poniedziałek, 26 stycznia 2015

Granatowe niebo

Pochmurny styczeń bez słońca i śniegu- wisiał jak nietoperz. Konrad był niespokojny. Telefon kumpla sprzed lat ożywił go. Wreszcie mógł się wygadać:
-Ta stara raszpla całkiem ocipiała.   Zapisała się na kurs Excela, chodzi z kamerą.  Po co jej to…? Czy będzie jak nasz poświrowany sąsiad, który od rana lata z aparatem i zarzuca wszystkich zdjęciami na Facebooku?  Odetchnąć nie można, bo mam, co chwila setki maili z zawiadomieniem o jego dokonaniach. A to kogut a to wiewiór, a to gęś a to koń, a to poranek a to świt, a to zachód a to południe… Tysiące zdjęć. Zawiązał chustę na łysym łbie  i cyka jak opętany.   A teraz teściowa.  Rozwaliła się przy stole ze swoją kolubryną  (to jej laptop) i ciągle przełącza programy. Nie mogę spokojnie pooglądać Kiepskich, bo ona wynajduje jakieś stare filmy i jeszcze się dziwi: „Jak to nie znasz Belmondo???,  Zostaw- pierwszy agent 007. Nie znasz Łowcy jeleni…?! „
 Zawsze musi wtrącić swoje trzy grosze. A kiedy przyszedł Ramzes było mi wstyd.  Znasz Ramzesa? To ten,  co robi w farmacji, wyciąga do dziesięciu tysięcy. To jej imponuje. Kiedy tylko usłyszała o Chorwacji, od razu nastawiła uszy. Ledwo zaproponował, byśmy tam razem pojechali na dwa samochody- od razu nabrała rozpędu.  Już jej się zamarzyły filmy z Dubrownika.  A on nic- ani słowa. Po co nam  raszpla na przyczepkę…? Już zaczęła gadać o domu do wynajęcia dla dwóch rodzin na lato.  On nie podjął tematu a ona dalej swoje.  On wspomniał o stewii do słodzenia. Ona o syropie  klonowym. On się przeniósł na kanapę, ona na fotel. On zaczął mówić o skałach, ona o księżycu. On położył się na piłce do ćwiczeń. Ona też zaczęła ćwiczyć.  Zajęła cały dywan. Całkiem jej odbiło. Znawczyni pilatesa od siedmiu boleści. Już miałem przechlapane lato, kiedy ją wzięliśmy w Tatry. Wzięła ze sobą kostium do opalania  i kosmetyczkę w reklamówce i ja musiałem nosić tę reklamówkę przez pół dnia, bo ona miała ręce zajęte kamerą i kręcila filmy.  Zachciało się jej sukcesów przed emeryturą.
- A jeszcze ci powiem, że jak Ramzes  przyszedł pierwszy raz i przyniósł papryczki nadziewane serem- to prawie wszystkie zjadła. Wpierdziela jak odkurzacz. Wpadnij do nas. Ona  jutro wyjedzie. Wszystko poprzestawiała.  Nic nie mogę znaleźć!
- Nie możesz dalej gadać…? Rozumiem. No to cześć stary knurze! Siemka! Trzymaj się!
Konrad rozłączył się.  Narzekanie na teściową tylko przez chwilę go odprężyło. Przez krótki czas - rozmowy z kumplem jak za dawnych lat.
Miał przed sobą o wiele poważniejszy problem niż ona.  Gołe drzewa migały  po bokach.  Mżawka osiadała na szybach i podnosiła się mgła.   Od kilku miesięcy był bez pracy. Wszystko, co odłożył wraz z żoną na nowy samochód- kurczyło się zastraszająco. A tu jeszcze kredyt za dom we frankach szwajcarskich, które przerosły euro, co dla nich oznacza ratę wyższą o 500zł.
Już pół roku temu, gdy musiał jechać do Krakowa tak daleko od domu i syna -serce mu się krajało. Mały Kubuś stał w oknie z oczami pełnymi łez i wołał: tatusiu nie jedź, tatusiu…!
Jednak musiał jechać. To była jedyna praca, jaką udało się załatwić po niespodziewanym zwolnieniu. Jedyna. Żona rozchorowała się i zabrano ją do szpitala, a do małego Kubusia przyjechała niania. Nagle został sam- bez matki i ojca, z obcą kobietą. Kiedy Konrad wracał na weekend- mały nie odstępował go na krok. Szedł za nim nawet do toalety. Jednak nadchodził poniedziałek i ojciec znowu  wyjeżdżał. Wielkie, gorzkie łzy płynęły po twarzy chłopczyka, gdy widział odjeżdżający samochód. Bardzo tęsknił i za nim, i za matką.  Nie rozumiał słowa operacja.  Miał tylko dwa lata. Kiedy  po dwóch tygodniach wróciła ze szpitala, nie posiadał się ze szczęścia. Przytulał ją i całował. Wchodził na plecy, obejmował kolana. Wreszcie wróciła!
Konrad pamiętał tamten czas; życie w wynajętym pokoju, niższą pensję, tęsknotę za synkiem. Nie szło mu. Kolejne zwolnienie. Był przerażony.  Strach nie pozwalał zasnąć. Wysłał wiele ofert, ale nie było żadnej propozycji. Jedyna praca, jaka mu się trafiła, była w banku za 1500 na rękę. Od takiej pracy zaczynał, a przecież minęło 10 lat i co? Ciągle stał w miejscu. Ostatnie zwolnienie dobiło go. Drugie w ciągu roku. Nie wyrabiał planów. Nie był super przedstawicielem, który grabi kasę dla wypasionych dyrektorów. Nie było to dla niego łatwe. Nie lubił narzucania się i ciągłego namawiania kolejnych klientów na kolejny produkt. Tęsknił za domem, więc nie orał po godzinach, a do tego- czuł coraz większe zmęczenie. Czuł się wypalony od ciągłych telefonów i szukania chętnych.
- Jak ona to powiedziała…? Ta stara raszpla?: „Kto ma temu będzie dodane, a kto nie ma- zabrane mu będzie”, że tak powiedział Jezus…? Ale przecież miał na myśli duchowość … nie dobra materialne. Co ona pierdzieli?  I jeszcze gada, żebym wyjechał do Anglii na jakiś wózek  widłowy. Przecież jestem Polakiem. Po co mam  jechać? Na tułaczkę po budowach, dźwiganie w olbrzymich halach? Zostawić dom i Kubusia…?
      Konrad uwielbiał synka. Był z nim blisko jeszcze wtedy, gdy żona była w ciąży. Był przy jego narodzinach, przewijał go, kąpał, zasypiał przy nim i bawił się godzinami. Nosił go na rękach, gdy ona padała z nóg, bo chłopczyk był alergiczny i często chorował. To dla niego układał wierszyki i bajki na poczekaniu, przybijał z nim głośne piąstki a za chwilę ciche. To z nim jeździł do zoo i akwarium, i jego wielkimi z zadziwienia oczami chłonął świat. Jak może zostać bez niego w obcym kraju, gdzie wyjechało tylu kolegów ze szkoły, którzy z trudem skończyli  zwykłą podstawówkę? On miał być tym lepszym.

