czwartek, 6 czerwca 2013

KIELISZKI EUGENIUSZA




Był taki, niezwykły dzień chyba ciepłą jesienią, kiedy przyszedł do kuchni z workiem i powiedział: przyniosłem kieliszki dla robotników - mocne i słabo tłukące. Po czym wysypał je na podłogę w kuchni. Ja i brat patrzyliśmy na to ze zdumieniem, bo rozpoznaliśmy- zielone znicze nagrobne. Prawda, że były piękne, lecz chyba nikomu nie przyszło by do głowy, żeby pić z tego wódkę.

         - Chyba żeś całkiem zdurniał - powiedziała mama.

 Ale naszej babce spodobał się ten pomysł, ponieważ była skąpa i zawsze jej było szkoda, że jak są robotnicy, to się tłuką kieliszki, więc napełniła zlew gorącą wodą i umyła je pięknie.
Lśniły w świetle i w zieloności jakby  ich nigdy nie było na pogrzebie, jakby im było tutaj dobrze z naszymi oczami  zapatrzonymi...
Wydawało mi się wtedy, że wódka z takich kieliszków jest niesłychanie zaświatowa i przypomniał mi się pogrzeb ciotki Cecylii, kiedy to stary Leon jak baran naczelny wśród owiec- śpiewał zawzięcie...
Jego jąkania nigdy nie zapomnę... Nawet w Austrii nikt się tak nie jąka. Nikt tak nie umie ciągnąć samogłosek wśród gór i jeszcze z ogonkiem.

Był to jedyny w moim życiu festiwal pieśni żałobnej...

A tu trup sobie leży - nieruchomy...
Leży na jedwabnej poduszce z trocinami i z kokiem.
Pantofle wyczyszczone, lakierowane, lśniące...
Leży na środku pokoju a dookoła stoły i kanapki na stołach z pasztetem i tuszonką. I tyle tej sałaty jasnozielonej....

                                       I wszyscy stoją.


Najedli się  kanapek i znowu śpiewają. I znowu Leon z dużymi stopami  stoi na czele chóru z  nosem  czerwonym, amerykańskim…  z modlitewnikiem w wyciągniętej dłoni, zapatrzony, odważny- odprowadza naszą ciotkę do nieba...




1 komentarz:

Jezioro Bodeńskie

Śniło mi się, że pojechałam z niemowlęciem do Yorka Jordana. Jechałam pociągiem nad Jezioro Bodeńskie, gdzie stoi jego dom. Kiedy weszłam ...