję się, że w starożytnym Rzymie wyzwalano tak wielu niewolników, że wprowadzono dekret ograniczający. To było coś nowego, bo Rzymianie kojarzyli się mi się głównie z igrzyskami i okrucieństwem. Sądziłam, że wyzwolenia były nieliczne.
    Wieczorem na codzienną pogawędkę przyjeżdża kobieta, która straciła obie nogi w wypadku jako dziewiętnastolatka. Mówi, że pomimo upływu lat wciąż je czuje. Ma wózek inwalidzki samojezdny. W słoneczne dni spotykam ją w wodzie. Radzi sobie bez pomocy. Kiedy zaczyna się turnus rehabilitacyjny dla osób z dysfunkcją ruchu lub układu oddechowego alejki ośrodka zapełniają się wózkami. Spaleni słońcem ratownicy cały dzień spędzają na pomoście wpatrując się w wodę. Ojcowie bawią się z dziećmi i budują zamki z piasku i fosy, biegacze biegają po malowniczych ścieżkach, rybacy łowią ryby, wspinacze wchodzą na sosny a rowerzyści śmigają po lasach. Znam tylko kilka jezior na Lubelszczyźnie: Jedlanka, Glinki, Krasne, Czarne i Białe. Wszystkie są urocze ale najpiękniejsze jest Białe. 
Maszyny do szycia z żeliwnej koronki - jako kwietniki przy wejściu do kawiarni

  
Stoły pod parasolami to kolejny element rodzinnej firmy. Tutaj można zjeść lody, frytki, piwo, posiedzieć z przyjaciółmi.



      Domki po deszczu

    w starych łódkach posadzono kwiaty


      a samochody maja miejsce wśród brzóz




    Konie huculskie są łagodne. Podobno rozumieją, co się do nich mówi...
    

    
    Wieczory to czas dla rybaków

    Spacer do Okuninki polną drogą wśród trzcin


       Ulubiona kładka - nastolatki z turnusu

 Widok na plażę ośrodka w głębi.

sobota, 22 lipca 2017

Jezioro pierwsza klasa


Jeszcze wczoraj pływałam w Jeziorze Białym na Polesiu Lubelskim i już za nim tęsknię. Cudownie czysta, chłodna woda naprawdę dodaje energii i w dodatku pachnie, choć nad brzegami co krok ośrodek i 70/ 80 tys turystów w sezonie letnim. Wieś Okuninka przeżywa oblężenie i cieszy się z najazdu wczasowiczów, którzy maszerują w te i we wte jak na molo w Sopocie. Każdy turysta to pieniądz. W nocy tysiącami świateł rozbłyskuje „Luna park” i w ogóle nie widać, że jest zardzewiały. Łabędzie na karuzeli szybują w górę, mini samochody rozbijają się co kilka minut w radosnym gwarze rozbawionych kierowców, straszne młoty spadają w dół a ludzie do góry nogami wrzeszczą jak opętani i szybują do nieba. Na plaży króluje disco polo i nocne fajerwerki. Wata cukrowa w różnych kolorach i wielkich zaiste rozmiarach barwi buzie maluchów na malinowo i niebiesko. Chłopcy wymachują świetlnymi mieczami Jedi a dziewczynki pulsują koronami na głowie. Barwny, wesoły pochód słychać tak długo dopóki nie spadnie deszcz. Wtedy nie jeździ nawet miejscowa ciuchcia na gumowych kołach. To jest ciuchcia bez szyb i bez pasów, swoista prowizorka, trochę jak przedłużona riksza, choć nie jest na pedały. O nie - ma kierowcę. Prędkość bo ja wiem...20, 30 na godzinę i tak sobie jedzie szosami wokół jeziora aż do mojego ośrodka , gdzie spędzam dwa tygodnie.

Już teraz tęsknię za tą wspaniałą wodą z zapachem tataraku. Tego zapachu już dawno nie ma na Mazurach a tu wciąż istnieje. Jak to się dzieje, że pomimo tak wielkiego najazdu turystów to maleńkie jezioro (107 ha) ma pierwszą klasę czystości- naprawdę nie wiem. Może to zasługa piaszczystego dna, może głębokości, która dochodzi nawet do 33 metrów, może kredowego podłoża...? Jednak czytam w raporcie, że jezioro z powodu tak wielkiej ilości przyjezdnych może wkrótce utracić swoje, pierwsze miejsce   ... Woda jest coraz mniej mniej przezroczysta. Przezroczystość sięgała ponad czterech metrów w roku 2004 a w 2013 już tylko jednego metra. Znikają podwodne łąki a niektórzy po kryjomu odprowadzali tu ścieki. W tym roku zabroniono jazdy na motorówkach, jednak przez kilka dni z rzędu ćwiczył nad nim helikopter straży pogranicznej rozpryskując śmigłami fale. Mam nadzieję, że to jezioro- najpiękniejsze na Lubelszczyźnie zdoła przetrwać i oczyścić się w okresie  jesieni, gdy ludzie wracają do domu, by w następnym roku znowu wszystkich cieszyć. Każdy tu znajdzie coś dla siebie. Pokój w domu prywatnym po 40, 50 zł za dobę od osoby lub po 200/300 zł w luksusowym hotelu „Sanvit” ( pod warunkiem, że wynajmujesz pokój minimum na tydzień, jeśli tylko na weekend to po 500 od łebka.
Blisko stąd do przejścia granicznego z Ukrainą (40 km) i Białorusią (20 km), do Lublina -setka. O tym, że wokół są lasy i  fajne zaplecze dla rowerzystów już chyba nie muszę pisać...