A teraz ma się tułać? Czy zabiorą im dom…? Konrad jechał automatycznie, zagłębiony w myślach. Jego zwolnienie lekarskie na 1500 zł nie pokrywało kosztów raty, a gdzie prąd, gaz, woda, benzyna, codzienne utrzymanie…? Jego żonie też było trudno załatwić lepszą pracę. Dwie pensje ledwo wystarczały, a co dopiero jedna. W pokoju wciąż stał stary stół jego matki, na wysoki połysk i okropne krzesła z komórki, bo brakowało na nowe. Piękny drewniany stół owalny był ich marzeniem. Zrezygnowali z niego, bo wybrali wczasy- prawdziwe wczasy z kładami, ślizgaczem i rejsem pod żaglami. To były ich wakacje. Letni tydzień z przygodą, jak za dawnych lat, gdy spotkali się po raz pierwszy i świat wydawał się w miarę prosty. Granatowe niebo zdawało się im sprzyjać. Żadne z nich nie miało mieszkania ani zaplecza. Rzucili się na głęboką wodę, by zapewnić synkowi miejsce, by nie bawił się na betonowych podwórkach, gdzie do piaskownicy sikają psy. I postawili piękny dom- nieduży, ale wygodny. Dom z ogrodem niedaleko miasta.  A teraz wszystko się wali. 




