środa, 24 lipca 2013

Z PAMIĘTNIKA HODOWCY



Wczoraj wieczorem myślałam o rzeźni ptaków. To się nazywa ubojnia. Ciężkie indory wiszą głową w dół, zaczepione za nogi na metalowej taśmie. Taśmociąg przesuwa się wolno. Z otwartych dziobów spływa lepka ślina- długimi nitkami aż do posadzki z betonu. Jest cicho. Nie poruszają skrzydłami. Wiszą nieruchomo, jakby wiedziały, że to koniec. Przy taśmie pracują więźniowie. Dostają kawę i herbatę w małych 10 dkg paczkach. Piłam ją także. Taka sobie lura.
Kierownik ubojni jest mężem pani prezes. Pani prezes o wyłupiastych oczach zajmuje wielki gabinet, w którym jest stół owalny i dwanaście krzeseł w ciemnozielonych obiciach. Przyjęła mnie łaskawie, poczęstowała kawą w filiżance i zaszczyciła pogawędką. Jej zastępca ma gabinet trzy razy mniejszy. Osobiście pofatygował się z Poznania do środkowej Polski, bo brakowało im  ptaków. W pół roku później, kiedy ja chciałam sprzedać indory, (bo była nadprodukcja w całym kraju i jeszcze wielki import do tego) pani prezes nie zaszczyciła mnie ani kawą, ani krzesłem, ani nawet otwarciem drzwi. Odłożyła słuchawkę. To była moja „perereka”. Wiceprezes miał więcej skrupułów. Uważał się za przyzwoitego. Bardzo lubił to słowo i podkreślał je kilka razy podczas pierwszego spotkania. Nie odłożył słuchawki. Obiecał, że za tydzień coś kupi, potem, że za dwa tygodnie…, potem, za trzy… Wreszcie powiedział:  „dziś w nocy przyślę transport po tysiąc sztuk.” Czekaliśmy z pracownikami do północy. Był mroźny styczeń 1999. Hale trzeszczały w szwach. Indory rosły. Zżerały 50 ton paszy tygodniowo. Zżerały nasze pieniądze. Nikt ich nie kupował. Finansowa ruina.
Jakiś hodowca powiesił się. Inni postawili traktory na ulicach. Zaczęły się strajki. Tej nocy przenosiliśmy indory do drugiej hali- trochę luźniejszej. Litościwy wiceprezes wysłał samochody gdzie indziej, mimo że tam płacił drożej. Ale nie płacił ze swojej kieszeni. Nie on był właścicielem.
Trzeszczał mróz. Ptaki były ciężkie i niespokojne. Niektóre ważyły po 24 kilogramy. Boże, żeby tylko nie przyplątał się jakiś wirus- myślałam gorączkowo. Następnej nocy pojechałam do Suwałk, 520 km stąd. Po wielu zachodach, szukania znajomości, udało mi się sprzedać sześćset sztuk- poniżej kosztów produkcji. Zaledwie mały ślad w przepełnionej hali. Prawie nie spałam. Nie mogłam usnąć. Wisiało nade mną widmo bankructwa. Z nadzieją patrzyłam na Leppera.


            Za każdym razem, kiedy przeglądam „Pamięć oczu” i trafiam na Szarlottę- widzę pomieszczenie kierownika ubojni za wielką szklaną szybą. Przy rampie stały samochody. Z klatek wyciągano indory i wieszano za nogi. Szybko. Sprawnie. Słyszałam trzepot skrzydeł, sypiące się, białe lotki, jasny puch… A w kantorze, na ścianie- piękny plakat z półnagą dziewczyną, z dużymi, ciężkimi piersiami. Blondynka. Tak mogła wyglądać Szarlotta- najpiękniejsza kobieta w południowej Francji. To były dwa światy, przedzielone szybą. Życie i śmierć.
                                                                                        P-ce 2000 r. 


                                                      

                                                        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jezioro Bodeńskie

Śniło mi się, że pojechałam z niemowlęciem do Yorka Jordana. Jechałam pociągiem nad Jezioro Bodeńskie, gdzie stoi jego dom. Kiedy weszłam ...