Ktoś posadził przy brzegu hortensje



W oddali plaża ośrodka Astur


karuzela w Luna Parku

sobota, 1 lipca 2017

Początek urlopu

Żeby zrobić dobry obiad trzeba jechać nad stawy, położyć się na trawie w cichym miejscu obok wielkich drzew, które dają cień i szemranie wiatru i po prostu opalać się przez godzinę, bo dwie to już za dużo i nudno, chyba że się zaśnie. Powoli wszystko ucicha, wszystkie niepokoje. Na wrotkach jedzie dziadek ale pełen werwy a obok śmigają rowery, dzieci na huśtawce dźwięczą dalekim śmiechem, chłopak z dziewczyną oparci o siebie czytają na kocu. Na nartach wodnych przewraca się pływak a chmara kaczek chowa się pod mostem. To jest dobry dzień. Teraz można odjechać, kupić schab i przygotować najprostszy polski obiad. Cóż mięso nie jest wspaniałe..., nie pochodzi od świń, które pomrukują w słomie i taplają się w błocie na wolnym wybiegu. Mięso ze sklepu nie pachnie nigdy, ale innego nie ma, więc biorę ładny kawałek myję pod kranem i wodę zbieram w miskę. Podlewam nią pelargonie, żeby pięknie rosły. Potem schab kroję w plastry, ubijam tłuczkiem nie i odstawiam na chwilę bez solenia. W innej misce rozbijam jajka wiejskie, solę i pieprzę a potem wkładam w nie plastry mięsa i oprószam bułką tartą. Jeśli mam dobry smalec to smażę na smalcu, na złoty kolor a jeśli nie mam to na oleju, lecz olej kilka razy zmieniam. Zapomniałam dodać, że wcześniej oskrobałam młode ziemniaki z różową skórką i ugotowałam razem z cebulą (dodaje smaku nawet starym kartoflom) a nad nimi na parze umieściłam kalafior. Posoliłam wszystko dopiero pod koniec parowania i po odlaniu wody obsypałam koperkiem: pachnąco zielonym. Do tego jeszcze szybka sałatka z pomidorów malinowych (im większe tym lepsze) z dodatkiem rzodkiewek, szczypioru, pietruszki i kopru. Doprawiam według smaku i polewam olejem z pestek winogron. To mój ulubiony: delikatny, bezwonny i doskonały zarówno do sałatek jak i do smażenia.
I gotowe. Na dużym talerzu soczysty złoty kotlet, kilka ziemniaków, kalafior, kolorowa sałatka. Czy mam pisać dalej? Na kolację truskawki z blendera z dodatkiem śmietany i miodu Janusza z pasieki "Bee Royal" , ale to nie koniec. Tym sosem polewam gorące, drożdżowe bułeczki na parze nadziewane też truskawkami. Sama je robię. Lubię jak rosną na drewnianej stolnicy oprószonej mąką. Na koniec zrobię ulubioną herbatę i obejrzę film na kanapie i to jest mój początek urlopu.