11 komentarzy:

  1. Po raz kolejny napiszę, że Twoich postów się nie komentuje. Twoje posty się przeżywa. I przytakuje. Bo w zasadzie nie po to ludzie kończą studia, aby bać się czy im starczy do pierwszego. Zupełnie tak jakby rzucili szkołę i założyli rodzinę w wieku 18, 21 lat jak koledzy z podstawówki. A może tamtym się akurat wiedzie. Mimo, że nie skończyli szkoły. Żyjemy w śmiesznych czasach, w których nic nie jest gwarancją. Wydawać by się mogło, że Twój wpis jest bardzo smutny i przedstawia sytuację Konrada nierozwiązaną. A jednak kryje się w tym co napisałaś też odpowiedź: "Kto ma temu będzie dodane, a kto nie ma- zabrane mu będzie”. Jeśli jesteś w stanie wyobrazić sobie coś, to jesteś w stanie też to otrzymać, jeśli jesteś w stanie w coś uwierzyć, jesteś w stanie też tym się stać. Pozdrawiam Cię serdecznie. I pozytywnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolino- dziękuję za komentarz. "Żyjemy w śmiesznych czasach, w których nic nie jest gwarancją"- tak napisałaś.Biblijne słowa są dwuznaczne. Nie odbieram ich tak pozytywnie jak TY- a szkoda. W czasach mojej młodości zbankrutowało dużo firm, które nastawiły się na rozwój i wzięły kredyty. Zniszczyła je reforma Balcerowicza. Odsetki sięgały 120 procent. Ci, którzy mieli oszczędności- nawet skromne -wiele zyskali. Jednak odbywało się to kosztem tych, którzy z dnia na dzień zostali niewolnikami swoich długów. Ekonomia jest bezwzględna. Ktoś zyskuje, bo inny traci. Czy Konrad ma aż tyle siły, by ciągle zaczynać od nowa? Nie wiem. Pozdrawiam Cię serdecznie:)

      Usuń
    2. Za wszystkim niestety stoją ludzie i to oni są bezwzgledni. Niestety rzadko kto troszczy się o innych jeśli może troszczyć się o własne dobro. Wierzę, że Konrad ma w sobie wystarczająco siły aby przenosić góry. I przenieść je raz a dobrze. Nie chodzi o to żeby zaczynać od nowa ale na nowo. Niestety największym wyzwaniem jest uwierzyć ,kiedy wszystko wydaje się pozbawione sensu. Ale tego właśnie mu życzę. Jemu i wszystkim innym. Żeby uwierzyli że mogą. Mimo wszystko :) Pozdrawiam słonecznie :)

      Usuń
    3. Z Twoich słów wynika, że to TY jesteś osobą, która "przenosi góry". Miło mi to słyszeć, gdy świt za oknem szaro-granatowy. Wielki kasztanowiec - który tu zagląda- wydaje się weselszy. Kiedy myślę- nie wierzę w istnienie duszy. Kiedy wyłączam myślenie, to i owszem:) Bądź zdrowa:)

      Usuń
    4. Nie uważam się za osobę przenoszaca góry, ale cieszę się , że przynajmniej kasztanowiec wydał Ci się weselszy :) pozdrawiam Cię :)

      Usuń
  2. Wierzę, że karma do ludzi wraca i do ludzi dobrych i prawych kiedyś to dobro powróci i los się do nich uśmiechnie.
    Trudno jest się podnieść, gdy nasz cały świat legł w gruzach, ale jest to możliwe, trudne ale możliwe.