czwartek, 22 czerwca 2017

Dyrektor basenu

Któregoś dnia napisał do mnie Francuz. Przysłał kolekcję kwiatów z podkładem muzycznym i przedstawił się jako chirurg plastyczny, który dzieciństwo spędził w Łodzi. List napisany poprawnie i z odrobiną fantazji był całkiem do przyjęcia. Odpisałam i tak zaczęła się korespondencja o dzieciństwie, które spędził w Łodzi, o ulicach, które dobrze znam i o książkach do których mam słabość. Po pewnym czasie zorientowałam się, że to mitoman.
Jednak ta historia przypomniała mi kuzyna, który przez całe życie odgrywa różne role i choć obecnie nie mam z nim kontaktu czasem go wspominam. Jako dziecko i nastolatek psocił i figlował jak książkowy Gaweł i zawsze miał pomysły. Niektóre beznadziejne a inne wspaniałe. Beznadziejny był pomysł, by przywiązywać psom do ogonów zardzewiałe konserwy ze śmietnika. Psy biegały po wsi jak szalone z trzema puszkami na sznurku, dudniąc po bruku. Inny pomysł dotyczył pijaka, który chrapał na plaży opalając się w piasku. Złośliwy "Gaweł" włożył mu między palce stóp podarte kawałki gazet i podpalił, chowając się za wierzbą. Dobrze, że woda była blisko... Wieść o tym wydarzeniu rozeszła się błyskawicznie i wszelkie pijaki omijały plażę, z wielką korzyścią dla wiejskich dzieciaków. Pomysły ze ślizgaczem rozpędzonym na falach były niebezpieczne ale malownicze, zwłaszcza kiedy stawał na rufie w białych szortach z olbrzymim megafonem ogłaszając atrakcje. Jego opowieści pełne humoru zjednywały słuchaczy i wiele mu wybaczano. Któregoś dnia oznajmił, że jedzie do Ameryki, żeby zarabiać krocie. Gdyby ktokolwiek z nim pojechał nic by nie zarobił ale na pewno by się naśmiał i to na długi czas. Gaweł rzecz jasna nigdzie nie pojechał, bo tu miał swojego farta i byt zapewniony. Wszędzie był u siebie, zarówno w stolicy jak i „w Ukrainie”, kiedy otwierał okno samochodu i krzyczał do żołnierzy: „ Dawaj Wania dawaj! Wpieriod! U schyłku socjalizmu pojechał do Rumunii na tygodniowy wypad. Kiedy skończyły się pieniądze wszedł do knajpy z kilkoma kolegami i odegrał rolę pułkownika KGB, który tu podróżuje incognito. Był tak pewny siebie i tak przekonujący, że został natychmiast za darmo obsłużony razem z kumplami. Czuł się doskonale grając coraz to inne role jakby świat wokół był teatrem. Wychodził na scenę i wszyscy wiedzieli, że będzie zabawa. Któregoś lata przyjechał na weekend do mojego brata i zaproponował wyjazd do hotelu w Szeligach po drugiej stronie jeziora. „Gaweł” był z dziewczyną a brat z niedawno poślubioną. Pojechali we czwórkę a tu masz - impreza zamknięta dla górników ze Śląska, którzy nad jezioro przyjechali na wczasy i bawią się wesoło przy orkiestrze na lśniącym parkiecie w sali bankietowej. Każdy by się wycofał, ale nie nasz bohater. Przybrał groźną minę, nastroszył wąs, zastukał głośno i jak nie warknie na portiera, że kapsle porozrzucane!, że papiery,! że on nie po to zorganizował tu imprezę, żeby sterczeć za drzwiami...! Od razu podziałało: drzwi już otwierają, ukłony, przeprosiny, ależ proszę bardzo panie dyrektorze, prosimy do stołu, już podane talerze, rozłożone zakąski, pstrągi na półmiskach, kieliszki napełnione i wszyscy wznoszą zdrowie pana dyrektora oraz jego zastępcy. Zastępca był wzorcowym szychą niczym sławny elektryk ze stoczni gdańskiej.  Cała czwórka świetnie się bawiła a że „dyrektor” był przystojny a "zastępca" wirował na parkiecie - nikt nie zapytał o szczegóły. Wyszli nad ranem jako wielkie szychy czule żegnani przez zebranych. Tak działa pewność siebie a gdy dochodzi poczucie humoru- to sukces murowany.
Tych ról było więcej i niektóre dobrze pamiętam, bo znamy się od dzieciństwa. Ojciec „Gawła” przyjeżdżał czarną wołgą z szoferem i ten szofer czekał, aż pan pułkownik zje obiad albo też się zdrzemnie. W międzyczasie czytał gazety albo słuchał radia i był zadowolony z obrotu swojej pracy. Kiedy było ciepło, szedł sobie popływać a wieczorem zjadał kolację z pułkownikiem i odjeżdżali. „Gaweł” był jego synem - dzieckiem arystokracji ludowej. Długo spał, obijał się, wszystko mu załatwiano i kochano za psoty nawet te złośliwe. Jego dom to był inny świat. Mieszkali w kamienicy z czerwonej cegły, gdzie sufity były wysokie a klatki schodowe obszerne. Zjeżdżaliśmy wesoło na wycieraczkach z gumy z pierwszego piętra na parter albo też na poręczach, które lśniły drewnem o zachodzie słońca.
Pamiętam bardzo dobrze jakby to było wczoraj: zielony kaflowy piec zabytkowy na lwich nogach, cztery fotele z granatowym obiciem i kanapę na której spałam. Była też biblioteczka, pełna książek, których nikt nie czytał. Budziłam się rano przed szóstą i na palcach szłam do łazienki, bo wszyscy spali do dziesiątej. W kredensie na szklanej tacy leżały ciasteczka kakaowe i różne smakołyki a w kuchni na lodówce był kawowy tort. Siadałam w fotelu i czytałam Nędzników Wiktora Igo. Ja podkradałam rodzynki i orzechy a Jan Waljean kradł chleb dla głodującej rodziny. Potem brałam kolejny tom i przewracałam kartki: Hrabia Monte Christo uciekał z lochu jako nieboszczyk zaszyty w całun pogrzebowy - a kuzynostwo słodko spało. Wreszcie powstawali.
Ciocia pełna zachwytu dla urody syna, rozpieszczała go niemożliwie. Córka natomiast była córeczką tatusia. Miała piękne sukienki. W sklepach takich nie było. Któregoś dnia dostałam po niej suknię z cudnym kołnierzykiem i spódnicą z halką obszytą koronkami. (Byłam trzy lata młodsza) Do dziś ją pamiętam. Byłam taka dumna... Ciocia zaplotła mi warkocze, ubrała w kokardy i wmaszerowałam do pokoju dzieci, które się jeszcze przeciągały. "Gaweł" był sporo starszy. Ja byłam dzieckiem, a on nastolatkiem. Na podłodze leżały skóry dzików a na ścianie wisiała wielka mapa Europy a w rogu - zbiór map z całego świata i wielki globus na stoliku. Wyposażenie dużo lepsze niż w mojej szkole podstawowej. Nawet w liceum, w klasie geograficznej nie było tylu map. Nikt nie był nimi zbytnio zainteresowany. Kiedy były zwinięte służyły nam za tyczki do zabawy. Nauka nie była mocną stroną mojego kuzyna. Ojciec przenosił go ze szkoły do szkoły, bo lekcje były dla niego kolejnym placem zabaw i miejscem do popisów. Na koniec dziarski Gaweł wylądował na krańcu Polski w technikum rolniczym, gdzie żelazną ręką dyrektorował jego wuj. Z pomocą bożą zdał maturę i to był koniec jego edukacji. Od tej pory wcielał się w różne role i świat był pełen kolorowych wrażeń. Nawet w wojsku, które przymusowo odbywał jako opiekun hali sportowej. Po odbyciu służby miał zapewnioną pracę ratownika na miejskim basenie, mieszkanie i samochód a gdy mu czegoś brakowało miał szeroko otwarte serca i kieszenie kochających rodziców- całkiem niezła karma...
Były i cienie w tej postaci jak to zwykle bywa, ale ja go zostawię takim jak pamiętam jako nastolatka. Któregoś dnia wsypywaliśmy z wozu kartofle do piwnicy i pomagał nam -"Gaweł" wymachując gablami a tu ormowiec się przyczepił, że tarasujemy ulicę a pies zaczął szczekał jak wściekły. Ormowiec zdenerwowany mówi, żeby go zabrać a Gaweł na to: „ Spokojnie- swój swego nie gryzie”. Tajniak odsłonił swój ukryty znaczek i powiedział mściwie: ja ci jeszcze pokażę...! A na to Gaweł od niechcenia:” Panie ja mam te znaczki w każdej klapie...!” Cóż było robić... ormo ani pisnął, założył czapkę i zęby zacisnął a pies go gonił i gonił...

"Gaweł" przyjeżdżał do nas często- zwłaszcza latem. Któregoś dnia, podczas wakacji mój ojciec bardzo się denerwował, że nie przyjeżdża kombajn a zboże bujne i dojrzałe prosiło się o koszenie.

- Wujek nic się nie martw ja to załatwię – powiedział Gaweł ochoczo i dosiadł motoru, jadąc do Kałęczyn, gdzie było kółko rolnicze. Zatoczył koło na placu, wysiadł zamaszyście i przedstawił się jako dziennikarz Gazety Białostockiej. Wyjął notatnik i długopis przybrał ważną minę i wszedł do kierownika. Sekretarka w popłochu schowała swoją szklankę i zestaw do paznokci. Stojąc w otwartych drzwiach oznajmił pewnym głosem, że rolnicy z Mrozów na niego narzekają w sprawie kombajnu a zwłaszcza jeden, którego wymienił, więc on przyjechał na wywiad w tej sprawie. Kierownik nie chciał być w gazecie, obiecał poprawę i tego samego dnia przysłał kombajn na nasze pole...



Matrioszka

Bilet wydrukowany, walizka na kółkach, krótka rozmowa z ochroniarzem o kiepskim stanie toalety w city Pabianice i już podjeżdża mój poci...