    OdpowiedzUsuń
  3. Elżbieto, mam wrażenie, że wyczytałaś mi ten strach w duszy. Wielu moich znajomych wzięło kredyt we frankach i przyznam Ci się, że o nich drżę. Może niepotrzebnie. Może faktycznie wystarczy wierzyć, że jednak im się uda. Niewiele innego zostaje.

    A cytat? Lubię jego dwuznaczność i w ogóle wielowymiarowość innych fragmentów Pisma. W jednych okolicznościach niewypowiedzianie gorzkie i boleśnie przenikliwe, nagle przy innym mrugnięciu oka wydają się nieoczekiwanie budujące. Dzięki za Twoje opowiadanie. Mam nadzieję, że kiedyś porozmawiamy o nim w realu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Karolino- jak miło znowu Cię słyszeć. Ja się podskórnie obawiam nie tylko o los Konrada i jego rodziny. Często tak jest, że jadę nową drogą pełną neonów (a drogi są coraz lepsze i trzeba to przyznać), mijam Biedronki, Żabki, Tesco, Selgross, Ikeę i przychodzi mi na myśl wiersz ze szkolnej ławy:" Polsko, bo ciebie błyskotkami łudzą, pawiem narodów byłaś i papugą" i ogarnia mnie lęk jak zimna mżawka.

      Usuń
  4. CZASY MOJEJ MŁODOŚCI BYŁY ZUPEŁNIE INNE to , co jest klęską Konrada dla nas byłoby wtedy gigantycznym sukcesem. Żeby firmę założył musieliśmy zrezygnować ze wszystkiego, wybudowanie domu to była abstrakcja , pracowało się w nocy, na kuchennym stole, jak rodzina poszła już spać, prawdziwe wakacje nie istniały, żeby kupić program komputerowy trzeba było zaciągną kredyt inwestycyjny, ogromny jak na tamte czasy. Zaczynało się od zera, kompletnego zera a nawet mniej niż zera. Ale jestem z pokolenia które nie czekało, że "naprawią" światło, brało się świeczkę albo dwa patyki i rozniecało ogień ... moje pokolenie przyzwyczajone było do "kombinowanie"wiedzieliśmy, że nikt niczego nam nie da , dwie ręce i głowa to posag od rodziców, szczęśliwe choć biedne dzieciństwo to szczepionka przeciw nienawiści a wtłoczone w głowę - nie wszystko musisz mieć to przepustka do optymizmu. Niewiele się w życiu materialnie dorobiłam ale szczęśliwe szare chwile wyławiam z życia jak czereśnie z kompotu i delektuję się nimi ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi jeszcze powtarzali: "Łatwizna cię zniszczy". Bardzo mądre, choć dla wielu moich rówieśników zupełnie nieintuicyjne...

      Usuń
    2. A jednak dom na kredyt nawet najpiękniejszy to ogromne obciążenie psychiczne na wiele lat. Do tego dochodzi presja środowiska.Ktoś musi odpaść, bo miejsc pracy ubywa. Dla młodego małżeństwa z dziećmi to dramat. Nie pocieszy ich to, że rodzice mieli o wiele mniej. Z drugiej strony rodzice często mieli stagnację ale także spokój, którego im bardzo brak.

      Ja też pamiętam czasy "kombinowania" desek, cegieł, wełny mineralnej, jeżdżenia po kraju i zdobywania kolejnych elementów. Była w tym radość, bo kończył się socjalizm i nagle moja ulica była pełna winogron, pełna bananów. Miałam wiele nadziei. To były dobre chwile.

      Usuń

Jezioro Bodeńskie

Śniło mi się, że pojechałam z niemowlęciem do Yorka Jordana. Jechałam pociągiem nad Jezioro Bodeńskie, gdzie stoi jego dom. Kiedy weszłam ...